Ukochany działasz przez ten blog. To jakby moje usta, ten blog. Tak, usta… I TY działasz przez nie. Widzę to. Działasz… przez takie nic. Wiesz, mam wrażenie, że piszę tu tylko o sobie, o swoich doświadczeniach, swoich przeżyciach, swoich przemyśleniach (choć z drugiej strony, o czyich miałabym pisać…?). O sobie i o sobie…
Tak teraz pomyślałam, że też piszę czym – Kim żyję i Kogo kocham. I przede wszystkim, że Ktoś – TY mnie kochasz. I, że tylko TY mnie uszczęśliwiasz, Jesteś moją radością.
To właściwie o kim piszę na tym blogu? 🙂 O Tobie w moim życiu? Nie wiem… pogubiłam się…
W każdym razie działasz przez to moje pisanie. I to jest najważniejsze. I za to Ci dziękuję, mój Ukochany!!! Bardzo dziękuję!!!
Wiesz jak piszę notki? 🙂 Idę na tzw. „żywioł”. Piszę to, co akurat myślę. „Ciurkiem”. Nie poprawiam tekstu, nie zmieniam go w trakcie. Pewnie jest w nim masa błędów…
I wiesz, ostatnio płakałam w trakcie pisania…
Ukochany posługuj się dalej tym blogiem, działaj dalej przez niego!
On jest Twój, bo wszystko moje jest Twoje!
Autor: Maleńka
OBRAZ
Ukochany… pragnę być Twoim świadkiem dla innych. Twoim światłem. Pochodnią! Nie chcę świecić własnym blaskiem, bo żadnego blasku nie mam… ciemność jedynie… Dlatego proszę, bądź moim Światłem! Ukochany!
Pragnę być Twoim odbiciem, odbijać Ciebie.
Tak sobie rozmyślam o swoim życiu, o malowaniu, o tym, że w kącie pokoju stoją podobrazia, blejtramy, puste, gotowe do malowania, a które nie dam rady już chyba zapełnić. I tak sobie myślę, że nie namalowałam jeszcze swojego najważniejszego obrazu. Ciągle go maluję. Jak? Życiem. I pragnę, żeby to był najpiękniejszy obraz jaki kiedykolwiek namalowałam. Aby przedstawiał on Ciebie. Bo moje życie to TY! Dlatego proszę, bądź moim Światłem, bo ciągle jeszcze maluję ten obraz. Obraz mojego życia.

BYĆ JAK POCHODNIA
Bracia: Mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala. On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i zasiadł po prawicy tronu Boga.
Zastanawiajcie się więc nad Tym, który ze strony grzeszników 'taką wielką wycierpiał wrogość przeciw sobie, abyście nie ustawali, złamani na duchu. Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi.
Hbr 12,1-4
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej”
Łk 12,49-53
Jezus dziś mówi, że przyszedł ogień rzucić na ziemię i bardzo pragnie, żeby on już zapłonął. Jakże bardzo pragnie… O jakim ogniu On mówi? O ogniu Bożej Miłości. Mówi też o chrzcie, który ma przyjąć i o udręce jakiej doznaje, aż się to stanie. O chrzcie… o swojej Męce i śmierci krzyżowej.
Jezus płonął jak pochodnia na krzyżu… był ofiarą całopalną za nasze grzechy. Płonął z miłości do nas. Spalał się.
Nie cofnął, choć mógł. Mógł zbawić ludzi w inny sposób. Był (jest ) Bogiem. Jednak wypił Swój kielich do dna.
Żył tak jak głosił i tak też umarł.
I my, katolicy, też powinniśmy być tak radykalni! Jezus potrzebuje zapaleńców. Właśnie tak, zapaleńców! Ludzi zapalonych miłością!! Żyjących Tym, Komu, w Kogo wierzą.
Jezus nie potrzebuje ”katolików ale”, 'Bóg tak, przykazania i Kościół nie’. Albo wszystko albo nic! Innej drogi nie ma.
Jeśli naprawdę jesteśmy wyznawcami Boga, powinniśmy być Jego pochodniami. Spalać się dla Niego. Być światłem, znakiem sprzeciwu, jak ON… Mamy jak pisze św. Paweł, wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala.
Po męce, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa już nic nie jest takie samo. Nie można żyć tak jakby nic się nie stało. Trzeba się opowiedzieć. Za Jezusem, lub przeciw Niemu.
