„Czego sobie życzysz, maleńka Moja?” – spytał mój umiłowany.
Zaśmiałam się radośnie!
„Żebyś Ty był we mnie szczęśliwy!”
„Jestem szczęśliwy! Czego sobie życzysz, Moniko kochana?”
„A Ty czego sobie życzysz, mój Jezu słodki?”
„To twoje imieniny, najmilsza, nie moje!” – zaśmiał się Jezus perliście i znów zapytał:
„Czego sobie życzysz?”
„Oj, wiesz czego sobie życzę…”
„Wiem, ale to na razie nierealne. Nie to, że nie chcę. Chcę! Ale oni nie chcą. A jeśli oni nie chcą to nawet Ja mam związane ręce!”
„Nie chcą się pogodzić… Bardzo smutne!”
Jezus zbliżył twarz do mojej twarzy i patrzył we mnie ogniście!
„Czego sobie życzysz, Moniko?”
„Ciebie sobie życzę!” – szepnęłam z mocą.
Jezus ucałował mnie serdecznie i zanurzał mnie w Sobie bardziej i głębiej…
Umiłowany nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego.
Autor: Maleńka
MOJE PIĘKNO TO ON!
Głaskałam mojego Jezusa. Głaskałam Jego włosy, czoło, policzek. Głaskałam, pieściłam, łaskotałałam… Jezus patrzył we mnie rozpromieniony cały miłością i zachwytem!
„Jakiś Ty piękny, mój Jezu! Jak piękny!” – szeptałam w zachwyceniu.
„Ty też jesteś piękna, Moniko kochana!”
„Wiem” – szepnęłam jakby od niechcenia.
Jezus ożywił się niezmiernie!
„Co powiedziałaś, maleńka?! Powtórz, proszę!!!”
„Powiedziałam, że wiem!”
Jezus wzruszył się bardzo! Miał w oczach łzy!
„Opłacały się Moje starania, zabiegi! Opłacało się mówienie, pokazywanie, ukazywanie ci twego piękna! Opłacało się, Moniko!” – wyszeptał z przejęciem.
„Opłacało się!”-szepnęłam z mocą. I dodałam:
„TY jesteś moim pięknem, Jezu słodki i śliczny! Moje piękno to Ty!”
Mój kochany Oblubieniec patrzył we mnie ogniście!
„Jesteś podobna do MAMY, Moniko!” -wyszeptał żarliwie.
Zdumiałam się niezwykle! Zaskoczył mnie mój Miły!
„Ja podobna do MAMY??!! A w czym jestem podobna?!”
„We wszystkim, maleńka Moja. We wszystkim!”
„Moje piękno to TY, mój Jezu!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem w zachwyceniu. Ja zachwycałam się Jezusem. A Jezus zachwycał się mną…
JAK PTAK…
Byłam w moim Jezusie. Zanurzona w Nim cała! Byłam jak ptak… Latałam, fruwałam w przestworzach Jezusa. Zanurzałam się w Jego głębinach. Unosiłam się na wyżynach… Kręciłam piruety! Byłam szczęśliwa i wolna. Tak! Miałam poczucie niczym nieskrępowanej wolności.
Życie mam ciężkie, krzyż przygniata do ziemi coraz bardziej i bardziej. Duchowe Dzieci dają mi nie tylko radość, ale i przysparzają bólu i cierpienia. A w Jezusie odrywam się od tego co przyziemne. I latam! Fruwam niczym ptaszek!
Jezus patrzył we mnie rozpromieniony cały!
„A jakim ptakiem jesteś, maleńka Moja? Rajskim ptakiem, dostojnym żurawiem, łabędziem, czy gęsią domową?”
„Mysikrólikiem!” – szepnęłam bez zastanowienia. I mówiłam dalej:
„Mysikróliki to malutkie ptaszki. Piórka mają oliwkowe a na czubku główki błyszczy żółciutki irokez. Jakby promień słońca nad głową. Taka jestem i ja.”
