Leżałam w ramionach Jezusa… Z zamkniętymi oczami leżałam. Nie miałam siły, żeby podnieść powieki. Ale mimo zamkniętych oczu, widziałam mojego umiłowanego. Jezusa. Patrzył we mnie głęboko… Poruszony i rozczulony niezmiernie.
„Wiesz mój Jezu? Znów nie mogę spać. Kiedy moja kochana Córeczka poszła do Ciebie na rączki, mogłam. Spałam. Aż sama się dziwiłam, że mogę! A teraz znowu nie śpię… Już którąś noc z kolei. Może godzinkę podrzemię, a potem całą noc leżę… A w dzień jestem fizycznie bardzo zmęczona i obolała bardzo…”
„Dziękuję, że Mi o tym powiedziałaś, jedyna Moja! Będziesz spać. Obiecuję!” – wyszeptał Jezus z ogniem miłości.
„Dziękuję! Chociaż troszkę potrzebuję…”
„Będziesz spać, Moniko. Obiecuję!” – wyszeptał Jezus łagodnie i jednocześnie z naciskiem.
„Dziękuję… Chodź do mnie mój Jezu… Bliżej…”- szepnęłam z trudem wielkim.
Jezus zbliżył Swoją twarz do mojej twarzy i mnie pocałował. Słodko i gorąco. Potem przytulił policzek do mego policzka. A ja objęłam Go za szyję i tuliłam mocno do siebie… Trwaliśmy razem. Serce przy SERCU. Z SERCA Jezusa wyszła Hostia i weszła do serca mojego. Tańczyliśmy w bliskości bez granic… Złączeni w miłości i cierpieniu. Mój Jezus i ja…
Autor: Maleńka
O MĄDROŚCI I POKORZE
Jezus siedział na ławeczce obok studni. A ja siedziałam u Niego na kolankach. Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego. Patrzyliśmy w siebie nawzajem z miłością i zachwyem!
„Wiesz, mój Jezu? Pewne zdarzenie sprzed kilku lat mi przypomniało i nie daje spokoju! – zawołałam śmiejąc się wesoło – natrętne jakieś! Czy to Ty mi je…?!”
„Tak, kochanie! Po prostu chcę, żebyś tu je opowiedziała!”
„Nie uważam, żeby było o czym. Ale ok, Twoja Wola! A na drugi raz wystarczy mi o tym powiedzieć. A nie męczyć przypomnaniem!”
Śmialiśmy się oboje! Głośno i perliście! Jezus i ja. Jezus wiedział, że ja żartuję, i, że On może mnie męczyć do woli!
Ułożyłam się wygodnie na SERCU Jezusa i zaczęłam opowiadać:
„Było to kilka lat temu 6, może 7, a może i 8, czas tak szybko biegnie. W każdym razie miałam wtedy dobrego znajomego Janka (imię zostało zmienione, żeby nie było, że jakąś krzywdę chcę mu zrobić. Prawdziwe imię znam ja i Jezus). A raczej ksiedza Jana. Był to młody człowiek, dopiero co po studiach i święceniach kapłańskich. Znaliśmy się i lubiliśmy. Ostatnio niestety, nasze drogi się rozeszły. Ale wtedy byliśmy dobrymi znajomymi.