Czy jestem Bożą pochodnią…?

SPOWIEDŹ
Dziś byłam u spowiedzi, u nowego ks proboszcza. Jest w naszej parafii od niedawna. Od 1-go sierpnia. Poprzedni proboszcz został przeniesiony do innej parafii.
Często idąc do spowiedzi do nieznajomego księdza mam obawy jak zostanę potraktowana. Czy ksiądz będzie rozumiał co mówię, czy potraktuje mnie normalnie, poważnie itd. Mam powody mieć takie obawy bo nieraz księża traktowali mnie, że tak powiem dziwnie. Szczególnie kiedy widzieli i słyszeli mnie pierwszy raz.
Może przytoczę jeden przykład. Kiedyś mama zawiozła mnie do zakrystii (tam się spowiadam, bo mogę tam głośno mówić) i kiedy tylko zamknęła drzwi, ksiądz zaczął mnie rozgrzeszać, zaczął wypowiadać formułę rozgrzeszenia. Przerwałam mu mówiąc, że jeszcze nie powiedziałam swoich grzechów.
– Grzechy? A jakie ty możesz mieć grzechy? – powiedział lekceważąco ksiądz.
Chciałam mu powiedzieć spytać, że skoro uważa, że nie mam grzechów to z czego mnie rozgrzesza. Nie powiedziałam, ugryzłam się w język…
Także idąc dziś do spowiedzi miałam pewne obawy. Okazały się one zupełnie nie potrzebne.
Ksiądz bardzo spokojnie i uważnie wysłuchał tego co mówilam. Kiedy skończyłam, pomilczał chwilę i powiedział:
– Bóg cię kocha. Bardzo kocha…
Jak ja bardzo pragnęłam usłyszeć te słowa! Tak oczywiste i proste… jak bardzo chciałam je usłyszeć… Poczułam, że wilgotnieją mi oczy.
A ksiądz kontynuował… Nie będę tu przytaczać tego co mówił. Napiszę tylko, że mówił wprost do mojego serca. Prosto i delikatnie. Byłam pewna, że mówił przez niego Jezus…
Po skończonej spowiedzi spytał ile mam lat i od kiedy choruję, od kiedy jestem na wózku. Odpowiedziałam. Uśmiechnął się, położył rękę na moim ramieniu.
– Możesz przychodzić tu kiedy tylko zechcesz, kiedy tylko będziesz potrzebować.
– Dobrze – odwzajemniłam uśmiech.
Kiedy wyjeżdżałam z zakrystii było mi lekko na sercu. I byłam pewna, że w końcu znalazłam swojego spowiednika…

WNIEBOWZIĘTA
Maryjo! Dziś w Kościele wielka radość! Święto Twego Wniebowzięcia. Raduje się całe Niebo, chóry anielskie śpiewają Ci hymny.
A Ty obleczona w słońce,z wieńcem na głowie z dwunastu gwiazd, z księżycem pod stopami, idziesz na spotkanie Trójcy Świętej. Ojca, Syna i Ducha. Na spotkanie Boga.
Jak bardzo Twój Syn Cię kochał, jak bardzo musiał tęsknić za Tobą, że zapragnął mieć Cię obok Siebie. Że wziął Cię do Nieba z duszą i ciałem… Swoją Mamę…
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim.
Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia.
Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
Święte jest imię Jego.
A Jego miłosierdzie na pokolenia i pokolenia
Nad tymi, którzy się Go boją.
Okazał moc swego ramienia,
rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych.
Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem,
pomny na swe miłosierdzie.
Jak obiecał naszym ojcom
Abrahamowi i jego potomstwu na wieki.

-
Mają w niebie Matkę, która nie spuszcza ich z oczu, z oczu cielesnych.
Mają w niebie Matkę, która ich kocha pełnym sercem, swoim sercem cielesnym.
Gdyby ludzie byli przemyślni, korzystaliby z tego,
powinni domyślać się, że Ja nie mogę niczego Jej odmówić.
Michel Quoist
JAK ŁANIA
Ukochany! Działasz cuda, we mnie. Odkąd oddałam Ci moje grzechy. Podniosłeś mnie i przytuliłeś do Swego Serca… Tak jak Cię prosiłam! Wysłuchałeś mojej modlitwy.
Pragnę Ci dziękować, uwielbiać Cię. Czynić zadość za moje grzechy! Bo mnie kochasz taką słabą i grzeszną. Kochasz mnie w mej słabości… I ja Cię pragnę kochać. Coraz mocniej i mocniej, a przez Ciebie kochać innych ludzi.
