Mimo, że nie powinnam pisać ( ręka boli….i nie tylko ręka…). Powinnam zrobić sobie przerwę w pisaniu. I odpoczywać. Zanim jednak to zrobię, mam do Was prośbę. Do wszystkich, którzy mój blog czytają, odwiedzają.
Prośbę o modlitwę. Pomódlcie się, proszę, za mnie. O siłę i odwagę w znoszeniu cierpienia. O pokorę dla mnie. I o to, żebym potrafiła je – cierpienie- ciągle ofiarowywać. Za dzieciątka.
Bardzo Was proszę.
I dziękuję. Bóg zapłać.
Kategoria: Bez kategorii
ROCZNICA….
WIGILIA
Dlaczego jest święto Bożego Narodzenia?
Dlaczego wpatrujemy się w gwiazdę na niebie?
Dlaczego śpiewamy kolędy?
Dlatego, żeby się uczyć miłości do Pana Jezusa.
Dlatego, żeby podawać sobie ręce.
Dlatego, żeby się uśmiechać do siebie.
Dlatego, żeby sobie przebaczać.
ks. Jan Twardowski
Miłości do Nowonarodzonego, uśmiechu do bliźniego, podania ręki i przebaczenia sobie nawzajem.
Tego życzę Wam wszystkim.
CHCĘ
Na pewno czytelnicy mojego bloga zauważyli,że posty (notki) pojawiają rzadziej. Nie odpowiadam też na komentarze kiedy nie muszę. Maluję tez mniej… Kilka miesięcy temu malowałam po 8 godzin dziennie- teraz pomaluję 1,5- 2 godz. i jestem b. zmęczona. nie daje rady…
Najbardziej mi przeszkadza, żal mi tego, że nie mogę malować tyle co kiedyś…. To moja pasja. Dawało i nadal daje mi poczucie samodzielności, wolności, radości… Jest dla mnie wszystkim.
Teraz coraz częściej odczuwam bezradność, niemoc, chorobę.
A raczej jej skutki.
Wiedziałam,że kiedyś przyjdzie czas kiedy nie będę mogła ani pisać ani malować, nie wiedziałam ze to już…
Wyobrażałam sobie jak się będę wtedy czuć. Co będę myśleć …
Chociaż fizycznie jestem coraz słabsza, psychicznie, duchowo jestem silna. Coraz silniejsza. Paradoksalnie. Rozpiera mnie energia wewnętrzna. Dlatego wcale poddawać się nie zamierzam. Zamierzam walczyć, chcę móc jeszcze pomalować. Popisać.
Teraz trochę się przeciw temu wszystkiemu buntuje.,A to pozytywny bunt, dający siłę i energię do walki. Ale nie przeciw Bogu. Bo wiem, że On jest teraz przy mnie. Bliżej niż kiedykolwiek.
Pomaga mi.
Dlatego będę walczyć z samą sobą, z bezsilnością, niemocą . Ale nie z Nim. A raczej z Nim jako moim sprzymierzeńcem przeciw chorobie.
W Bogu jest moja siła. Tylko w Nim.
Poddanie się w moim wypadku oznaczało by skazanie na wegetację. Siedziałabym tylko na wózku i patrzyła w sufit bo nie mogłabym nic innego zrobić. A ja nie takiego scenariusza nie przewiduję. Nie przyjmuje do wiadomości. Nie mogę przyjąć.
Dlatego będę walczyć. Chcę i muszę.
Jestem w bojowym nastroju .
Trzymajcie za mnie kciuki.
„10.04.2010”
Kazanie wygłoszone przez o. Wojciecha Ziółka SJ w Kaplicy Miłosierdzia na Łagiewnikach 11 kwietnia 2010 r. – w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Niedzielę Miłosierdzia Bożego.
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)
Druga Niedziela Wielkanocna, ten ósmy dzień od Zmartwychwstania, święto, które od wielu już lat obchodzimy jako Święto Miłosierdzia.
