Wczoraj ktoś sprawił mi przykrość, upokorzył. Zabolało mnie to. W pierwszej chwili bunt i oburzenie było we mnie. I smutek… Zwalczyłam to w sobie. Pomyślałam, że to jest po to, żebym była jeszcze bliżej NIEGO. „Niech się dzieje Jego wola!”- powtarzałam. I pomogło. Smutek w sercu znikł. Jednak… coś jeszcze zostało. Co? Żal? jakaś zadra? Nie wiem, nie potrafię nazwać. Coś.
Jednak wciąż powtarzałam „Bądź wola Twoja!” I z takim nastawieniem zasnęłam. Sniło mi się, że wybaczam tej osobie, która sprawiła mi przykrość. Światło i my, przytulające się do siebie nawzajem… 🙂
Obudziłam się. I natychmiast zobaczyłam… obrazy z Ewangelii. Trzydzieści srebrników… potem bogacza, który myślał tylko o sobie. „Jedz, pij i używaj”.
Zaniemówiłam, zamarłam…
„Walcząc o siebie, o „swoje” mogłam stracić CIEBIE!”
Zaczęłam Go przepraszać, dziękować i wielbić jednocześnie.
Umilkłam i… Ogarnęła mnie JEGO miłość, pokój i radość. Po tym „czymś” w sercu śladu nie było. Był ON!!!
Leżałam uśmiechnięta.
„Dojrzewasz Promyczku. A żniwa już blisko!”
„Dzięki Tobie, Ukochany!”
„I dzięki Twojej pokorze. Dałaś Mi się przemielić”.
„Przemiel mnie, Jezu!”
„Mielę, jak mąkę”.
Wpatrywałam się w Ukochanego…
Uśmiechał się do mnie.
„Dojrzewasz, Promyczku. A żniwa już wkrótce!”- powtórzył.
Patrzyłam uśmiechnięta, promienna… W sercu było znów wszystko na miejscu. ON był na pierwszym miejscu. Królował we mnie.
I patrzył we mnie czule, bardzo czule…
„Ukochana Moja! Umiłowana!”
„Tak, Panie?”
Dalej patrzył…
„Będę Cię od dziś tak nazywał. Taka dla Mnie jesteś. Mogę?”
Pyta czy może…
„Tak!”
Uśmiechał się do mnie.
„Ukochana, pomilcz ze Mną”.
Milczeliśmy razem. Długo…