I chcę stawać w prawdzie przed Tobą. I w pokorze.
Pragnę Cię uwielbiać!
Ostatnio na Mszy św usłyszałam piękną pieśń. Fragment jednego z moich ulubionych psalmów. Psalm 42.
NIC
Tak często upadam… Tak często Cię ranię. Ulegam złemu… I przychodzę do Ciebie taka brudna, poraniona grzechem, pusta… I proszę o przebaczenie. O litość, o miłosierdzie. Jak żebrak.
Jestem niczym, prochem i pyłem jedynie. A Ty ten proch i pył podnosisz. Przytulasz do zranionego Serca. Przebaczasz…
Przytul mnie i teraz. Tak bardzo tego potrzebuję…. pragnę… bardzo.
Wiem, że tylko Tu, u Twego Serca znajdę ukojenie. Tylko Tu doświadczę Miłości, czułości…
Tylko tu będę znów sobą. Oddaję Ci moją nędzę i słabość. Oddaję Ci mój grzech.
ZGUBA, "HANDEL" I ŚW. ANTONI
Kilka dni temu zgubiłam krzyżyk. Mały (nie taki znów maleńki, ale też nie za duży, taki w sam raz), bursztynowy. Właściwie nie wiem czy to prawdziwy bursztyn. Raczej bursztynopodobny. Kupiłam go dawno temu, w Gdańsku. Na stoisku z pamiątkami.
Był ( i jest) dla mnie cenny, nie dlatego, że (podobno) wykonany jest z bursztynu. Jest dla mnie cenny sam w sobie. Jako symbol mojej wiary, znak przynależności do Kościoła, a przede wszystkim jako miejsce gdzie mój Ukochany ofiarował, oddał za mnie życie. Jest bezcenny.
Zgubiłam go. O tym, że nie ma go na łańcuszku zorientowałam się późnym wieczorem. Musiał z niego spaść, bo łańcuszek na szyi był a krzyżyka nie. Nie miałam pojęcia jak to się stało, ani kiedy, ani gdzie. Tego dnia mama wywiozła mnie tylko na chwilę na dwór, późnym popołudniem. A tak to siedziałam w domu (upały…).
Pomyślałam, że może spadł gdzieś na dworze. Ale nie, tam go nie było.
Rano rodzice szukali w domu, też nie znaleźli. Kamień w wodę.
Poprosilam o pomoc św Antoniego, który wcześniej wiele raz pomagał mi znajdować różnego rodzaju zguby. Też nic. Ks Artur napisał mi na FB że ze św Antonim to się „handluje” 🙂 Tzn coś mu się obiecuje, a on w zamian pomaga zgubę znaleźć. Więc z nim „zahandlowałam”. Obiecałam coś może banalnego i prostego, ale dzięki mojej obietnicy o jego działaniu mogło się dowiedzieć wiele ludzi.
Na drugi dzień, rano, malowałam sobie. Przyszedł bratanek Łaj. Pobawił się chwilę, a po chwili słyszę okrzyk radości mamy. Chłopiec przybiega do mojego pokoju.
– To twój, ciociu, prawda?!- woła uradowany- leżał na dywanie, znalazłem!!
W ręku trzymał mój krzyżyk… Uściskałam Łajka z radości!
A obietnicę daną św. Antoniemu spełniłam. I o tym, że mi pomógł dowiedziało się wielu ludzi.
Jaka to obietnica? Zgadnijcie sami 🙂
NATLEJTY ;)
Mój wózek robi się ostatnio bardzo kolorowy. Na razie kolorowe ma poręcze, ale jak tak dalej pójdzie to pstry będzie cały.
Zaczęło się od niewinnego pytania Oi:
– Ciociu, cies natlejte?
– Ciem- uśmiechnęłam się do chrześniaczki, a ona do mnie.
– A dzie ci ją natleić? – spytała.
– A możesz tu – wskazałam na poręcz wózka.