Jest to zawsze dzień, w którym Pan Jezus przychodzi i pociesza swój zalękniony, przestraszony i zapłakany Kościół. Przychodzi mimo drzwi zamkniętych, mimo cofania i chowania się apostołów. Staje po środku i mówi: „pokój wam”. Przywraca radość, przywraca spokój, przywraca uśmiech…
Tak bardzo chciałoby się dziś powiedzieć do przestraszonego, zalęknionego, a przede wszystkim zapłakanego Kościoła w Polsce: Nie bójcie się, nie płaczcie. Spójrzcie na Pana Jezusa, On też cierpiał w Wielki Piątek. Umarł. Ale potem przecież zmartwychwstał, przecież przezwyciężył śmierć. Nie płaczcie, bo ostateczne zwycięstwo należy do Niego. Zobaczycie, kiedyś będzie dobrze. Zobaczycie, kiedyś i dla nas przyjdzie Wielka Niedziela. Zobaczycie, kiedyś i dla nas przyjdzie Zmartwychwstanie.
Tak bardzo by się chciało tak powiedzieć, ale tak nie powiem, bo mi to przez gardło nie przejdzie. Bo takie pocieszanie dzisiaj, wobec ogromu tego cierpienia, tego zła, które nas dotknęło, jakoś mi nie pasuje.
Patrząc na rozmiary tej tragedii, jakoś nie mogę uwierzyć, że kiedyś będzie dobrze, że kiedyś będzie Wielka Niedziela. Nie tylko nie mogę uwierzyć, ale chce mi się krzyczeć i myślę, że nie tylko mnie. Tu, w tym sanktuarium Pana Jezusa Miłosiernego, chce mi się krzyczeć!
Panie Jezu! Czy naprawdę uważasz, że to już nie jest za dużo, czy Ty nie widzisz, że w tej mojej, w tej naszej Ojczyźnie, ciągle jest Wielki Piątek?! Siedemdziesiąt lat temu i teraz, i tyle jeszcze innych razy w ciągu wieków naszej historii. Naszej historii, którą można byłoby streścić w tym jednym wersecie pieśni, którą śpiewaliśmy w czasie stanu wojennego: „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana”.
Panie Jezu Miłosierny! Czy Ty nie widzisz, czy Ty nie rozumiesz, że po kolejnym ciosie – i to takim ciosie – nie sposób tak po prostu pocieszać się zmartwychwstaniem i wierzyć w to zmartwychwstanie?
Panie Jezu. Nie uwierzę, bo za bardzo boli, bo za wielkie cierpienie, bo za wielki ból i płacz – i nie tylko mój, gdyby tylko mój. Co powiedzieć tym rodzinom? Co powiedzieć tym dzieciom? Nie uwierzę, bo jakieś się to wydaje takie za łatwe, takie za słodkie. Co więcej, wydaje się być zdradą wobec wszystkich tych, którzy zginęli. Przecież nie można tak łatwo przejść do porządku dziennego nad ich śmiercią.
Jeśli jest jakaś postać ewangeliczna bliska mi, jeśli jest jakaś postać, w której zachowaniu jakoś się odnajduje, to tylko Tomasz. Często wyśmiewany, pogardzany, napiętnowany. Ten niewierny, a przecież święty – Tomasz.
Jest właśnie ósmy dzień, ten dzień, o którym Pismo Święte mówi: „a po ośmiu dniach znów byli razem w Wieczerniku i Tomasz z nimi, i znów przyszedł Jezus.” Właśnie dlatego, że jest dziś ten ósmy dzień, spójrzmy na Tomasza i zobaczmy, co on robi. Może on nam pomoże przeżyć ten ból?
Co robi Tomasz? Mówi przede wszystkim to, co myśmy powiedzieli przed chwilą: „nie uwierzę”. Nie chcę uwierzyć od tak po prostu, bo mu inni powiedzieli. Nie chcę uwierzyć tak łatwo, nie chcę sobie tego tak łatwo wytłumaczyć, bo za bardzo boli, bo za bardzo zaangażował serce, bo za wielka rana.
Chce dotknąć ran Pana Jezusa, chce sprawdzić czy rzeczywiście, czy naprawdę, czy na pewno. Co ciekawe, Pan Jezus nie mówi do niego, że nie będziesz mnie tu na próbę wystawiał, tylko się godzi i co więcej sam się do niego fatyguje.
Czy dotknięcie ran może cokolwiek zmienić? Czy dotkniecie ran może cokolwiek uleczyć, cokolwiek polepszyć, w czymkolwiek pocieszyć? Na przykładzie Tomasza okazuje się, że tak. Nie chodzi tylko o sprawdzenie prawdziwości zmartwychwstania, lecz o sprawdzenie prawdziwości śmierci.
