Rano przyszedł do mojego serca… uwielbiałam Go. I prosiłam, żeby ze mną był. Cały dzień.
I jest.
Wpatrywałam się w mojego Oblubieńca… Patrzył we mnie, promiennie i jasno. Czule.
„Witaj Miła Moja! Mój kwiatuszku!”
„Witaj Umiłowany Mój!”
„Zabieram Cię do Nieba!”
I byłam w Niebie… W Obecności Boga, Ukochanego, czułego, cierpliwego. Cichego, Miłosiernego, promiennego. Cierpiącego… ale promiennego. Jego Obecność daje mi… nie wiem jak to opisać… w Jego Obecności czuję się jasna i czysta. Promienna… jak ON. Bez Niego jestem niczym, pusta… Z Nim doświadczam Jego bezbrzeżnej Miłości. Przed Nim otwieram się…
Wtuliłam się w Niego. I mówiłam:
„Jezu, wiesz, czasem nachodzą mnie takie myśli, że to wszystko kłamstwo, źe nie możesz być aż tak blisko, że nie możesz mówić do mojego serca. Wiem, że jesteś blisko, bardzo blisko, i że mówisz do mnie. A jednak takie myśli przychodzą…”
„To zły Cię atakuje”.
Patrzyłam w Niego, a On mówił:
„Jesteś blisko Mnie. A im bliżej Mnie będziesz, zły Cię będzie często atakował. Ale nie lękaj się Promyczku, Ja Jestem z Tobą. Jestem Twoją tarczą!”
„Dziękuję Ci Jezu. Jestem w Twoich Rękach”.
http://kpalys.blogspot.com/2012/03/o-istocie-chrzescijanstwa.html
Ciekawy tekst. i komentarze pod nim też