Wpatrywałam się w Oblicze Umiłowanego… uśmiechnięta, szczęśliwa. I zaskoczona. Chociaż z drugiej strony… 🙂
Jezus też wydawał się być radosny. Zadowolony, że sprawił mi niespodziankę, radość.
„… 'od Oblicza Chrystusowego’…” – myślałam.
„Podoba ci się, robaczku?”- zapytał.
„Wiesz, że tak! Bardzo!”
„Odtąd to będzie twoje imię”.
Patrzeliśmy w siebie. Rozmyślałam… Od dnia naszego ślubu kilka razy przeleciało mi przez głowę, że powinnam mieć nowe imię. Raz nawet zaczęłam wybierać… np. „od Jezusa Miłosiernego”. Jednak szybko ucięłam te myśli. Te imiona, które wybierałam (a było wśród nich też ” od Oblicza Jezusowego”) wydawały mi się zbyt wielkie, zbyt dostojne. Ja, taka malutka i zwyczajna, prosta… Postanowiłam zostawić to Ukochanemu. Żeby On mi wybrał, jeśli chce… I dziś wybrał. Karolina je wymodliła. 🙂
„To imię pasuje do ciebie, nie tylko dlatego, że kontemplujesz Moje Oblicze”.
Patrzyłam pytająco.
„Chcesz być do Mnie podobna, prawda?”
„Pragnę…”’
„Jesteś”.
Jak brzmi całe moje nowe imię? „Weronika od Oblicza Chrystusowego”. Dlaczego? Weronika ocierająca Twarz Chrystusowi zawsze mnie zachwycała. Zadziwiała. Podziwiałam jej odwagę, determinację. Upór. Jej miłość. Identyfikuję się z nią.
Kontempluję JEGO Oblicze. I… jestem do Niego… podobna.
I… chcę być Weroniką.
Dla NIEGO.
I dla innych.
Autor: Maleńka
PODOBNA…
Ta notka będzie krótka i lakoniczna. Pisać trudno, słabo się czuję.
Dziś przed Eucharystią ofiarowywałam Ukochanemu całą siebie. Cierpienia, troski i radości. Ofiarowywałam Mu moje duchowe Dzieci, moje duchowe Maleństwo. Ofiarowywałam Mu moją niemoc i słabość. Ofiarowywałam i prosiłam, żeby tę moją małą ofiarę przyjął i złączył ze Swoją. Najświętszą.
Potem, gdy wpatrywałam się w Niego, prosiłam, żeby nauczył mnie być świętą. Podobną do Niego.
„Jesteś do Mnie podobną, robaczku”.
”Ja? Jakoś tego w sobie nie widzę….”
„Wystarczy, że widzę Ja i widzą inni”.
Patrzeliśmy w siebie dłuższy czas w milczeniu. Długo…
„Wpatruję się w twoje serce. Upodobałem je sobie” – usłyszałam cichy, łagodny Głos.
W NIM
Obudziłam się w nocy i zaczęłam układać bukiety Madonnie. Kiedy się modliłam, usłyszałam głos, dziwny… przypominał grzmoty.
„Jam jest twój Bóg, Skała Zbawienia! Jam jest twój Oblubieniec. Twój Ukochany. Przyjaciel. Schroń się we Mnie. Wejdź we Mnie. Ja cię obronię. Moja najdroższa, umiłowana Moja!”
Ułożyłam bukiecik i chyba przysnęłam. Nie wiem. Kiedy otworzyłam oczy było jeszcze ciemno, zaczęłam się modlić dalej, w jednej, szczególnej intencji. Ogarnął mnie ból, ale nie fizyczny. Bolało mnie serce, dusza…
Modliłam się i modliłam. I zobaczyłam obraz, bardzo piękny i przejmujący… nie będę go opisywać. To zbyt osobiste, zbyt trudne dla mnie. Powiem tylko, że dotyczył on jednego z moich duchowych Dzieci. Zachowam ten obraz w sercu…
Wpatrywałam się w Umiłowanego.
„Błogosławię ci, robaczku, błogosławię”.
„Kocham Cię i ufam Tobie Jezu” – powiedziałam do Niego.
Patrzyliśmy w siebie długo…
„Obdarzam cię Moimi łaskami” – usłyszałam w głębi serca.
„I moje Dzieci…? Proszę…”
„Twoje Dzieci także”.
ZBROJA
Patrzyłam w Niego. Dziś był poważny. Łagodny, ale poważny. Długo wpatrywaliśmy się w siebie. Kontemplowałam Oblicze Ukochanego. Oblicze pełne miłości i miłosierdzia… Odpoczywałam? Nie. Cierpiałam, ofiarowywałam, tańczyłam przed Nim.
