„Panie Jezu…’ – chciałam Go prosić, żeby przyszedł do mego serca.
„Jestem, Mój Promyczku!”
Zobaczyłam siebie… trwałam przy Jego krzyżu. U Jego Stóp. Obejmowałam Go… Gładziłam Jego przebite Stopy… całowałam…
Naraz zaczęłam się unosić, jakaś siła zaczęła mnie unosić. Coraz wyżej i wyżej…
Znalazłam się na wysokości Jego Głowy. Przylgnęłam do Niego całą sobą. I tak trwałam. Z Nim, na krzyżu… wisiałam.
A On… zanurzał mnie w Sobie. Zatapiał. W Sobie. Znikałam w Nim. Bardziej i bardziej. Otulał mnie. Bardziej i głębiej… Aż całkiem znikłam. W Ukochanym. Mnie nie było. Tylko ON.
Ukrył mnie…
„Jaka to rozkosz wisieć z Tobą… w Tobie. Rozkosz. To nic, że boli. Tylko Ty!”
Byłam w Nim.
Patrzył we mnie bardzo radosny!
„Ukryłem Cię w Sobie! Już nikt Cię nie ruszy, nie skrzywdzi, nie zrani! Jesteś Moja! Perełko! Ukryta we MNIE!”
Patrzyłam w Niego promienna. On mówił dalej, w uniesieniu:
„Będę wołał, krzyczal po górach: 'To Moja Perła! Należy do Mnie! Ukochałem Ją!’. Będę wołał! Rozradowałem się nad Tobą!”
Ucałowałam Go.
„Dziękuję, Umiłowany!”
Spełnił moje pragnienie, żeby zniknąć, Żeby mnie nie było. Tylko On!
Patrzył we mnie przenikliwie.
„Pragnę Cię, Promyku! Już tęsknię do nocy z Tobą!”
Ja też… do nocy z Nim.