I któregoś dnia wchodzę na jego profil na Facebooku. A tam trwa zarliwa rozmowa. Młodzi ludzie, koledzy Tomka, wykształceni, po studiach i święceniach kapłańskich o czymś rozmawiają. Była to rozmowa otwarta, na forum publicznym, każdy więc mógł się do niej przyłączyć. Weszłam, przywitałam się i spytałam czy nie przeszkadzam. Księża na to że nie, że skąd, że zapraszają. Czytam więc o czym tak rozmawiają. A oni o jakimś „łokciu”. I tak wygląda jakby o kimś rozmawiali, a konkretnie obgadywali. Pytam co to takiego jest ten „łokieć”? Nie tyle z ciekawości, ale żeby rozmowę zagaić. Gdy tylko się o to zapytałam, młodzi ludzie, księża zamilkli i się jakby rozpierzchli! Jakbym ich nakryła na czymś czego robić nie powinni. Jakbym przyłapała ich na gorącym uczynku. Rozpierzchli się więc. A jeden z nich, kolega Janka, zaczął mnie atakować. Prawic mi złośliwości, złośliwe docinki, igły słać pod moim adresem. Że dla takiej maleńkiej owieczka jak ja to są sprawy zbyt wielkie. Że ciekawość to pierwszy stopień do… Że to są ciemne strony kościoła, że taka prosta owca ich nie zrozumie, nie dotyczy i nie powinno obchodzić!” Dzisiaj te uwagi nie ruszyłyby mnie zbytnio. Ale wtedy byłam jeszcze inną osobą, wrażliwą na własnym punkcie. Postanowiłam jednak, że nie dam się sprowokować, że młody księżulo nie jest mnie w stanie urazić. I na jego złośliwe docinki odpowiadałam z uśmiechem. Młody człowiek widząc, że ze mnie 'twarda sztuka’, sięgnął po jak mu się pewnie wydawało, armatę dużego kalibru. I zwrócił się do naszego wspólnego kolegi, Janka, wręcz teatratnie: „Księże Janie (wcześniej było na 'ty’), proszę tej swojej owieczce powiedzieć, że jak będzie taka ciekawska to grozi jej zepsucie!” Jan nie zareagował. Może w tym momencie go nie było, a może wiedział, że z jego kolegą poradzę sobie sama. A mnie w jednej chwili oświecilo! Olśniło!
„A ja myślałam, że wśród Pasterzy owcy zepsucie nie grozi!” – powiedziałam i uśmiechnęłam się szczerze, od ucha do ucha. Janek uśmiechnął się do mnie z uznaniem. Według niego to była tzw „cięta riposta”.
A jego kolega, jeszcze przed chwilą krzykliwy, umilkł w sekundę! Jak oparzony! I już się nie odezwał. Jakbym w jednej chwili przypomniałam mu jego stan, pozycję i jak powinien się względem tego zachowywać. Uśmiechnęłam się do wszystkich uprzejmie i wyszłam z profilu Jana. A wychodząc pomyślałam, że nawet starsza i chora owca może czegoś młodego Pasterza nauczyć. Czego? Pokory. Że nie wystarczy być wykształconym i elokwentnym. Trzeba jeszcze być madrym. Wywyższać się mądrością i pokorą!”
Umilklam. Spojrzałam w oczy Jezusowi głęboko.
„Ot, i cała opowieść!” – szepnęłam bezgłośnie prawie.
Jezus uśmiechnął się do mnie cudownie!
„Dziękuję, Moniko. Chcę po prostu, żeby to wybrzmiało!”- wyszeptał Jezus z ogniem.
Uśmiechnęłam się do Niego radośnie!
„To jeszcze powiedz jaki tytuł dać notce. Bo nie wiem…” – spytałam z prostotą.
„O mądrości i pokorze” – wyszeptał Jezus.l
„Dobrze, mój Jezu. Będzie jak chcesz.”
Jezus patrzył we mnie z czułością i zachwyem…
OD UCHA DO UCHA!!!
Leżałam w ramionach Jezusa. Mój śliczny Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA. Patrzył tylko we mnie! Zakochany i zachwycony cały! I ja tylko w mojego Jezusa patrzyłam! Z miłością i uśmiechalam się do Niego radośnie! Od ucha do ucha!
„Zmęczona…”- szepnęłam z trudem.
„Wiem! Zmęczona i obolała bardzo… A mimo to tyle dla Mnie robisz, kochana Moja! Nawet teraz!” – wyszeptał Jezus poruszony niezmiernie.
„Ja?! Tyle robię?! Teraz?!!” – szepnęłam zdumiona do głębi.
Przecież tylko leżałam w objęciach Jezusa. Nic nie robiłam…
„Uśmiechasz się do Mnie!!! Mimo bólu i zmęczenia! Uśmiechsz się do swoich Dzieci! Ból i zmęczenie ukrywasz pod promiennym uśmiechem! Nawet nie wiesz ile to dla Mnie znaczy!!! Ile to znaczy dla Twoich Dzieci! Uczysz, że mimo zmęczenia można się uśmiechać!!!” – wyszeptał Jezus z ogniem miłości.
