Tańczyłam i rozmyślałam o Jego Miłości… Nawet nie wiem kiedy rozmyślanie przerodziło się w rozmowę z Ukochanym.
„Kocham Cię, Promyczku. Miłość potrafi tylko kochać”.
„I ja Cię kocham…”
Po chwili dodałam:
„Moja miłość jest taka maleńka, a Twoja taka wielka, ogromna. Ale, wiesz… myślę…”
„Co takiego, Promyczku?”
„Myślę, że miłość nie patrzy, która jest większa, nie licytuje się. Tylko kocha i już. Kocha i tyle”.
„Tak, Miłość potrafi tylko kochać!”
„Jak daleko mi do takiej Miłości…”
” Jak blisko Ci do Niej, Promyku!”
Nie rozumiałam… nie ogarniałam… ale jak powiedział, nie muszę rozumieć. Tylko wierzyć. I kochać.
Odpoczywałam na Jego Sercu… Przyszedł mi na myśl Jan Apostoł. Umiłowany uczeń – tak sam o sobie pisał. Nie „kochający, miłujący”, Ale umiłowany…
Wtem zobaczyłam… JEGO wzrok! Patrzył we mnie jak nigdy dotąd… z ogromnym zachwytem, uwielbieniem wielkim. Pomyślałam, że jeśli tak spojrzał na/w Mateusza to ja się w ogóle nie dziwię, że ten wstał i poszedł za NIM bez słowa… Też idę.
Zmęczona i tańcząca, patrzyłam w Niego uśmiechnięta. On, cierpiący, skrwawiony też się do mnie uśmiechał…
„Jesteś, Mój Promyczku!”
„Jestem. Czemu miałam nie przyjść? Codziennie do Ciebie przychodzę!” – uśmiechnęłam się jeszcze bardziej.
„Zmęczona, tańczyłaś! I jesteś”.
„Razem tańczyliśmy. Ty za mnie, a ja… w TOBIE”
Patrzył… jak wtedy..
„Wciąż tańczymy!”
„Wciąż!” – przytaknęłam.
Wciąż tańczymy.