Pustynia, dzień 20.
Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii, wpatrywałam się w Umiłowanego. Rozmyślałam o tym wszystkim co działo się we mnie od rana. Dzieliłam się tym z Nim. Czy głos, który słyszę pochodzi od Niego? Czy mogłabym się bez niego (głosu) obyć? Czy on (głos) jest najważniejszy w mojej modlitwie? Opowiadałam Mu o pewnej rozmowie. która zasiała niepokój w sercu.
Jezus patrzył we mnie pogodnie i jasno. Uśmiechał się do mnie. A ja Mu opowiadałam i rozmyślałam… Dla mnie tego głosu mogłoby w ogóle nie być. Wystarczył by ON i cisza. To dla mnie jest modlitwa. Bóg i cisza. Tak… to by mi wystarczyło. I wystarcza. Wystarczało przez tyle lat… A teraz pojawił się głos. Pojawiły się też insynuacje, że za bardzo koncentruję się na nim. Że ta”rozmowa” jest moją modlitwą. To nieprawda. W modlitwie najważniejszy jest dla mnie Bóg, To On mi daje, obdarza Miłością, siłą, pokojem, radością. Szczęściem. ON jest moim szczęściem. Bóg, mój Ukochany. ON jest dla mnie najważniejszy. A ja ze swej strony pragnę dla Niego być. Wspólne bycie DLA. Modlitwa… bycie z Nim i dla Niego.
A głos? Mogło by go nie być. Nic by nie zmieniło mojej relacji z Umiłowanym jakbym tego głosu w ogóle nie słyszała. Ale skoro jest…
„Panie, i co ja teraz mam zrobić? Kogo słuchać?”
Jezus nadal patrzył we mnie pogodnie.
„Słuchaj zawsze głosu swego serca, Mój robaczku”.
Patrzyłam w Niego dalej… Niepokój powoli ustępował. Moje serce znów zaczął ogarniać pokój.
Patrzeliśmy w siebie długo. W ciszy. To była prawdziwa modlitwa. Bycie DLA…
Autor: Maleńka
SZKAPLERZ I DNI PRÓBY
Pustynia, dzień 19
W nocy w czasie układania bukietów Madonnie, zobaczyłam dłonie kobiety… Trzymały coś ciemnego. Po chwili nałożyły mi to na szyję. I usłyszałam głos kobiety: „córko, przyjmij ten szkaplerz, jako znak mojej miłości. Jest on niewidoczny dla oczu ludzkich”.
„Dziękuję Mamusiu”.
Po chwili jednak zaczęły ogarniać mnie wątpliwości. Pomyślałam, że mi to się wydawało, albo sobie wymyśliłam, albo mi się przyśniło. Próbowałam o tym obrazie zapomnieć.
Potem pojechałam z rodzicami na Mszę św. Gdy tylko przywitałam z Ukochanym, usłyszałam w głębi serca: „Pamiętaj, Mój robaczku, że nosisz na sobie szkaplerz. Otrzymałaś go od Mojej Matki. Jest niewidoczny dla ludzkich oczu, ale wiedz, że go nosisz”.
„A więc to prawda!”- prawie krzyknęłam z radości.
„Tak, prawda”.
Po przyjęciu Komunii, Ukochany mówił mi, że wkrótce nadejdą dla mnie trudne dni. Dni smutku i pokus, dni ciemności i niezrozumienia przez innych. Będą to dni próby.
„Wtedy poznasz bardziej Moją Mękę. Ale będę wtedy z tobą”.
Wpatrywałam się w Jego Oblicze. Było mi smutno, bo ktoś sprawił mi przykrość.
„Twój smutek jest Moim smutkiem, a twoja boleść, Moją”.
SŁONECZNIK
Pustynia,, dzień 18.
Wczoraj wpadła mi do rąk „Pasja” wg objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich. Dosłownie „wpadła”. Ani jej nie zamówiłam ani nie kupiłam. Przyszła razem z „Gościem Niedzielnym”, jako dodatek, prezent. Ja jednak odebrałam ją jako prezent od Ukochanego, w kontekście przeżytej z Nim wczoraj Drogi Krzyżowej.
Czytam…
Wpatrywałam się w Niego… Mówił o moim sercu (nie mam sił opisywać całej rozmowy, więc napiszę w skrócie). Mówił, że kiedyś opisałam je jako ogród i dobrze zrobiłam. Mówił, że ten ogród jest coraz piękniejszy. On go uprawia. Jest Ogrodnikiem. Mówił, że ma teraz więcej miejsca, kiedy się cofnęłam. I może więcej zdziałać we mnie.
Ucieszyłam się bardzo i powiedziałam, że pragnę być Jego słonecznikiem. Chcę mieć serce i całą siebie zawsze skierowaną ku Niemu.
Tęsknię za Niebem… 🙂
PRZY UMIŁOWANYM
Pustynia, dzień 17.