„Nie pomyslalam tak o tym! Po prostu kiedy jesteś ze mną, mój Jezu kochany, nie mogę się nie uśmiechać!!!” – szepnęłam z trudem.
„Dzięki Tobie, mój Jezu, uśmiecham się! Tylko dzięki Tobie!” – szeptało moje serce.
Leżałam w ramionach Jezusa uśmiechnięta od ucha do ucha. A On patrzył we mnie jak w obrazek…
PRAGNIENIA I POCALUNKI
Obudziłam się… Obudziłam się i od razu wiedziałam, że jestem w objęciach mojego umiłowanego. Jezusa… Otulała mnie Jego Obecność… Otulała i wypełniała… Jego miłość, dobroć i czułość… Leżałam z zamkniętymi oczami i uśmiechałam się do Jezusa od ucha do ucha…
„Kocham Cię mój Jezu! Kocham Cię!!!” – szeptało moje serce.
Leżałam z zamkniętymi oczami… W ciszy, która nagle przestała mi przeszkadzać. Już nie dzwoniła w uszach i nie raniła już serca… Przeciwnie. Była dla mnie ukojeniem i odpoczywałam w niej. W pewnej chwili poczułam ciepły oddech na moim policzku… A potem dotyk delikatny niczym mgiełka… A potem pocałunek… Delikatny, czuły i słodki. Pocałunek Oblubieńca… Uśmiechnęłam się do Niego jeszcze bardziej… Leżałam z zamkniętymi oczami. A On, umilowany mój Jezus zaczął całować moją twarz… Czule i słodko… Całował moje czoło, powieki, nos, policzki, usta, brodę… Całował moje serce obolale i ciało. Całował mnie mój umilowany… A ja bardzo potrzebowałam Jego pocałunków i bardzo pragnęłam… Tak bardzo, że potrzeba i pragnienie łączyly się w jedno… Jezus całował… A całując karmił mnie Sobą i łączył z Sobą. Zanurzał w Sobie. Tak bardzo, że nie wiedziałam czy jeszcze żyję, czy już umarlam. Ale nie miało to dla mnie znaczenia. Byleby tylko być z Nim!!! Byleby tylko być z Jezusem! Być Jego i dla Niego! Całkowicie! Bez reszty!
Otworzyłam oczy. Jezus pochylał się nade mną z czułością i ogniem.
„Pragnę Cię, Moniko!” – wyszeptał płonący cały.
„Bierz mnie! Bierz i rób ze mną co chcesz!”
I znów tonęłam w pocalunkach Oblubieńca… Czułych, słodkich i gorących.
TO O CO PROSIŁAM…
Jezus siedział na ławeczce obok studni. A ja siedziałam u Niego na kolankach. Patrzyliśmy w siebie nawzajem z miłością, zachwytem i ufnością…
„Wiesz… – zaczęłam nieśmiało – mój Duchowy Syn zaczyna się uśmiechać, żartować i jest spokojniejszy. Mniej nerwowy. Cieszę się bardzo!!! Bardzo potrzebował odpoczynku. Wszyscy potrzebowaliśmy…”
Jezus przytaknął z cudnym uśmiechem. Ten uśmiech mnie baaardzo osmielił. I szepnęłam:
„Więc to o co Ciebie tylko raz poprosilam i Ty od razu to spełniłeś było nie tylko zgodne z Twoją Wolą, ale i dobre dla nas wszystkich…”
Jezus patrzył we mnie głęboko, z ogniem miłości…
„Tak, Moniko, to o co Mnie tylko raz poprosiłaś było zgodne z Moją Wolą, ale i dobre dla Was wszystkich. Dlatego też od razu to spełniłem! Wola Moja zawsze jest dobra, mimo, że często wiedzie przez cierpienie, ból, pustkę, tęsknotę i łzy. Wola Moja jest zawsze dobra!”
