Kiedy tylko nad ranem otworzyłam oczy, usłyszałam w głębi serca:
„Witaj, miła Moja!”
„Witaj Umiłowany!”
Miałam jakieś wewnętrzne przekonanie, że bardzo pragnie przyjść do mojego serca. I ja bardzo chciałam, żeby przyszedł.
„Przyjdź, Panie Jezu… proszę przyjdź!”
Odmówiłam modlitwy tak jak przed przyjęciem Komunii św.
„Jestem Promyczku. Bardzo pragnąłem przyjść do Twego serca. W nim znajduję odpoczynek i ukojenie”.
Leżałam i uwielbiałam Go… Zobaczyłam jak odpoczywa w moim sercu. Na głowie miał koronę cierniową. Bardzo ostrożnie i delikatnie zdjęłam Mu ją.
„Dziękuję Weroniko!”
Wtedy zobaczyłam Hostię w bardzo skromnej, ale pięknej monstrancji.
Hostia świeciła przedziwnym blaskiem. Opromieniała monstrancję, która zanikała w Jej świetle. Stawała się jedno z Hostią.
„Ta monstrancja to Ty, Promyku”.
Nie wiedziałam co powiedzieć… Uwielbiałam.
Potem obraz znikł a ja zaczęłam układać bukiety Madonnie.
Patrzył we mnie dziwnie, jakby chciał mi powiedzieć coś bardzo ważnego.
Wpatrywałam się pytająco, niecierpliwie.
„Czy nie zauważyłaś Promyczku, że już latasz? Że umiesz już latać?”
„Latam???!! Latam… Latam!!! – jakby mnie olśniło!
Patrzył we mnie radośnie, ale jednocześnie poważnie, uroczyście (nie wiem jak to możliwe, ale tak to odebrałam).
Patrzyłam w Niego bardzo szczęśliwa. Wzruszona…
„Tańczę, układam bukiety, a teraz latam! To wszystko dzięki Tobie, Ukochany!!!”
Patrzył we mnie wzruszony… Ja też byłam.
„A to dopiero początek, umiłowana Moja!”