Jezus uśmiechnął się do mnie cudownie. Nakarmił mnie Swoim Ciałem. A ja fruwałam w Jego przestworzach. Unosiłam się… Jak ptak!
W MIŁOŚCI!
Byliśmy razem, bez słów. Trwaliśmy razem. Umiłowany mój Jezus i ja. Bez słów. Słowa były niepotrzebne, zbędne w naszej relacji. Mój Oblubieniec przytulał mnie do Siebie. Przytulał i otulał Sobą. Miłością… Miłość mnie otulała, ogarniała, napełniała, przepełniała. I wylewała się ze mnie… Było mi rozkosznie i błogo! Szczęśliwa cała byłam! Jezus patrzył mi w oczy ogniście. Jego spojrzenie przenikało mnie na wskroś! I ja patrzyłam w oczy ślicznemu mojemu. Patrzyłam w oczy Miłości. Pomyślałam, że tak będzie w Niebie. Będziemy otuleni w Miłość, wypełnieni NIĄ. Będziemy patrzyli w oczy MIŁOŚCI! W uniesieniu i zachwycie. Jak ja teraz. Byłam w Niebie! Ujęłam dłoń Jezusa i położyłam na sercu moim. Gdy tylko Jezus dotknął serce moje, ono podskoczyło z radości! Umiłowany wziął serce moje w Swe dłonie, uniósł do ust i ucałował je z czułością. Potem przytulił do SERCA Swego. Z SERCA Jezusa wyszła Hostia i weszła do serca mego… Byłam cała w Jezusie! Cała w Nim zanurzona, zatopiona. Zagubiona w Miłości… I szczęśliwa cała!
Z MIŁOŚCI!
Leżałam w objęciach Jezusa tańczącą bardzo. Z zamkniętymi oczyma leżałam. Oczyma serca widziałam umiłowanego mojego Jezusa. Pomyślałam, że oczy serca są ważniejsze niż oczy ciała. Oczy ciała mogą zakłamywać, przeinaczać. Oczy serca widzą jak jest naprawdę.
Jezus patrzył we mnie poruszony i wzruszony.
„Głowa mnie boli, kochany. Ale nic to, może potem przejdzie. Najważniejsze, że mam czym tańczyć! Muszę i pragnę tańczyć dla Ciebie, mój Jezu! To taki przymus, który jest pragnieniem!”
„A nie pragnienie, które jest przymusem?” – spytał Jezus badawczo.
„Nie!” – szepnęłam gwałtownie. I dodałam:
„Zresztą to jedno i to samo. Ja to z miłości…”
„Rozumiem, maleńka Moja. Rozumiem!”
Uśmiechnęłam się do mojego Oblubieńca radośnie! Wyciągnęłam rękę i zaczęłam bawić się Jego brodą. Nawijałam na palec i robiłam loczki.
„Piękną masz brodę, kochany. Nie za długą, nie za krótką. W sam raz do zabawy!”
„Gdy chodziłem po świecie, dzieci też się nią bawiły!” – wyszeptał Jezus z cudnym uśmiechem.
„Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci to, nie boli?”
Jezus ujął moją dłoń, ucałował serdecznie i znów położył na brodzie.
„Ja to z miłości!” – szepnęłam z mocą.
Jezus patrzył we mnie ogniście…
TOŻSAMOŚĆ I GODNOŚĆ
Obudziłam się… Obudziłam się i leżałam z zamkniętymi oczyma. Jezus pochylał się nade mną i obejmował mnie z czułością i tulił do SERCA Swego. Zbliżył Swą twarz do mojej twarzy i zaczął mnie całować. Całował jak Oblubieniec całuje Swą oblubienicę. Słodko, ogniście i namiętnie. Całując zanurzał mnie w sobie. Bardziej i głębiej…
SERCE Najdroższe uśmiechało się do serca mego, a moje serce odwzajemniało uśmiech.
