Wpatrywałam się Ukochanego. Patrzył we mnie spojrzeniem pełnym miłości, spojrzeniem z Krzyża.
„Napisz o swoim krzyżu, Promyczku”.
„Dobrze”.
Mój krzyż, jak już pisałam, jest ciężki, toporny i chropowaty. Pełen drzazg, zadr, bruzd…. Twardy, brudny i brzydko pachnący. Krzyż bezradności, niemocy i cierpienia, bólu. Krzyż bezsenności. I krzyż tańca (tak, taniec – ofiarowanie cierpienia, to też krzyż).
Taki krzyż podarował mi Umiłowany. Podarował. Bo krzyż to dar. Dar trudny, ale piękny.
Piękny.
Tak. Bo krzyż to miłość. MIŁOŚĆ! Dlatego jest lekki. Lekki?? Przecież przed chwilą napisałam, że mój krzyż jest ciężki. Jest lekki, bo dźwigam go z Nim, z Ukochanym moim!
Jest piękny, bo dźwigam go z Nim.
Jest darem, bo dźwigam go z Nim.
Jest słodki, bo z Nim.
Z Nim!
Z Umiłowanym moim.
On dźwigał Krzyż.
Idę za Nim.
Uczy mnie,
Miłości.