Pustynia to dla mnie czas odkrywania, poznawania samej siebie. To czas cofnięcia się, wycofania. Ale po to, żeby zrobić więcej miejsca dla Boga. To patrzenie na siebie z Jego perspektywy. Obnażenie przed Nim serca. To stanięcie w prawdzie przed Nim. Pustą. I błaganie Go, żeby napełnił mnie. Sobą.
I tak patrzę i odkrywam. Przyglądam się sobie. I to, co odkrywam często mnie zaskakuje. Nie zawsze pozytywnie. Boli mnie ta prawda, smuci… Ale stanięcie przed Umiłowanym, wyzwala we mnie chęć przemiany. Postanowienie, że od tej pory będę starać się być inna. Zmienia się moje myślenie. Chcę się nawrócić. I Ukochany mi pomaga.
Nie mówi, że gdy się nie zmienię, będzie mnie mniej kochał. Ale mówi”to i to mogłoby być inaczej, jeśli chcesz, spróbuj to zmienić. Będziesz bliżej Mnie. będziesz bardziej do Mnie podobna”. A ja pragnę być podobna. I chcę się zmienić.
Wpatrywałam się w Miłosiernego…
„Dziś piątek, robaczku. Pójdź za Mną”.
I poszłam za Nim. Drogą Krzyżową. Idąc za Nim, niosłam w sercu wszystkie moje intencje, intencje Sióstr Karmelitanek, które (intencje) też są moimi. Niosłam moje duchowe Dzieci… I tak szłam za Nim.
Kiedy dotarliśmy na Golgotę i odarty z szat, zmęczony, poraniony, został przybity do krzyża, usłyszałam w głębi serca usłyszałam:
„Trwaj przy Mnie, Weroniko. Trwaj przy Ukrzyżowanym”.
Trwam… pusta. Nie mogę Mu ulżyć, pomóc. Ale mogę przy Nim być. Z Nim.
I jestem.
On rozdarty na krzyżu, cierpiący, obolały… jest mi najbliższy. Umiłowany mój…
W MIŁOŚCI
Pustynia, dzień 16
Wpatrywałam się w Umiłowanego… odpoczywałam w Nim, przed Nim. A jednocześnie cierpiałam razem z Nim. Ofiarowywałam…
„Jestem cały dla ciebie, Mój robaczku”- usłyszałam.
„Ja także pragnę być cała dla Ciebie, Jezu…”
Patrzeliśmy w siebie długo. Bardzo długo…
Usłyszałam cichutki głos w głębi serca:
'Jesteś”.
Głos był tak cichy, że pomyślałam, że mi się wydawało, że go słyszę.
„Jestem?” – spytałam zdumiona.
Jezus patrzył we mnie w taki sposób, że już nie miałam wątpliwości, że tak…
Pragnęłam być cała dla Niego, służyć Mu z całych sił. Całą sobą. A On mówi, że to robię. Czy można chcieć więcej?? Nie można!!
Dziś krzyż ciążył mi bardziej niż zwykle. Zmęczona byłam po nocy i obolała. On o tym wiedział. A ja wiedziałam, że i On cierpi, bardziej niż ja. Nie rozmawialiśmy jednak o tym. Nie rozmawialiśmy o cierpieniu. Dźwigaliśmy nasze krzyże w milczeniu.
A w siebie wpatrywaliśmy się w miłości i radości. Uśmiechnięci i szczęśliwi.
NA DNIE SERCA
Pustynia, dzień 15
Coraz trudniej mi opisywać moją modlitwę… nie tylko ze względów fizycznych.
Po prostu coraz więcej podczas niej odbywa się, dzieje poza słowami. Ponad nimi. Coraz więcej jest w niej ciszy… Obecności Boga, a coraz mniej mnie. A jak opisać Obecność…? On Jest. Jest i działa we mnie.
Dziś wpatrywałam się w Niego… bez słów. Bardzo długo.
„Cały jestem dla ciebie, Mój robaczku” – usłyszałam w głębi serca.
Patrzyłam dalej. Był taki jasny, świetlisty, promienny. I dobry.
„Spróbuj Mnie, skosztuj, smakuj Mnie. Nasycaj się Mną, chłoń! Cały jestem dla ciebie”.
Kosztowałam więc, nasycałam się, chłonęłam. Ale jak to opisać? Nie wiem. Nie umiem. Słów mi brakuje. Po ludzku patrząc tylko siedziałam i się w Niego patrzyłam. Wszystko działo się w moim wnętrzu. W głębi. Na dnie serca.
Mogę tylko powiedzieć, że już tej modlitwy tęsknię. Do Niego tęsknię.
Przy Nim poznaję prawdę o sobie, poznaję, że jestem dobra. Zaczynam patrzeć na siebie Jego oczyma. I na innych także.
Najbardziej dla mnie niepojęte jest to, że On jest aż tak blisko. Aż tak.
Przed Nim czuję się małym, bezradnym, bezbronnym dzieckiem. I wiem, że On mnie taką bardzo kocha i nigdy nie skrzywdzi. Przeciwnie. Podniesie, podźwignie, przytuli do Serca.
Taki jest mój Umiłowany.
Dzisiaj płakałam przed Nim. Ze szczęścia.