Jeśli ktoś nie umarł, to nie może i zmartwychwstać. Jeśli się nie umarło, to się i nie zmartwychwstało. Jeśli się nie cierpiało, to się i nie kochało. Jeśli się cierpienia nie dotknęło, to nie można zasmakować radości uleczenia.
Kochani! Zachęceni przykładem Tomasza, chciejmy i my. Dziś, kiedy patrząc na naszą Ojczyznę, chcielibyśmy krzyczeć, tak jak przed laty w czasach stanu wojennego: „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana, jakże wielka dziś Twoja rana”, nie bójmy się tej rany dotknąć. Włóżmy tam palec i rękę, i sami wejdźmy w te ranę. Nie bójmy się przeżyć jej do końca. Teraz w dniach żałoby narodowej przeżyjmy ten ból do końca.
Kochani! Znajdźmy czas, by go przeżyć. Znajdźmy czas na to, by być razem, by mieć czas, by to wspólnie przeżyć podczas transmisji, uroczystości oraz modlitwy. Nie uciekajmy, nie uśmierzajmy tego bólu. Dlaczego? Bo jeśli mamy zachować choć cień wiary w zmartwychwstanie, jeśli mamy zmartwychwstanie Pana Jezusa i jego samego traktować na poważnie – a nie tylko jako środek znieczulający, uśmierzający ból istnienia – to musimy również doświadczyć prawdziwości bólu. Ból, cierpienie i śmierć to jest też część życia, to jest przedsionek zmartwychwstania.
Kochani! Przeżyjmy to tak, jak Tomasz, czyli nie w samotności, ale – jak mówi pismo – razem z nimi. To znaczy z tymi, od których się uciekało i izolowało, których się nie chciało widzieć, z którymi się nie chciało rozmawiać, których się krytykowało i przez których się było krytykowanym.
Od wczoraj pytamy: Czy to coś zmieni? Czy teraz się wreszcie pogodzą? Czy wreszcie przestaną się kłócić? Ale czy my się już pogodziliśmy? Czy ja się już pogodziłem? A czy Ty się już pogodziłeś?
Z tym sąsiadem, który głosował na nich właśnie, z córką, z którą od lat nie rozmawiasz. Pogodziłeś się już?
Z ojcem, z którym się kłócisz i z którym nie możesz normalnie rozmawiać. Pogodziłaś się już?
Ze współpracownikiem, któremu nie możesz przebaczyć. Pogodziłeś się już?
Kochani! Nie czekajmy na polityków. Nie czekajmy aż Oni to zrobią. Bo jeśli my się nie pogodzimy, to nic z tego nie będzie. Bez tego nie będzie zmartwychwstania.
Na nic ta rana, na nic jej dotykanie, na nic śmierć tych wszystkich ludzi, jeśli my, ja, Ty nie pogodzimy się na tym poziomie. Nie czekajmy aż tam na górze to zrobią. Pogódź się ze swym przeciwnikiem, dopóki jesteś z nim w drodze. Nie wiadomo – patrząc na wczorajszą tragedię – ile czasu zostało.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego – tak jak Tomasz – warto dotknąć tej wielkiej krwawiącej rany. Dotykając ją, nawiązujemy z tym kimś relacje osobistą, bliską i serdeczną. O to właśnie chodzi w chrześcijaństwie i w życiu. Tomasz, dotykając ran Pana Jezusa, mówi potem: „Pan mój i Bóg mój.” Nie bójmy się dotknąć tej wielkiej rany, bo dzięki temu nawiążemy osobistą i serdeczną relacje z tymi, którzy zginęli, z Kościołem, z Ojczyzna.
Przestańmy mówić o nim i przestaniemy mówić o Kościele. Że Kościół powinien to, powinien tamto. Tak, jakby to nie był mój Kościół, moja koszula. Jakbym to nie był ja. Przestaniemy mówić: ten kraj, w tym kraju, tutaj, ci ludzie. Zacznijmy mówić tak, jak Pan Bóg przykazał, jak o matce: Ojczyzno ma, moja, kochana, poraniona, więc tym bardziej kochana. Moja to znaczy taka, którą się kocha, którą się po rękach całuje, przed która się klęka, której się służy, o której się z czcią opowiada, której się nie okrada, dla której się pracuje, dla której się cierpi i umiera, jak trzeba. To nie inni mają tak zrobić, to nie oni, tam na górze, ale my. Inaczej na nic wszystko. Na nic ta rana i na nic ta śmierć.
