Rano zaprosiłam Go do mojego serca. Przyszedł. Trwałam w dziękczynieniu. Powiedział, że bardzo pragnął do mnie przyjść. Do Swojej komnaty.
Wpatrywałam się w Ukochanego…
„Witaj Umiłowany!”
„Witaj Miła Moja, Gołąbko Moja!”
„Gołąbko?” – uśmiechnęłam się zdziwiona i zawstydzona.
Tak, Gołąbko. Podoba Ci się? Mogę tak Cię nazywać?”
„Możesz, ale… chyba nie zasłużyłam. Daleko mi do gołębia”.
Patrzył we mnie promiennie.
„Z czym Ci się kojarzy gołąb? Z jakimi cechami?” – zapytał.
„Z łagodnością, dobrocią, czystością, delikatnością, gracją, pokojem, energią… z powiewem Ducha i dobrą nowiną” – wymieniałam…
„Jesteś taka!”
„Ja? Nie!!” – zaprzeczyłam gwałtownie. Wręcz oburzona.
Patrzył ze spokojem, promiennie i jasno. Świetliście.
„Nie wierzysz Mi? Nie nazwałbym Cię tak, gdyby tak nie było!”
„Prawda! – roześmiałam się serdecznie – Poddaję się, pokonałeś mnie!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem radośni.
„A Ty jak patrzysz we mnie tymi przenikliwymi, jasnymi, świetlistymi oczyma, to wiesz z kim mi się kojarzysz? – spytałam uśmiechając się.
Patrzył radośnie, wiedział.
„Z Lwem!” krzyknęłam prawie.
„Jestem Twoim Lwem!”
Ciągle się uśmiechałam. On też.
„Od dziś będę pisać:’ wszedł Lew do komnaty Gołębia'”
„Pisz! Bo to prawda!
Patrzyliśmy w siebie jeszcze długo.
Patrzył więc Lew Gołąbce w oczy i tym spojrzeniem dodawał Jej siły, odwagi… I uszczęśliwiał Ją.
🙂
„Gołąbeczka” to też określenie ukochanej.