Wpatrywałam się w Ukochanego. Ucałowałam Go. Patrzył we mnie promiennie.
Uśmiechnęłam się do Niego…
„Dziękuję Ci…” – myślałam o dzisiejszym gościu, księdzu Adamie. Było dużo radości, śmiechu.
Ukochany patrzył we mnie przenikliwie.
„Jesteś Moim znakiem dla niego. Działam przez Ciebie”.
„Jak? – uśmiechałam się – pewnie zdziwieniem. Ksiądz co chwilę się dziwił”.
Umiłowany patrzył, a ja rozmyślałam… 🙂
Ks Adam wpadł na kawę. Akurat malowałam. Tato pomagał przez chwilę mamie. A ksiądz usiadł obok mnie, rozmawialiśmy.
Oglądał obraz.
– I ty tak sama…z siebie?
– Sama. z głowy – uśmiechnęłam się.
– No, tak. Z głowy.
Zdziwienie.
Trzymałam pędzel w ustach, potem włożyłam go do ręki. Jednak ciężko było mi go utrzymać. Chciałam włożyć pędzelek do słoiczka z terpentyną, ale nie mogłam trafić.
– Proszę go tu włożyć – poprosiłam księdza.
Roześmiał się.
– A, sama se włóż!
Tym razem ja się roześmiałam.
– Miły jestem, nie?? – cały czas się śmiał.
– Bardzo!! – również się śmiałam.
Ksiądz wstał, wyjął mi pędzel z ręki i włożył do słoiczka.
– Tak… – usiadł.
– A ktoś cię uczył malować? – spytał po chwili.
– Uczyłam się w „plastyku” w liceum plastycznym.
– W liceum plastycznym?
Zdziwienie.
– Tak.
– Nauczyciele do ciebie przyjeżdżali? – zdziwienie.
– Tak. Z panem od historii grałam w pingponga.
– W pingponga? – zdziwienie.
– W pingponga. Pytanie-odpowiedź-pytanie-odpowiedź.
Roześmialiśmy się.
– I maturę zdawałam.
– Maturę…? Jak? – znów zdziwienie. I spojrzenie na moje chore ręce.
– Na maszynie do pisania. Cały dzień pisałam.
Zdziwienie.
– A komisja siedziała w drugim pokoju.
– Cały dzień?
– Tak!
Znów śmiech.
– No, także jestem technik wystawiennictwa jestem.
– Jak, jak? Technik wystawiennictwa? – zdziwienie.
Przyszedł tato i zaprosił nas na kawę.
Ksiądz posiedział, wypił kawę. Porozmawialiśmy jeszcze, pośmialiśmy się. Mówił, że obraz Miłosiernego już wisi, poświęcony.
A jak już odchodził, spojrzał na mnie jakoś… tak dziwnie. Przenikliwie.
– Niech cię Bóg błogosławi!
– Dziękuję! I księdza również!
Obejrzał się i uśmiechnął się do mnie. Dziwnie.
Patrzyłam wciąż w Ukochanego.
„Tak, działam przez Ciebie zdziwieniem”.
Uśmiechnęłam się do Niego.
Patrzyłam… W końcu szepnęłam:
„Masz mnie błogosławić!”
Patrzył promienny. Ja radosna.
„Błogosławię!”
„’I jemu i wszystkim moim duchowym Dzieciom!”
„Błogosławię!”
Uśmiechałam się…