„Jesteś gotowa cierpieć dla Mego Imienia?”
„Tak. Jestem gotowa”.
„Jestem twoją Tarczą, robaczku, twoją Zbroją”.
P. S.
Przerwałam wczorajszą notkę. Nie miałam sił pisać dalej. Jezus powiedział jeszcze, żebym odpoczywała, bo niedługo przyjdzie mi cierpieć dla Jego Imienia. Odpoczywałam więc wpatrując się w Niego. Teraz wiszę razem z Nim na krzyżu.
UWIELBIAM…
Wpatrywałam się w Oblicze Ukochanego… patrzyłam i patrzyłam.
„Mam Ciebie – mam wszystko – westchnęłam – żal mi tych, którzy Cię nie znają, albo nie chcą znać, wierzyć, kochać Cię. Biedni… współczuję im bardzo. Tak bym chciała, żeby wszyscy Cię poznali, uwierzyli Ci, uwierzyli w Twoją Miłość…”
„Ja czekam na wszystkich. Módl się za nich, żeby chcieli Mnie poznać, przyjść do Mnie. Cierp za nich, robaczku”.
„Będę”.
Patrzeliśmy w siebie. Długo.
„Podoba Mi się kiedy tak we Mnie patrzysz”- usłyszałam.
„Uwielbiam to. Te nasze spotkania, rozmowę. Uwielbiam… Jeśli ktoś uważa, że modlitwa jest nudna to nie wie czym ona jest. Nigdy jej nie doświadczył…”
O MIŁOŚCI I ZAUFANIU
Gdy skończyłam układać kwiaty Maryi, usłyszałam głos: „Kto Mnie wpuści? Kto obdarzy Mnie miłością? Kto pozwoli Mi się pokochać? Chodzę i pukam do ludzkich serc. I żebrzę. O miłość…” – głos był… trudno mi go określić. Smutny, bardzo smutny… rzewny, ckliwy. Skarżący się. Przypominał… wiatr. Tak, łagodny wiatr. „Pragnę niewiele, miłości jedynie”.
„W moim sercu zawsze znajdziesz miłość…” – pomyślałam smutno.
„Serca Moich oblubienic są dla Mnie ukojeniem. W nich odpoczywam. Ale chcę mieć jak najwięcej takich serc. Więc pukam i żebrzę. I często odchodzę odepchnięty i odrzucony. A odrzucając Mnie, odrzucają Moją Miłość”.
Było mi smutno, bardzo smutno…
Wpatrując się w Jego oczy, rozważałam dzisiejszą Ewangelię. Przyprowadzili do Jezusa niewidomego, prosząc, żeby go dotknął. Pewnie oczekiwali szybkiego cudu. Może i sam niewidomy go oczekiwał. Tymczasem Jezus robi coś innego. Bierze ślepca za rękę… i prowadzi. Chory nie wie co się dzieje, nie wie gdzie idzie i może do końca nie wie Kto go prowadzi. Ale ufa. Nie wiadomo ile czasu idą, pewnie długo. Może o czymś rozmawiają, może idą w milczeniu. W każdym razie Jezus prowadzi… „poza wieś”. Na ubocze. I tam powoli, etapami uzdrawia. Robi to bardzo delikatnie, czule. Z miłością. Puka do serca człowieka… I on w końcu widzi wyraźnie.
Patrzyłam w Ukochanego… On patrzył we mnie łagodnie.
„Żeby zobaczyć wyraźnie, trzeba najpierw Tobie zaufać i pozwolić się poprowadzić”.
„Mów o tym, pisz o tym robaczku. I pisz o Mojej Miłości”.
„Jeśli trzeba schodzić
zrzuć na mnie wszelkie dobra świata,
a zejdę dużo łatwiej.
Ale, jeśli trzeba się wspinać,
oczyść mnie ze wszystkiego i ze mnie samego,
abym był lekki.
Jeśli trzeba schodzić
napełnij mojego ducha szybkością i wiatrem,
niech mnie ogarnie chęć sukcesu i chwały!
Ale jeśli trzeba się wznosić
uzbrój mnie w cierpliwość i siłę
i nie pozwól oglądać się wstecz.
Pozwól mi, Panie, dokonać dobrego wyboru
miedzy miłością własną, a miłością bliźniego;
między miastem ziemskim, a miastem niebiańskim.
Pozwól mi zobaczyć za skrzyżowaniem
co kryje się na końcu podróży.
Chciałbym wybrać wszystko:
światło w górze i na dole;
ale nie można służyć dwóm panom.
