Byłam w Ogrodzie mego serca. Na ławeczce z Ukochanym. Tulił mnie do Serca. Uwielbiałam Go. Ukochany pochylony nade mną. Patrzył we we mnie z miłością. A ja w Niego patrzyłam. Trwalismy tak w tańcu.
“Jeszcze nie widziałaś jeziora, Promyczku, pokażę Ci”- uśmiechnął się Ukochany i uniósł się do góry.
“ To tu jest jezioro,?”- zapytałam zdumiona. Nie wiem czym bardziej, czy tym że tu jest jezioro, czy tym że lecimy… Lecielismy dosyć długo. Az w końcu Ukochany stanął na brzegu jeziora. Postawił mnie na ziemi. Jezioro nie było małe, ani duże. W sam raz. Było pięknie. Świeciło
słońce. A od wody wiał lekki wietrzyk. Na drugim brzegu jeziora było widać las. Usiadłam na brzegu. Ukochany stał
“Może się przejdziemy, Promyczku?” – spytał. Skinęłam głową uśmiechając się do Niego. Już miałam wstawać z ziemi kiedy patrzę… a Ukochany wchodzi,… na jezioro. Byłam w szoku!!! Ukochany stał na wodzie! Więcej! Szedł po niej…
“Promyku!”
“Myślałam że chcesz się przejść brzegiem…”
„Chodż do Mnie, Promyczku!”
Podeszłam do wody i chciałam włożyć do niej stopę. Woda jednak stawiła opór. Była twarda, powierzchnię miała twardą. Postawiłam na niej stopę… potem drugą. Stałam na wodzie! Ukochany promieniał, smiał się w głos. Ja zresztą też!
„Wiedziałem że dasz radę, że możesz, Promyczku! Teraz chodź do Mnie”.
Spojrzałam w Ukochanego… Patrzył we mnie uważnie, ale z uśmiechem. Zrobiłam najpierw jeden krok, potem drugi, trzeci… czwarty. Woda sprawiała wrażenie twardego asfaltu. A ja szłam po niej wpatrzona w Ukochanego. Za chwilę stałam już przy Nim.
„Jestem z Ciebie dumny, Promyku”.
Byłam zbyt zaskoczona, żeby cokolwiek powiedzieć. Patrzyłam w Niego.
„Chodźmy”- głos Ukochanego unosił się nad wodą.
Szliśmy, Umiłowany szedł obok mnie, czasem troszkę mnie wyprzedzał, ale tylko po to, żeby coś pokazać. Np rybkę wyskakującą z wody. A ja szłam po wodzie coraz pewniej. Powoli wystarczała mi świadomość, że Ukochany jest ze mną i nic nie może mi się stać. Nie musiałam wciąż w Niego patrzeć, wystarczała świadomość, że jest. Zresztą Ukochany nie pozwalał mi w Siebie patrzeć, bo co i rusz coś ciekawego mi pokazywał. Wyciągał rękę i pokazywał, a ja patrzyłam tam gdzie pokazuje. Szliśmy już długo, gdy nagle jezioro zaczęła zasnuwać mgła. Coraz gęstsza i gęstsza. Po chwili była tak gęsta, że już nic przed sobą nie widziałam. Ukochany też znikł. Stałam niepewna na wodzie, nie wiedząc co zrobić.
„Ukochany!”
„Jestem, Promyku. Idź prosto przed siebie. Jestem”.
„Jest”- szepnęłam i zaczęłam iść przed siebie – „Jest”. Ta myśl, wiara, pomagała mi iść. Szłam, szłam i szłam… aż się zmęczylam… Na szczęście mgła ustępowała. Ani się nie obejrzałam kiedy stanęłam na brzegu jeziora. Ukochany był przy mnie. Za Nim rozciągał się las… dziwny. Prowadziła do niego niebezpieczna, kamienista droga, która zmieniała się w ciemny, czarny tunel. Patrzyłam zaintrygowana.
„Tam też pojdziemy, ale jeszcze nie teraz”- głos Ukochanego brzmiał bardzo poważnie i tajemniczo.
„To dobrze, zmęczona jestem”.
Ukochany jednym ruchem wziął mnie na ręce i jednym ruchem, krokiem pokonał jezioro.
Za chwilę znów siedzieliśmy w Ogrodzie, na ławeczce, a Ukochany tulił mnie do Serca.
„Cudnie było, choć trochę się strachu najadłam”- szepnęłam.
„Jestem z Ciebie dumny, Perełko”.
Patrzył we mnie a ja w Niego patrzyłam… Po chwili spytałam:
„A co to była za droga? i dokąd prowadzi tamten tunel? Taki ciemny…”
„Do Domu”.
„Do Domu???!”
Ukochany skinął głową.
„Tak niebezpiecznie i ciemno…?”- pomyslałam. I pomyślałam, że do czegoś cennego, najcenniejszego, najdroższego musi prowadzić właśnie taka droga. Ciężka i ciemna. Bo, żeby byla jasność, potrzebna jest najpierw ciemność.
Ukochany, który znał moje myśli, pokiwał twierdząco głową.
„Własnie tak, Promyku”.
PO WODZIE, DROGA
Category: (NIE) MOJE MYŚLI