Byliśmy razem. Mój umiłowany Jezus i ja! Byłam w Nim. I nie interesowało, nie obchodziło mnie nic więcej. Nie obchodziło mnie w tym sensie, że wiedziałam, że jestem w Nim, w Jego SERCU, w Głębinach. I to mi wystarczyło. Nie potrzebowałam niczego więcej. Tylko Jego, mojego umiłowanego ślicznego Jezusa. Tylko Jego potrzebowałam. Tylko Jego pragnęłam. Nie potrzebowałam ani słów, ani obrazów…
Położyłam głowę na SERCU Jezusa. A Jezus położył Swą głowę na moim ramieniu… Trwaliśmy w bliskości, bez słów.
Nagle zobaczyłam obraz: Jezus wisiał na Krzyżu! Rozpostarty na nim jak sokół na niebie… Spojrzałam na Jego twarz! Była uśmiechnięta! Jezus był rozpromieniony cały! I cały szczęśliwy! Patrzyłam zaskoczona i zachwycona cała!
„Dzięki tobie, Monisiu, nie cierpię! Sprawiasz Mi ulgę!” – wyszeptał Jezus z ogniem.
„Jaaa…?” – szepnęłam zdumiona do głębi.
Jezus uśmiechnął się do mnie cudownie. I obraz zniknął!!
Odpoczywałam na SERCU umiłowanym. Mój śliczny, umiłowany Jezus spoczywał na moim ramieniu. Jak Pieczęć!
Z SERCA Najdroższego wyszła Hostia i weszła do serca mego.
Trwaliśmy zanurzeni w Miłości!
ZANURZENI W MIŁOŚCI
Category: (NIE) MOJE MYŚLI