-Dlaczego jestem rozdarty, Panie,
zaproszony do ogrodów Edenu
i wystawiony na moją słabość wobec zakazanego owocu?
Gdybyś jeszcze mnie prowadził na smyczy,
jak dziecko pozbawione wolności;
gdybyś chociaż karał mnie za błędy
….ale Ty jesteś dobrocią!
Szeroka droga jest taka łatwa!
Dlaczego prosisz mnie o wysiłek i cierpienie,
żebym stał się szczęśliwy?
Wiem, czego pragniesz, Panie: mojej miłości.
Miłość jest moim jedynym wyborem i moim jedynym cierpieniem,
bo ona jest darem.
Kiedy wybieram Ciebie, wybieram wszystko,
bo wszystko pochodzi od Ciebie!”
ks.Hilaire Leonard Etienne
NARZĘDZIE
Dziś nie miałam sił, zmęczona i obolała. Wpatrywałam się taka w Niego… A On we mnie. Wpatrywał się z wielką czułością…
Nie mówiłam nic. Nie musiałam, wiedział o wszystkim. Był ze mną, przy mnie w nocy.
„’Cierpisz umiłowana. Cierpię z tobą. Kiedy oblubienica cierpi, Oblubieniec cierpi z nią. A gdy cierpi Oblubieniec…”
„Cierpi i oblubienica” – dokończyłam.
Znów w siebie patrzeliśmy. On tym swoim czułym, miłosiernym spojrzeniem przenikał mnie na wskroś. Przeszywał moje serce. Trwaliśmy tak w milczeniu. W końcu On przerwał.
„Tańczyłaś w nocy przed Moim Tronem. Pięknie tańczyłaś”.
„Tańczyłam? Nie miałam siły, Panie…”
„Kiedy nie masz sił i Mi się ofiarujesz, wtedy tańczysz najpiękniej, robaczku”.
Milczałam.
„Pamiętasz ukochana jak kiedyś prosiłaś Mnie, żeby być Moim narzędziem?”
Przytaknęłam.
„Jesteś nim”.
„Jak napisała Karolina?” – uśmiechnęłam się.
Jezus patrzył we mnie i też się uśmiechał.
A Karolina napisała: „Jesteś ołówkiem w Jego ręku. Jego palcem, który pisze na blogu, Jego głosem, który szepcze różaniec dla ludzi”.
A to… 🙂 często Mu to mówię.
BEZBRONNOŚĆ UKOCHANEGO
Wpatrywałam się w Niego.
„Witaj umiłowana Moja!”
„Witaj Ukochany!”
Patrzyliśmy w siebie. On rozpromieniony. Ja też…
„Co mogę dla Ciebie zrobić?” – spytałam po chwili.
„Już dużo dziś zrobiłaś. Odpocznij”.
Rzeczywiście byłam zmęczona, ale jednocześnie pełna energii. On dodawał mi sił.
„Pragnę być z tobą, wpatrywać się w twoje serce. Pozwól Mi, proszę”.
Bóg mnie prosił…
„Też tego pragnę, Panie…”
Patrzyliśmy więc w siebie. Długo, długo… długo.
Patrzyłam w Jego oczy. Przypomniał mi się nasz ślub. Uśmiechnęłam się do Niego. On do mnie też.
„Dobrze mi z Tobą, Umiłowany. Kocham Cię i pragnę Ci służyć”.
Twarz Jezusa zmieniła się. Wiedziałam już że się wzruszył.
„Tak, wzruszyła Mnie twoja szczerość i ufność”.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć… znów mnie zawstydził.
„Dziękuję”- powiedziałam nieśmiało i pocałowałam Go w policzek…
„Twoja ufność czyni Mnie bezbronnym”.
UPODOBANIE
Dziś po tym jak skończyłam układać bukiety dla Maryi, leżałam i rozmyślałam… Rozmyślałam ciągle o tym, że Ukochany kazał mi tę moją modlitwę nagrywać. „Tylu ludzi się modli pięknej, a Ty wybrałeś mnie… mówię tak niewyraźnie, brzydko… poza tym to moja modlitwa do Ciebie, taka osobista, intymna… Obnażyłam się całkowicie. Ty mnie obnażyłeś. Powiedziałeś, że te nagrania pomogą wielu. Nie rozumiem tego…”
„Podoba Mi się twoja modlitwa i jej wysłuchuję. Ale tu nie chodzi tylko o słowa, ale o serce” – usłyszałam Jego głos – Wielu modli się tylko słowami i pięknie się modlą. Ale to tylko słowa… Ty Mój robaczku modlisz się sercem. Kiedy się modlisz, Ja widzę twoje serce. Ufne, pokorne i szczere. W takich sercach mam upodobanie”.