W nocy przyszedł do mojego serca. Cała obolała, tańczyłam. A On ze mną. Trzymał mnie w Swych silnych i zarazem delikatnych ramionach.
Zły usiłował mi wmówić, że to wszystko kłamstwo.
„Nie ma twojego tańca, Jego spojrzenia, waszych rozmów. To kłamstwo, mój promyczku!”
Wyśmiałam go. I uciekł.
Potem zaczęłam układać bukiety Mamie. Z trudem, nie miałam sił. Jednak… układałam.
Usłyszałam głos Mamy:
„Jak On tęskni! Jak Mój Syn za Tobą tęskni, Promyczku!”
„Ja za Nim też, Mamusiu!”
„Wasza miłość nigdy się nie skończy!”
Leżałam uśmiechnięta… 🙂 szczęśliwa.
Patrzyłam w Ukochanego. Zmęczona całonocnym tańcem, cierpieniem.
„Jak mogę Ci usłużyć, Umiłowany?”
„Bądź ze Mną, służysz Mi, Perełko”.
Przemknęło mi przez głowę jak mogę Mu służyć taka zmęczona i obolała…
„Uśmiechnij się do Mnie, Promyczku!”
Choć nie było mi do śmiechu, powiedziałam, śmiejąc się właśnie:
„Dla Ciebie zawsze!”
I uśmiechnęłam się do Niego. On do mnie też.
„Usłużyłaś Mi teraz. Uśmiechem!”
Trwaliśmy w uśmiechu…
Patrzyłam obraz „Ukrzyżowanie” Grunewalda, który wisi u mnie na ścianie.
Jest on bardzo dramatyczny. Wyobraziłam sobie jednak Jezusa z Jego Miłosiernym spojrzeniem. Uśmiechał się.
„Ty wisisz ze Mną, Promyku. Służ innym uśmiechem”.
„Służę i będę służyć, Ukochany!”