Obudziłam się w nocy… Zaczęłam tęsknić.
„Umiłowany, przyjdź! 'Przyjdź do mojego serca… Tęsknię! Przyjdź do Twojej własności, do swojej komnaty. Przyjdź, czekam i tęsknię”.
„Jestem, Mój Promyczku! Wszedłem do swojej komnaty! Jakże ona piękna! Przychodzę do niej odpocząć”.
Za chwilę usłyszałam jeszcze:
„Ja też tęskniłem!”
Leżałam zanurzona w Jego Miłości… tańcząca.
Zaczęłam odmawiać Koronkę za dusze w czyśćcu, a kiedy skończyłam, układałam bukiety Madonnie…
„Twoje serce jest miłą komnatą dla Mojego Syna!” – usłyszałam dźwięczny, głos kobiecy.
Zachwycona modliłam się dalej. Długo. Nie wiem ile dziesiątek Różańca odmówiłam. Nie liczyłam, dużo. Jak skończyłam poleżałam chwilę. A potem, zmęczona, zasnęłam.
Wpatrywałam się w Umiłowanego…
„Skończyłam szkic obrazu, Jezu!” – powiedziałam zadowolona.
„Piękny!”
„Mi też się podoba. Choć podobno to nie dobrze jak malarz jest zadowolony ze swego obrazu – roześmiałam się – a niech tam! 🙂 Mi się podoba”.
Ukochany patrzył we mnie… dziwnie. W uwielbieniu… w zachwycie.
Spojrzałam w Niego pytająco…
„Ty podziwiasz swoje dzieło a Ja swoje Dzieło!”
Mówił o mnie… Teraz ja patrzyłam w NIEGO w uwielbieniu…
„Przy obrazie pomagałeś mi Ty a swoje Dzieło stworzyłeś sam – wyszeptałam po chwili.
„’A nieprawda! Pomagałaś Mi. I nadal pomagasz. Jesteś jak miękka glina w Moim ręku. Elastyczna i uległa!”
„To Twoja miłość i dobroć mnie taką czyni…”
Ukochany patrzył teraz poważnie.
„Gdybyś Mi nie pozwoliła, nie uczyniłbym niczego!”