Środek nocy. Prosiłam Umiłowanego, żeby przyszedł do mego serca.
„Jestem w nim, Promyczku”.
Cieszyłam się…
„Żebyś wiedziała, że Mi w nim dobrze, patrz!”
Zobaczylam przepiękną monstrancję, złotą, ozdobioną cudnie. Piękna była. Znajdowała się w niej Hostia. Naraz Hostia sama „wyszła” z monstrancji i weszła we mnie, przeniknęła w moje wnętrze…
„Zamiast złota i drogich kamieni wolę Twoje małe serce, ufne i pokorne”.
Uwielbiałam Go…
Po jakimś czasie zasnęłam, kiedy znów się obudziłam, świtało.
„Oddaj mi swoje serce, promyku a zobaczysz!” – usłyszałam. Głos był podobny do Głosu Ukochanego, ale jednocześnie… coś mnie w nim niepokoiło.
„Daj mi swoje serce!”
Pomyślałam, że sprawdzę.
„Jeśli jesteś Jezus, pokaż swoje rany!”
„Nie mam ran! Chcę twego serca!”
„Idź precz, w Imię Jezusa, mojego Ukochanego!”
Głos umilkł od razu, niepokój znikł. Zaczęłam układać bukiety MAMIE.
Od rana miałam dobry humor (moje Dziecko może potwierdzić, jeśli chce 🙂 ), choć fizycznie czułam się niezbyt dobrze.
Patrzyłam w Ukochanego i uśmiechałam się do Niego. A ON do mnie.
„Jak dobrze Mi w Twoim sercu, kochana!”
„Jest Twoje, należy do Ciebie!”
Uśmiechał się czule…
„Cierpisz Promyku, a uśmiech nie schodzi Ci z twarzy”.
„Dzięki Tobie, Ukochany! Tańczę dla Ciebie, to wielka radość!
Patrzył we mnie promienny.
„Odpocznij teraz…”
Odpoczywałam.
Potwierdzam 😀