Oja nakleiła jedną, potem drugą, trzecią…
– Ciociu, ale będziesz miała kolorowy wózek. Super! – skomentował Łaj i dołożył kilka swoich. Potem Minia…
Niezaznajomionych z tematem informuję 😉 że teraz panuje wśród dzieci moda naklejkowa. Do kupienia są książeczki gdzie umieszczone są różne obrazki, które można odkleić i przykleić gdzie indziej. Np. na wózek inwalidzki 🙂
Więc tak, miałam już motylki, zajączki, rybki, gwiazdki, chmurki… biedronki, osiołki. Był nawet byk ;). Te się już starły, albo odkleiły. Myślałam, że to już koniec. Ale gdzie tam!
– Oj… ciociu, odtleiły ci sie…- Oja wyraźnie posmutniała- natleję ci niowe! Jaką ciesz?
Wybrałam jakąś jedną, Oja natleiła jeszcze kilka. Łajek dodał swoje.
I teraz mam, na prawej poręczy: marchewki, kurczaka, pieska, żółwia, kucyka, jakieś ufo z czułkami (wściekły pomarańcz) i latawca.
Na lewej poręczy wózka: gwiazdkę, osła (który może niedługo w końcu doczeka się osobnej notki), znów kucyki, kwiatki, gwiazdki, zająca i orkę. A, że poręcze są już całe zajęte, dzieci zaczęły obklejać boki wózka…
Może ktoś powie, że nie powinnam się zgadzać na takie obklejanie, że jestem za stara i za poważna (tak chcesz jechać do kościoła? – głos taty. „a dlaczego nie? a może do tej pory jakieś się odkleją”- mój głos).
Mnie się te naklejki podobają. Są bardzo kolorowe. Do tej pory poręcze wózka były czarne, teraz są barwne.
Poza tym dla mnie te obrazki mają głębszy sens. Świadczą o miłości dzieci, o ich przywiązaniu do mnie.
Kiedy raz dziękowałam Oi za jakiś obrazek, powiedziała:
– Posie baldzo, ciociu – była wyraźnie zadowolona, że mogła sprawić mi radość.

WIZJA
Patrzałem, aż postawiono trony, a Przedwieczny zajął miejsce. Szata Jego była biała jak śnieg, a włosy Jego głowy jakby z czystej wełny. Tron Jego był z ognistych płomieni, jego koła – płonący ogień. Strumień ognia się rozlewał i wypływał od Niego. Tysiąc tysięcy służyło Mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed Nim. Sąd zasiadł i otwarto księgi.
Patrzałem w nocnych widzeniach: a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie.
Dn 7,9-10.13-14
Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić.
Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe.
A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie.
Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim.
Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy tamci weszli w obłok.
A z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie”. W chwili gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli.
Łk 9,28b-36
Urzekła mnie wspaniała wizja Proroka Daniela. Czytałam ją w mojej Biblii Poznańskiej, w jej przekładzie opis wizji był jeszcze bardziej wymowny, obrazowy. Próbowałam sobie wyobrazić całą scenę.
Daniel widzi jak wzniesiono Trony. Starowieczny zasiadł. Szata olśniewająca jak śnieg, włosy jak czysta wełna… Tron cały z ognia. Ogień wypływa spod Tronu i wytryska przed Starowiecznym. I tych tysiąc tysięcy, które Mu służyło. Kto to? Aniołowie? A te dziesiątki tysięcy dziesiątek tysięcy to może święci? A może ci, którzy mają być sądzeni,bo rozpoczął się sąd. Otwarto Księgi.
Daniel widzi przybywającego na obłokach, w chwale jakby Syna Człowieczego. Podchodzi do Starowiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Odbiera On chwałę, panowanie i władzę królewską. Jego panowanie jest wieczne, nigdy nie przeminie a królestwo nie ulegnie zagładzie.
Potem rozważałam Ewangelię. Moją uwagę zwrócił to, że Jezus rozmawiał z Mojżeszem i Eliaszem o swoim odejściu. Czyli o męce i śmierci na krzyżu.
Bóg potężny, jak w wizji Daniela a oddaje się całkowicie. Upokarza się, sam poniża.
Pomyślałam, że ogień w wizji Proroka to płomienie Miłosierdzia. Tak mi się skojarzyło, bo Jezus mówił św.s. Faustynie, że palą Go płomienie Miłosierdzia…
Takiego Boga nie można sobie wymyślić. Taki Bóg przeraża i zachwyca jednocześnie. Straszliwy i piękny… Widząc takiego Boga nie wie co się mówi. Nic dziwnego, że Piotr nie wiedział. Trwał w zachwyceniu.
„Dobrze nam tu być…” Dobrze być przed Bogiem. Przy Bogu. W niebie.