Miłość i pokój Jezusa zalewały mnie i obezwładniały. Ogrzewałam się w blasku Jego miłości. Rozpływałam się… On, Słońce moje jaśniał nade mną i przenikał mnie całą! Do głębi! Bez Jezusa, bez umiłowanego mojego byłam niczym. Byłam nędzną, martwą duszą potrzebującą pomocy. Marność nad marnościami!!! Tylko w Jezusie i przez Jezusa jestem kimś! Tylko ON przez Swoją Miłość i Miłosierdzie nadaje sens mojemu istnieniu. Nadaje mi tożsamość i godność! Tożsamość i godność Bożego dziecka.
Jezus wciąż mnie całował. A nasze serca biły razem w jednym rytmie:
„Ko – cham cie – bie! Ko – cham cie – bie! Ko – cham cie – bie!”
Z SERCA Jezusa wyszła Hostia i weszła do serca mego.
Jezus promieniał nade mną i we mnie…
ROŚLINKA JEZUSA
„W twoich oczach widzę Siebie!” – wyszeptał Jezus ogniście.
„Kto w oczach Ten i w sercu!”
Jezus uśmiechnął się do mnie z czułością.
„Wiem, Moja słodka. Wiem!”
Leżałam w objęciach Jezusa tańczącą. Leżałam jak dziecko w objęciach najczulszej mamusi.
Spojrzałam mojemu ślicznemu w oczy.
„Opowiedz mi bajkę, kochany”- szepnęłam z mocą.
„Było sobie ziarenko, ukryte w ziemi. Było mu ciemno i zimno. W pewnej chwili poczuło ciepłe promienie słońca przenikające przez ziemię. Ziarenko zaczęło się wyciągać do słońca, coraz bardziej i bardziej. Tak bardzo, że aż pękło! Zaczęło kiełkować! Zaczęła z niego wyrastać roślinka. Ona, jak i ziarenko bardzo pragnęła zobaczyć słońce i być jak najbliżej niego. Słońce nachyliło się nad maleństwem. Dawało mu światło i ciepło. Czasem rzęsisty deszczyk podlał roślinkę. A ona rosła i rosła. Wygrzewała się w promieniach słonecznych. I była najbliżej słońca. Zawsze skierowana ku niemu.”
Uśmiechnęłam się do mojego Oblubieńca radośnie! Wiedziałam o kim jest ta bajka.
„Ale kiedy mówiłam, że jestem roślinką, Ty powiedziałeś, że jestem Promieniem!”
„To, że jesteś Moim Promieniem, nie znaczy, że nie możesz być Moją roślinką. Prawda? – spytał Jezus z cudnym uśmiechem.
„Prawda!”
Jezus uśmiechnął się do mnie promiennie. Nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego.
NIE ZASŁUŻYŁAM!
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i patrzył we mnie rozpromieniony cały miłością i zachwytem. Uśmiechnęłam się do Niego radośnie.
„Wyspałaś się, Moniko?”
„Tak. Trochę tylko głowa boli, ale mniejsza z tym. Nie mówmy o mnie. Rozmawiajmy o Tobie, mój Jezu kochany!”
„A Ja chcę rozmawiać o tobie, maleńka Moja!”
„O mnie nie ma co rozmawiać! Nie ma o czym!”
„Chcę dawać o tobie świadectwo, Moniko kochana!” – wyszeptał Jezus żarliwie.
„Świadectwo o mnie jest świadectwem o Tobie, kochany! Także tak czy inaczej rozmawiamy o TOBIE!” – szepnęłam uśmiechając się do mojego Oblubieńca od ucha do ucha.
