Byłam z Umiłowanym moim na wielkiej łące. Było cudownie! Cała Łąka tonęla w kwiatach, pięknych, wielobarwnych, kolorowych! A one zaś tonęły w słońcu. W jasnym, ciepłym świetle. Cała Łąka przeswietlona była niezwyklym blaskiem. Najdroższy obejmował mnie i tulil do Serca. Patrzył we mnie promienie i czule bardzo… Uśmiechałam się do Niego radośnie. Tańczylismy bardzo…
Nagle jakby ze światla wyskoczyła gromadka dzieci. Małych. Od 3 do 5 lat, nie większych. Otoczyły Umiłowanego, obstapily Go. I zaczęły się do Niego radośnie i ufnie przytulać. Ukochany brał każde dziecko na ręce i szeptal coś do ucha, uśmiechając się do każdego dziecka z czułością. Obserwowalam ich z uśmiechem. Wtem podbiegl do mnie malutki chłopczyk o pięknym uśmiechu. Nie zauważyłam że Ukochany z innymi dziećmi oddalił się trochę. Chłopiec patrzył na mnie z zadarta głową. Przykucnelam, uśmiechając się do niego.
„A jak maś na imieee?” – spytal uśmiechając się do mnie cudnie.
„Perełka” – odwzajemnilam uśmiech.
„Pejełta?” – znów cudny uśmiech.
„Tak, Perełka. A ty jak masz na imię?” – spytałam z uśmiechem. Chłopczyk już otwierał buzię, żeby mi odpowiedzieć kiedy Umiłowany zaczął nas wołać:
„Chodźcie do nas! Będziemy się bawić!”
Chłopczyk zawołał do mnie wesoło:
„Maleńti nas wola! Chodźmy!”
„Maleńki?!” – zaśmiałam się radośnie.
„Tak! To nas Maleńti!”
„Mój tez! – zawołałam.
” No toz pszecies mowie ze nas! Chodź jus!” – chłopiec bez ceregieli chwycił mnie za rękę i pociągnął do Maleńkiego. Roześmiałam się serdecznie i pobiegłam za chłopcem. Kiedy byliśmy już przy Umiłowanym zaczęły się zabawy! Bawiliśmy się wszyscy. Ukochany i ja też! W berka, ciuciubabke, kółko graniaste, znów w berka, w ganianego. Zabawy, śmiechu i radości nie było końca!!! Bawilismy się wspaniale!
Aż wreszcie… zmęczeni leżelismy na łące. To znaczy ja i Umiłowany leżelismy. Zmeczona, zdyszana byłam. Najdroższy też wyglądal na zmeczonego. Ale dzieci skąd! Obsiadly Najdroższego i zaczęły czuchrac Mu włosy, dawać buziaki, władać Mu paluszki do oczu, ciągnąć za szatę. Umiłowanemu nie przeszkadzalo. Przeciwnie!!! Był zachwycony! Nagle któreś z dzieci zawołało:
„Baje! Baje! Ciemy baji!!!”
Inne zaczęły mu wtórować.
„Tak! Ciemy baji!”
Umiłowany uśmiechnął się do nich perliście, a do mnie porozumiewawczo.
„Dobrze. Więc posłuchajcie!”
Dzieci umilkły. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał… Wszystkie twarzyczki były wpatrzone w Najdroższego. A On opowiadał:
„Było sobie wieeelkie SERCE. Wielkie, potężne, pełne majestatu. Było jednocześnie bardzo ciche i pokorne. Dlaczego? Bo było uśmiechnięte! Miało uśmiech taki jak wasze!”
„Taki jak mój!”- zawołało jedno z dzieci. A za nim wolały inne:
„Jak mój!”
„Jak mój!”
„Jak mój!”
I w tym momencie zobaczyłam, ze Najdroższy i dzieci mają takie same uśmiechy!!! One miały Jego uśmiech! A On ich! Miał uśmiech dzieci!!! Patrzyłam zachwycona! I uśmiechnięta. Dzieci znikły…
Leżałam na Łące. Najdroższy pochylał się nade mną jasny, promienny i… uśmiechnięty.
„Cichość i pokora ma uśmiech dziecka”-szepnął się Umiłowany, całując mnie.
„Tak, mój Maleńti…”- wyszeptałam radośnie.
Maleńki rozpromienił się nade mną bardzo. Nakarmił mnie Swoim Ciałem. Uwielbiałam Go…
CICHOŚĆ I POKORA MA UŚMIECH DZIECKA
Category: (NIE) MOJE MYŚLI