„Kiedy Cię o to raz poprosilam i Ty od razu to spełniłeś, napadły mnie myśli, że jak mogłam Cię o to w ogóle poprosić!!! Jak śmiałam??!! Że głupia jestem, że Cię o to poprosilam!!! Że zła, egoistyczna!!! Że jestem wyrodna córka i Matka w jednym!!! A teraz… widzę, że nie…! Więcej! Nie tylko, że nie, ale, że jest całkiem odwrotnie niż wtedy myślałam!”
Jezus patrzył we mnie z tkliwością bezbrzeżną…
„Moniko… Zły przeinacza, odwraca, zniekształca, wykrzywia. Zło nazywa dobrem a dobro złem! Kłamie, po prostu!” – wyszeptał bardzo poważnie, z naciskiem.
„I wiesz? Teraz widzę, że jestem bardzo odważna, że Cię o to poprosilam! Prosząc o to, wyszłam jakby sama z siebie… Zaczęłam myśleć, dalej, niż tylko o tym co ludzkie… Jestem odważna, że Cię o to poprosilam!” – szepnęłam prawie bezgłośnie.
„Cieszę się, że w końcu to widzisz, Moniko!” – wyszeptał Jezus z ogniem.
„Widzę to tylko gdy patrzę na siebie Twoimi oczami, gdy patrzę na siebie swoimi, to nie widzę tego…”
„Patrz więc na Siebie Moimi oczami, Moniko!”
„Pomóż mi proszę…!” – szepnęłam z mocą. Umilklam… Spojrzałam w oczy Jezusowi…
„Wszyscy będą szczęsliwi… A moja Córeczka…”
„Najszczęśliwsza!!!” – dokonczyl Jezus z cudnym uśmiechem.
Rzuciłam Mu się na szyję, uradowana baaardzo!!! A Jezus mnie objął z miłością i przytulił mocno do Siebie… Wciąż mnie tuli!
DUCHOWA RODZINA
Jezus siedział na ławeczce obok studni. A ja siedziałam u Niego na kolankach. Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego.
„Wiesz mój Jezu? Serce jeszcze mnie boli, ale już ze mną jest lepiej! Dużo lepiej! Nie ciąży mi już to wszystko, nie przygniata. Bardzo pomaga mi moja Duchowa rodzina!”
Jezus zbliżył Swoją twarz do mojej twarzy i patrzył we mnie głęboko… Poważny i uroczysty wielce.
„Rodzina Duchowa ma silniejsze więzy niż rodzina z ciała! Rodzina z DUCHA więcej znaczy niż rodzina z krwi!” – wyszeptał Jezus z ogniem.
A ja pomyślałam, że rodzina z ciała jest też moją rodziną Duchową, np mój tata jest też moim Duchowym Synem. Tak samo siostra i brat. Jezus mówił dalej:
„Przez cierpienie i modlitwę rodzisz ich dla Mnie, Moniko! Rodzisz ich do Życia! Do Życia wiecznego. Rodzisz Ich dla Mnie i rodzisz Mnie w Nich!”
Patrzyłam w mojego Jezusa z miłością i zachwyem…
„To wielki zaszczyt i odpowiedzialność wielka!” – szepnęłam z mocą. Umilklam, a po chwili szepnęłam znowu:
„Moje Dzieci nazywają mnie duchową mamą. Ale wiem, że wszyscy mamy inną, najlepszą MAMĘ! Twoją Mamę, Maryję! Ona jest naszą Mamą. A my wszyscy Jej dziećmi jesteśmy!”
Jezus patrzył we mnie rozpromieniony miłością i uśmiechnięty od ucha do ucha!
„Piękną masz Rodzinę, Moniko!”
„Piękną, bo Twoją!” – szepnęłam rozpromieniona cała.
Uśmiechnęłam się do Jezusa promiennie! Od ucha do ucha! A On uśmiechał się do mnie… Cudownie!
ODPOCZYNEK W BLISKOŚCI…
Leżałam w ramionach Jezusa. Obolała bardzo i bardzo zmęczona… Jezus pochylał się nade mną z tkliwością bezbrzeżną… poruszony i rozczulony… Patrzył w Swoją jedyną. I ja patrzyłam w mojego ślicznego umiłowanego Jezusa. Oczy mi się zamykały…
„Odpocznij, maleńka… Potrzebujesz dużo odpoczynku…”- wyszeptał Jezus z czułością niezwykłą.