NIEDŁUGO
Pustynia, dzień 14
Rano, po modlitwie,. pomyślałam, że za rzadko mówię MU,, że GO kocham. To znaczy staram się Mu często to mówić, ale ile bym tego nie robiła, i tak będzie za rzadko…
„Niech każdy mój oddech mówi Ci, że Cię kocham,, niech każde bicie serca mówi Ci, że Cię Jezu, kocham. I każdy uśmiech. Kiedy się do kogoś uśmiecham, uśmiecham się do Ciebie”- szeptałam.
Wpatrywałam się w Umiłowanego…. znów pomyślałam, że im dłużej się w Niego patrzę, tym bardziej za Nim tęsknię. Wpatruję się w wizerunek, a tęsknię za Jezusem, Żywym i Prawdziwym. Tęsknię… pragnę Go zobaczyć, spojrzeć w Jego Twarz
„Tęsknię za Tobą, Jezu….”
Patrzył we mnie radosny, rozpromieniony.
„Niedługo już Mnie zobaczysz, ukochana Moja”.
W JEGO RAMIONACH
Pustynia, dzień 13
Wieczorem przyniósł mi swój krzyż. Zostawił mi go.
Dźwigam go, ale nie sama. Z Ukochanym…
Wpatrywaliśmy się w siebie. Bez słów. On patrzył we mnie. Czule i tkliwie.
„Cierpię z tobą, Mój kochany robaczku. Niosę cię w swych ramionach”.
„Umiłowany mój… Uwielbiam Cię”.
BŁOGOSŁAWIEŃSTWO I UŚMIECH
Pustynia, dzień 12
.Zawsze kiedy jestem na Mszy św., modlę się za moje duchowe Dzieci i za osoby, które Ukochany powierzył mojej modlitewnej opiece. Ich też nazywam moimi dziećmi 🙂
Olga, Karolina, Ela, Rozalka, Krzysztof, Janusz, Zosia, Marek, Darek, Adam, Zenon, śp. Marek, Mateusz, Darek, Jarek, Jacek, Piotr, Jacek Edward, Tomasz L. Tomasz D., Tomasz. K., Tomasz, Radek P., Radek W.,Tadeusz, Artur, Stanisław, Jan, s. Tadeusza i s. Maria. I moje dwie chrześniaczki Olę i Danusie, a także moje duchowe Maleństwo.
A teraz jeszcze za Zgromadzenie Sióstr Karmelitanek Misjonarek do którego to zakonu duchowo należę.
W ich intencjach modliłam się i dziś. Do Ukochanego, oddawałam ich wszystkich w JEGO ręce. I w ręce Madonny ( oddaję Jej ich też podczas każdego nocnego Różańca). Prosiłam, żeby ich strzegli od złego, uzdrawiali ich dusze i ciała, żeby im błogosławili.
Po Komunii Św., trwałam w dziękczynieniu… Usłyszałam Głos w głębi serca, pytanie: „A dla siebie o nic nie poprosisz?”
„Mam Ciebie – mam wszystko. Należę do Ciebie, a Ty wiesz najlepiej czego mi potrzeba. Lepiej niż ja”.
„Ze względu na te słowa wiedz, że błogosławię twoim dzieciom i tobie”.
I zobaczyłam tors mężczyzny podobny jak na obrazie Jezusa Miłosiernego. Lewą dłonią wskazywał na Serce a prawą uczynił nade mną znak krzyża…
Potem wpatrywałam się w Umiłowanego, nie pytałam czy to On błogosławił mi i moim dzieciom, bo byłam pewna, że tak. Że to On.
Patrzył we mnie poważnie, wręcz smutno, ale Jego oczy jaśniały światłem i dobrocią.
„Panie, pragnę pełnić Twoją Wolę” – szepnęłam.
„Pełnisz Ją gdy cierpisz w pokorze i uniżeniu, z radością w sercu”.
„Pragnę… Staram się Jezu…”
Ukochany patrzył we mnie z wielką miłością.
„Wkrótce przyniosę ci Mój krzyż. A teraz uśmiechnij się do Mnie, Weroniko”.
Uśmiechnęłam się do Niego, a On do mnie.
I tak patrzeliśmy w siebie uśmiechnięci…. na pustyni….
MIŁOSIERDZIE
Pustynia, dzień 11
Wpatrywałam się w Umiłowanego…. w Miłość samą. Jego Oblicze było piękne, pogodne, jasne. Dobre… Łagodne.
Patrząc w Nie, pomyślałam o mojej słabości i grzechach…
„To prawda,, twoja nędza jest wielka. Ale Moje Miłosierdzie jest większe od niej. Zanurzam cię w Nim”.
Patrzyłam w mego Oblubieńca jak urzeczona, a On kontynuował: „Patrzę na ciebie przez pryzmat Miłości. I twoja ufność czyni Mnie bezbronnym, rozbrajasz Mnie moja Weroniko, dlatego wysłuchuję twoich modlitw”.
Dziękowałam, dziękowałam, dziękowałam….