Na koniec Kochani jeszcze jedno. Analogia, która sama się narzuca od wczoraj, od której nie uciekniemy, tyle razy powtarzana.
Pięć lat temu w sobotę, przed drugą Niedzielą Wielkanocną, przed Świętem Miłosierdzia dotarła do nas wiadomość o śmierci Jana Pawła II. Wczoraj, w sobotę przed Niedzielą Miłosierdzia dotarła wiadomość o tej tragedii.
Pięć lat temu, choć się tak samo płakało, nosiliśmy na ubraniach białe wstążeczki, mówiąc wszystkim, że chodzi o to, by na czerni żałoby zakwitła biel wdzięczności i nadziei.
Dzisiaj, choć tak samo się płacze, nie pozwólmy, by czerń żałoby zatopiła nas, zacieniła. Niech na tej czerni zakwitnie też biel i czerwień barw narodowych. „Czerwień to miłość, biel to serce czyste, piękne są nasze barwy ojczyste” jak mówi dziecięcy wierszyk. Niech zakwitnie i choć się samo płacze, to podnieście głowy. Nie dajmy się żałobie zatopić, by ta ofiara nie poszła na marne.
Lecieli, żeby świat się dowiedział, że wtedy – 70 lat temu – stała się straszna krzywda i że nie można o tej krzywdzie zapomnieć. Czyż może być większy krzyk o to, żeby pamiętać, niż ofiara z własnego życia? Lecieli, by pokazać, że pamiętają, że kochają i że nie zapomną. Czyż może być większa miłość niż oddanie własnego życia? Nikt nie ma większej miłości niż ten, kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich…A wszystko w tym samym lesie, przez tę samą mgłę, o której tyle lat temu pisał Herbert w wierszu „Guziki”. Wielki nasz ból i wielka rozpacz serca. I wątpliwość co do zmartwychwstanie. Ale i ta nadzieja… Pisał Herbert:
Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie
są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi
przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las
tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów
Kochani! Bądźmy jak te guziki – choć się samo płacze – bądźmy jak te guziki nieugięte. Podnieśmy głowy. Wywieśmy na naszych domach biało-czerwone flagi. Podnieśmy głowy, bo chociaż boli, Pan Jezus naprawdę zmartwychwstał.
Kościół naprawdę będzie istniał do końca świata, choć go ranimy naszymi grzechami, o których teraz świat nam w sposób dobitny przypomina. Ani nasze grzechy, ani bramy piekielne go nie przemogą, bo go kocha Pan Jezus.
Choć boli i choć nasza Ojczyzna krwawi mocno, to jeszcze nie zginęła… Póki my żyjemy. Póki następnym pokoleniom będziemy o niej mówić z czcią, miłością i z szacunkiem.
Jeszcze nie zginęła… Póki my żyjemy. Alleluja! Amen.
/ DEON. pl /
MAMA I….. BLOG
Było to późną jesienią. Byłyśmy akurat z mamą w mieście. Spotkałyśmy znajomą, która po przywitaniu zwróciła się do mnie :
– Moniko jaki ty masz piękny blog.
Podziękowałam, ale w duchu pomyślałam – „oho,zaraz się wszystko wyda”.
Pani kontynuowała:
– Czytam go regularnie i często się wzruszam…. Naprawdę mądry blog , dobrze, że go piszesz.
Mama bardzo zdziwiona powiedziała
– Ale Monika nie pisze żadnego bloga!
Teraz zdziwiła się znajoma.
-To kto go pisze?!
Musiałam odkryć „karty”
-To ja piszę tego bloga , od ponad roku. To była moja tajemnica.
Pojechałyśmy do domu. Mama przez cały czas się do mnie nie odzywała.Była na mnie zła, że jej nie powiedziałam, że piszę bloga….Było jej przykro…. Kiedy próbowałam wytłumaczyć jej dlaczego nie powiedziałam, westchnęła
– Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami….
– Jesteśmy – potwierdziłam- ale zrozum, ja chciałam mieć coś co jest tylko moje, własne, osobiste…. I zależy tylko ode mnie…
Nadal była na mnie zła .
Cała złość i żal zniknęły kiedy pokazałam jej bloga.
– To wszystko zrobiłaś sama ? – spytała bardzo zdziwiona.
– Tak, wszystko sama – odpowiedziałam.