Umilkłam. Jezus patrzył mi w oczy ogniście. I ja patrzyłam Mu w oczy. Widziałam w nich siebie! Pomyślałam, że jestem Jego oczkiem w głowie! Umiłowany mój robi wszystko, by mnie uszczęśliwić, ucieszyć, by mi dogodzić, by mnie wywyższyć! Jaka w tym moja zasługa?! Żadna! Niczym nie zasłużyłam! On mnie po prostu tak kocha. Nie patrzy na to, że nie zasługuję… Kocha na zabój! Ubóstwia mnie! Widzę to w Jego oczach. Nieba mi pragnie przychylić!
PROMIEŃ!
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego.
„Jesteś moim Słońcem, moim Słoneczkiem, mój Jezu. A ja jestem rośli…”
„Jesteś Moim Promieniem, Moniko kochana. Moim Promyczkiem, który posyłam do świata!”
„A ja myślałam, że jestem roślinką, która ogrzewa się w blasku Twojego światła.”
Jezus patrzył we mnie ogniście!
„Ty jesteś Moim światłem, Moim Promieniem, który posyłam do świata. Żeby go rozpalił, rozjaśnił i ogrzał. Co jakiś czas wysyłam do świata takie Promienie! Była nim Faustyna…”
Teraz ja przerwałam Jezusowi gwałtownie!
„I mój Przyjaciel, Ojciec Pio! I Dzieci z Fatimy!”
Jezus kiwał głową potakując.
„I ja wśród nich… Nigdy w ten sposób o sobie nie myślałam…”
Jezus uśmiechnął się do mnie z czułością.
„To tak, jak z twoim pięknem! Nie chciałaś go w sobie zobaczyć, ani uznać.”
„Tak. A Ty uparcie i wytrwale pokazywałeś mi je. I teraz wiem, że jestem piękna!”
Jezus zbliżył twarz do mojej twarzy i wyszeptał wprost do mego serca:
Pamiętaj, Moniko: Mój Promień ma obowiązki! Masz dawać światło i ciepło mrocznemu, zimnemu światu!”
Zasalutowałam jak żołnierz!
„Tak jest, moje Słońce!”
Jezus jeszcze bardziej zbliżył twarz do mojej twarzy i mnie pocałował. Pocałował mnie jak Oblubieniec całuje Swą oblubienicę. Ogniście, namiętnie i słodko.
„Ogrzewaj świat Moją Miłością, Mój słodki Promieniu!” – wyszeptał Jezus żarliwie.
Wciąż mnie całował. Płonęłam cała Jego Miłością…
DOM WE MNIE
Jezus patrzył we mnie ogniście. I ja w Niego ogniście patrzyłam.
„Kocham cię, Moniko!”
„Wiem! Dziękuję!!!”
„Gdybyś Mi nie podziękowała, też bym cię kochał!” – zaśmiał się Jezus perliście.
„Wieeem!” – uśmiechnęłam się do mojego Oblubieńca onieśmielona, lecz szczęśliwa cała.
Patrzyłam w oczy Jezusowi głęboko.
„Mój Dom jest w Bogu. W Tobie, mój Jezu! W Tobie jestem u siebie. Uspokoiło się serce moje, gdy spoczęło w Tobie. W Twoich objęciach, przy SERCU Twoim jest mój Dom. Ja nawet umierać nie muszę, żeby znaleźć się w Domu Ojca. Już jestem w Domu.”
Jezus zbliżył twarz do mojej twarzy i wyszeptał żarliwie:
„Mój dom jest w tobie, maleńka Moja!”
„We mnie?!!” – spytałam zdumiona do głębi.
Jezus skinął głową potakująco.
„Ale jak taki wielki, potężny Bóg może się zmieścić w czymś tak małym?”
„Dla Mnie wszystko jest możliwe, Moniko kochana!” – wyszeptał Jezus łagodnie. I nakarmił mnie Swoim Ciałem.
Zrozumiałam. Skoro On może się zmieścić w maleńkim i kruchym opłatku, to może i we mnie…
„Niesamowite!”
„Mój dom jest w tobie i Me SERCE w tobie odpoczywa, Moniko słodka.”
Trwałam w zadziwieniu i zachwycie…