Zeszłam do Ogrodu mojego serca. Do Umiłowanego. Ukochany siedział na ławeczce w Kąciku Różanym. Usiadłam u Jego stóp, objęłam Jego nogi i głowę położyłam na Jego kolanach. Bardzo lubię tak siedzieć u stóp Umiłowanego, wpatrywac się w Jego twarz, oczy. Patrzył we mnie jasny, promienny, świetlisty… Swoją dłonią gładzil moją twarz i włosy. Długo tak siedziałam i patrzyłam…
Aż Ukochany wziął mnie na ręce i przytulił do Swego SERCA. Malałam i malałam. Znów byłam dzieckiem, niemowlęciem w Jego rękach… Ukochany tulił mnie, pieścił, całował. Jak matka swe dzieciątko.,.
Leżalam, kochałam i tęskniłam… Choć ostatnio tęsknię mniej. Bo… Czy można już na ziemi żyć w Niebie?
Można. Ja żyję.
Leżałam nad ranem i rozmyślałam. Rozmyślałam o naszej rozmowie (kilka dni temu pisałam o niej). Rozmawialiśmy nie tyle o moich grzechach i słabościach co o mnie i moim stosunku do samej siebie. Ciągle byłam pod wrażeniem tej rozmowy. Ukochany mówił, że powinnam być wobec siebie bardziej wyrozumiała, bardziej cierpliwa, łagodniejsza. Bo On jest taki wobec mnie. Cierpliwy, łagodny i wyrozumiały. I że to nie grzech jest dla Niego najważniejszy. Tylko ja. Ja jestem najważniejsza dla NIEGO. Przypomniala mi się Przypowieść o Miłosiernym Ojcu. Kiedy zobaczył wracającego syna, wybiegł mu nie spotkanie, rzucił mu się na szyję i ucałował go. Nie patrzył na ból swego serca, na to, że syn go bardzo zranił. Ale cieszyl się, ze syn wrócili do domu. Ciezyl się jak szalony! Jak mlodzieniaszek! Dla niego syn był najważniejszy. Tak i ja jestem dla Umiłowanego najważniejsza. Ja, nie mój grzech. I cieszy się z mojego, nawet najmniejszego nawrócenia, z mojego powrotu. Jak szalony!