Uśmiechnęłam się do Niego radośnie!
„Mój Duchowy Syn wczoraj powiedział mi dokładnie to samo… Bardzo się cieszę, że mówisz nie tylko przeze mnie, ale i przez moje Dzieci!!! Bardzo się cieszę!!!” – szepnęłam z uwielbieniem.
„A jakże! Mówię przez każdego kto jest na Mnie otwarty!” – wyszeptał Jezus z cudnym uśmiechem.
„Niektóre moje Duchowe Dzieci nie są… Ale właśnie dlatego Je adoptowałam, modlę się i tańczę za Nie, żeby się na Ciebie otworzyły! A raczej, żebyś Ty pomógł się na Siebie otworzyć!”
„Baaaardzo pięknie, Moniko!”
„One nic nie wiedzą wiedzą, że modlę się i tańczę za Nie!”
„I bardzo dobrze! Dowiedzą się w swoim czasie!” – wyszeptał Jezus z ogniem.
Przytaknęłam z uśmiechem!
„Odpocznij teraz, kochana Moja!” – wyszeptał Jezus łagodnie.
Patrzyłam w Niego… Patrzyłam… I zapragnęłam!!!
„Chodź do mnie mój śliczny!!! Bliżej…”
I wyciągnęłam do Jezusa ręce… On zbliżył Swoją twarz do mojej twarzy i mnie pocałował. Słodko i gorąco i czule… Potem przytulił policzek do mego policzka… Trwaliśmy razem. Serce przy SERCU. Z SERCA Jezusa wyszła Hostia i weszła do serca mojego. Nasze serca objęły się serdecznie i ucałowały… I trwały we wzajemnej miłości i bliskości…
MOJE TERAZ
Jezus siedział na ławeczce obok studni. A ja siedziałam u Niego na kolankach. Patrzyłam tylko w Niego… w mojego ślicznego Jezusa tylko patrzyłam. A On patrzył tylko we mnie… Głęboko. Z miłością… Dotykał dłonią mój policzek i głaskal go z czułością niezwykłą. Uśmiechałam się do Jezusa promiennie… I On do mnie się uśmiechał! Cudownie!
„Wiesz mój Jezu? Mam takie zdjęcie na którym moja Prababcia Michalina, Babcia Jadzia, Mama, moja siostra Lucyna i ja! Cztery pokolenia na jednym zdjęciu! Piękne, prawda?” – spytałam z uśmiechem.
„Baaaardzo piękne, Moniko!” – wyszeptał Jezus z ogniem miłości.
„A Prababcię pamiętam. Co prawda już coraz bardziej jak przez mgłę… Ale pamiętam!”
„I ta pamięć, Moniko, jest najważniejsza!” – wyszeptał Jezus łagodnie i jednocześnie z naciskiem.
„A Ty Jezu jako Człowiek też miałeś przodków!” – szepnęłam rozpromieniona.
Zamysliłam się…
„Wszyscy pochodzicie ode Mnie!” – słowa Jezusa wyrwały mnie z zamyślenia.
„No, tak…”
„Pochodzisz ode Mnie, jedyna Moja” – wyszeptał Jezus promiennie, patrząc we mnie głęboko.
„Pochodzę od Ciebie, żyję dla Ciebie, w Tobie. I do Ciebie idę! Jesteś moją Przeszłością, Teraźniejszością i moją Przyszłością!” – szepnęłam z ogniem.
„Pięknie powiedziane!” – wyszeptał Jezus. Widziałam w Jego oczach miłość, zachwyt i dumę.
„Ale przecież u Ciebie nie ma ani przyszłości, ani przeszłości. Tylko teraz!“- szepnęłam zdziwiona zachwytem Jezusa. Mówię źle, a On jeszcze mnie chwali?!!
Jezus uśmiechnął się do mnie z czułością…
„Tak, kochanie. U Mnie przeszłość i przyszłość łączy się w Teraz. W wiecznym Teraz!”
„Jesteś moim Teraz!” – szepnęłam z mocą.
