Pustynia, dzień 40.
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Dziś był smutny, poważny. Cierpiący.
„Dzisiaj zaczyna się Moja Męka, robaczku”.
Szepnęłam, że wiem… Patrzeliśmy w siebie dalej.
„Nie zostawiaj Mnie samego” – usłyszałam.
„Nie zostawię, cierpię z Tobą, Ukochany”.
Wpatrywaliśmy się w siebie długo…
Ostatni dzień Wielkiego Postu. Niedziela Palmowa, Jezus uroczyście wjeżdża do Jerozolimy. Tu będzie cierpiał, umrze na krzyżu. I zmartwychwstanie.
Kończy się też mój pobyt na pustyni. Był to dla mnie czas niesamowity. Niesamowity!!!
Tu, na pustyni Ukochany szeptał do mojego serca, leczył je. Uzdrawiał. Doświadczyłam Jego wielkiej Miłości i Miłosierdzia. Czułości i opieki.
Nie brakowało też pokus i zwątpień, ale z JEGO pomocą zwyciężyłam je.
Byłam na pustyni, dźwigałam mój krzyż idąc za Nim. Kompasem były mi Jego poranione plecy… Szłam za Nim, ale mam takie poczucie i głębokie przekonanie, że moje serce trwało, i nadal trwa przy JEGO Sercu. I, że przyciąga On mnie coraz bliżej i bliżej…
Z pewnością był to owocny czas.