W nocy przyszedł do mego serca… był zmęczony i chciał odpocząć w nim.
„Odpocznij, Ukochany, proszę…”
Zdjęłam Mu koronę cierniową z obolałej głowy. Ostrożnie, delikatnie… i odpoczywał.
Ja zaczęłam układać bukiety Mamie. W trakcie usłyszałam w głębi serca znajomy już głos kobiety:
„Córeczko, od tej pory będę przychodzić wieczorami i całować Cię na dobranoc”.
Uśmiechnęłam się do Niej:
„Dziękuję Mamusiu”.
Dalej układałam bukiety – odmawiałam Różaniec. Naraz… z moim wnętrzem /i ciałem/ stało się coś dziwnego. KTOŚ je, mnie PRZYTULIŁ! Tak! Nie potrafię tego doświadczenia opisać inaczej. To było przytulenie. Nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłam… Przytulenie MATKI. Byłam otulona Miłością. Słyszałam w okół siebie jakieś głosy, wrzaski, ale nie miały one do mnie dostępu. Wrzeszczały coś o Szkaplerzu. Żebym im go oddała, bo im przeszkadza. Tymczasem Szkaplerz leżał na stole, nie poświęcony jeszcze nawet. A już im przeszkadzal.
Nie odzywałam się trwałam w tym przytuleniu Mamy… Bezpieczna i szczęśliwa bardzo.
„Promyczku Mojego Syna, Jego mała Perełko. Od dziś wszystko się zmieni, Zobaczysz”.
Zaczęłyśmy rozmawiać. O czym? Nie potrafię powiedzieć. Ja wciąż odmawiałam Różaniec a rozmawiałyśmy sercem. Sercami. Rozmowa serc…
Wpatrywałam się w Jego Oblicze, pogodne i jasne…
„Ukochany!”
„Najmilsza! Tańczysz!”
„Tak! Dla Ciebie!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem promienni…
„Moja Mama dziś otoczyła Cię szczególną Opieką”.
Dziękowałam….
Pomyślałam o moich słabościach, grzechach…
„Ona Cię wszystkiego nauczy”.
Patrzył we mnie czulej niż kiedykolwiek.
„Chcę, żebyś coś wiedziała. Ty wiesz, że jesteś słaba i nędzna i często nie lubisz tego w sobie”.
„Delikatnie powiedziane” – pomyślałam uśmiechając się do Niego.
On mówił dalej:
„To czego w sobie nie akceptujesz, dla Mnie jest cenne, bardzo cenne. Chlub się z własnej słabości, bo ona prowadzi do MNIE”.
„Będę!”
„Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”.