Jezus patrzył we mnie głęboko… Rozpromieniony i zachwycony cały!
„Daj mi pić, proszę…!”- szepnęłam poruszona bardzo.
Jezus przyłożył moje usta do Rany SERCOWEJ i dawał mi pić. I piłam Napój Życia i Miłości… Piłam ile chciałam. A Jezus patrzył we mnie jak w obrazek…
O PRABABCI MICHALINIE…
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego.
„Wiesz mój Jezu? Wczoraj znalazłam swój pamiętnik. Z trzeciej klasy podstawówki! Jest tam wiele wpisów bardzo dla mnie cennych. Ale jeden jest bezcenny! Jest to podpis napisany niewprawną ręką… Podpis mojej Prababci Michaliny… Była kobietą nieuczoną, ledwo podpisać się umiała… Ale była bardzo mądrą Osobą!”
Spojrzałam w mojego Jezusa i uśmiechnęłam się do Niego radośnie!
„Opowiedzieć Ci o Niej, mój Jezu?” – spytałam lekko.
„Opowiedz! Opowiedz Mi, kochana!” – wyszeptał z cudnym uśmiechem.
„Ale od razu mówię, że może być chaotycznie… I obrazki z Jej życia raczej!”
„Nic nie szkodzi, Moniko! Opowiedz Mi, proszę!”
Ułożyłam się wygodnie na SERCU Jezusa i zaczęłam opowiadać:
„Tata Prababci, Antoni, tuż przed wybuchem I wojny światowej zbudował nowy dom. Dla swojej rodziny, żony, Anastazji i siedmiorga dzieci. Bardzo się z tego cieszył i był bardzo dumny, że mógł zbudować dom. Niewielu gospodarzy w tamtych czasach mogło sobie na to pozwolić. Prapradziadek mógł. I gdy wybuchła I wojna, zaczęły się bombardowania wsi. Prapradziadkowie mieszkali za Bugiem w Nowej Wsi (Nowosiółki), koło Berezy Kartuskiej. I gdy zaczęły się bombardowania prapradziadek z żoną i siedmiorgiem dzieci ukryli się w ziemiance, dużym, głębokim dole w ziemi, przykrytym z góry. I tam przeczekali bombardowanie. Gdy ucichło, prapradziadek wyszedł na zewnątrz, na ziemię sprawdzić. I zobaczyl, że dom, który dopiero co zbudowal, jest całkowicie, doszczętnie zniszczony… Padł na ziemię. I umarł na miejscu… Zawał serca pewnie. Praprababcia Anastazja w jednej sekundzie została sama z siedmiorgiem dzieci. Bez męża, bez domu. Bez niczego. Siedzieli wszyscy w zimnej i ciemnej ziemiance. W dodatku moja prababcia Michalina, która była wtedy małą dziewczynką bardzo ciężko zachorowala. Chorowała wiele dni, miała bardzo wysoką gorączkę i zimne poty… Praprababcia myślała, że jej córka umrze. Ale w którymś prababci się polepszylo. I poprosila jeść. „Ja myślałam, że umrze, a ona jeść wola!” – usłyszała pełen goryczy głos swojej matki. Gdy była już staruszka i o tym nam odpowiadała, miała w oczach łzy… Nie wiem jak oni ten bardzo ciężki okres przeżyli. Wiem że Prababcia Michalina chodziła na służbę, u jakichś bogatych państwa służyć. Dorosła. Spotkała Józefa, pokochali się i wzięli ślub. Mieli piątkę dzieci. Dwoje dzieci zmarło, we wczesnym dzieciństwie… Resztę znam z opowiadań mojej babci, Jadzi. Nie opowiadala mi o II Wojnie Światowej. Opowiadała za to, że po wojnie Praprababcia Anastazja, Prababcia Michalina z mężem i dziećmi przyjechali zza Buga na zachód, na Ziemie Odzyskane. Babcia Jadzia mówiła, że jechali w wagonach dla bydła, bez oknien. Poupychani. Jechali nawet kilka miesięcy. Jak np. lokomotywa, albo coś w wagonie się zepsuło, potrafili stać w szczerym polu tygodniami. W końcu przyjechali. Pradziadek Józef zajął gospodarstwo blisko torów. Postarał się o pracę dróżnika. Oprócz tego bardzo ciężko pracował w gospodarstwie. Pradziadkowie mieli konie, krowy, świnie, kaczki, gęsi kury… Mieli też pole. Cały tydzień, od rana do nocy ciężko pracowali. W niedzielę szli wystrojeni do kościoła, na Mszę św. I w poniedziałek rano od nowa do pracy.