Potem mama zaczęła czytać. Czytała i czytała i czytała i czytała…. I czytała…
Kiedy skończyła, wyszeptała niby do siebie, niby do mnie:
– Wiedziałam, że jesteś mądra ale nie sądziłam, że aż tak……
Zrobiło mi się głupio.
Wieczorem spytałam mamy czy jeszcze się na mnie gniewa o to, że jej tyle czasu nie powiedziałam o tym, że piszę bloga.
– Nie gniewam się Moniko….. rozumiem cię
ZBYTNIE TROSKI
22 Potem rzekł do swoich uczniów: „Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać. 23 życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. 24 Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! 25 Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? 26Jeśli więc nawet drobnej rzeczy [uczynić] nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne? 27 Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują inie przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. 28 Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, małej wiary! 29 I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, inie bądźcie o to niespokojni! 30 O to wszystko bowiem zabiegają narody świata,lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. 31 Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane.
/Łk.12,22- 31/
Boże Narodzenie…
l. Mizerna, cicha
stajenka licha,
pełna niebieskiej chwały;
Oto leżący,
przed nami śpiący,
w promieniach Jezus mały.
2. Nad Nim Anieli
w locie stanęli
i pochyleni klęczą;
z włosy złotymi,
z skrzydły białymi
pod malowaną tęczą.
5. I oto mnodzy
ludzie ubodzy
radzi oglądać Pana;
pełni natchnienia,
pełni zbawienia,
upadli na kolana.
8. Lulaj Dziecino,
lulaj ptaszyno,
nasze umiłowanie;
gdy się rozbudzi
w tej rzeszy ludzi,
zbawienie nam się stanie.
11. Hej! ludzie prości,
Bóg z nami gości,
skończony czas niedoli;
On daje siebie,
chwała na niebie,
pokój ludziom dobrej woli.
(pokój wam dobrej woli.)
/ tekst T. Lenartowicza wydany w 1849 r./
Boże Narodzenie
Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata
i wyciągasz do niego ręce,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad,
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei „więźniom”,
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość,
jest Boże Narodzenie.
Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
pokochał innych przez ciebie,
Zawsze wtedy,
jest Boże Narodzenie.
Matka Teresa z Kalkuty
Życzę Wam wszystkim ( i sobie również ) aby Boże Narodzenie trwało w nas zawsze …
” ŻE ŻYCIE MA SENS ” :-))
Czy życie nieuleczalnie chorych ludzi ma sens ? Czy życie ludzi starych i niedołężnych ma sens ? Czy życie ludzi , którzy potrzebują ciągłej opieki i pomocy ze strony zdrowych ma sens? Czy moje życie ma sens ?
Kiedy się nad tym zastanawiam , zawsze dochodzę do takiego samego wniosku – MA SENS !
Znam wiele osób chorych , bardziej niż ja, którzy wymagają stałej pomocy innych ( sami nic nie są w stanie zrobić) .Można powiedzieć , że są od nich (fizycznie ) uzależnieni. Wydawałoby się, że oni powinni być pogrążeni w rozpaczy , smutku, że powinni być załamani… Tymczasem oni tryskają humorem , werwą i chęcią życia !
Ja znam swoje ograniczenia, wiem co jestem w stanie zrobić a czego nie. I chyba właśnie to nauczyło mnie cieszyć się że wszystkiego co mam . Ze wszystkiego co mogę zrobić sama. Nauczyłam cieszyć się każdym dniem, każdą chwilą . Często się śmieję tak sobie , z niczego , ‘’jak głupi do sera’’ ;-). Jakby ktoś by wtedy na mnie popatrzył to na pewno pomyślałby , że czegoś mi brakuje. 😉 Jednak ja już dawno przestałam się przejmować tym co pomyślą o mnie inni.
Uważam , że życie to bezcenny dar, dany człowiekowi na chwilę .
Właśnie dzisiaj rozmawiałyśmy z mamą o tym, że czas tak szybko leci -‘’niedawno była wigilia a już minął rok i zaraz będzie znowu…’’, że ‘’ taka pogoda smutna, że się nic nie chce… Kiedy powiedziałam , że mi też się nic nie chce, mama spojrzała na mnie zdziwiona.
-‘’ Tobie się nic nie chce ?! Ty masz w sobie tyle werwy, że aż dziwne… więcej niż ja . A przecież siedzisz 35 lat na wózku inwalidzkiim .’’