Prababcia Michalina nigdy nie widziała morza. A bardzo chciała zobaczyć… I moi rodzice wzięli Prababcię i jej siostrę i zawieźli do Kołobrzegu na kilka dni. Prababcia ubrana od stóp do głów, na czarno, w chustce na głowie i z torebką w ręku pierwszy raz w życiu stanęła na brzegu Bałtyku… Długo stała w milczeniu i patrzyła w morze… Chyba czuła się bardzo zagubiona i bardzo maleńka… „A tam, za morzem to już Ameryka…?!” – spytała oszołomiona. Takie miała wyobrażenie o świecie… Nikt wcześniej jej nie wytłumaczył, nie powiedział. Dopiero tata zaczął Jej tłumaczyć, że nie, że Ameryka jest jeszcze dalej, za oceanem. Prababcia nie mogła sobie tego wszystkiego wyobrazić. Chciała się przepłynąć statkiem! Rodzice, a jakże, zabrali ją i jej siostrę na rejs statkiem. Bardzo jej się podobało! Jej siostrze, Ewie, nie za bardzo… Prababcia przynosiła mi brzoskwinie ze swego ogrodu. Pamiętam, że już ledwo chodzila, o laseczce, ale brzoskwinki prawnusi przynosiła. Do tej pory pamiętam ich smak… Słodkie, soczyste. Smak dzieciństwa. I winko z brzoskwiń robiła! Pyszne! Zrobiła, schowala i wyjmowała tylko na specjalne okazje. Wino miało kolor ciemnobrązowy i było bardzo mocne. Wystarczył lyczek i już byłeś sieknięty! 😁 A Pradziadek Józef nie pił alkoholu. W dzieciństwie slubowal Madonnie, że do końca życia nie weźmie alkoholu do ust. I śluby wypełnił. Pradziadkowie nigdy się nie nie kłócili, nie krzyczeli na siebie nawzajem. Pradziadek nawet jeśli miał jakieś pretensje do żony, nic jej o tym nie mówił. Ale jak wychodził na pole i nikt go nie słyszał wtedy wyładowywał emocje. Ponad 50 lat razem przeżyli. Prababcia najpierw pochowała córkę, potem męża, potem drugą córkę, Babcię Jadzię… A potem zmarła sama… Zmarła tak jak żyła. Cichutko. We śnie.”
Skonczylam opowieść. Umilklam. Spojrzałam w oczy Jezusowi głęboko… Patrzył we mnie rozpromieniony miłością.
„Oj! Na wspominki mi się zebrało!” – szepnęłam uśmiechając się do Jezusa promiennie.
„Pięknie opowiadasz, Moniko! Aż chce się słuchać!” – wyszeptał Jezus z ogniem.
„A, dziękuję!” – szepnęłam z mocą.
Tańczyliśmy bardzo, w intymności i bliskości wielkiej. Mój Jezus i ja!
SKUPIĆ SIĘ NA JEZUSIE
Jezus siedział na ławeczce obok studni. A ja siedziałam u Niego na kolankach. Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego… Patrzył tylko we mnie. I ja tylko w mojego Jezusa patrzyłam…
„Baaaardzo mi pomogły Twoje słowa, mój Jezu… I poprzez rozmowę z moją Córeczką… I Synkiem… (I gdy piszę tę notkę bardzo mi pomaga… Nie spodziewałam się… Koi ból mego serca…). Bardzo Wam dziękuję, mój Jezu…!!! Choć jeszcze boli, odczuwam pustkę, żal i tęsknotę. To jednak jest mi troszeńkę lżej. Mniej przygniata moje serce. I oskarżenia oddaliły się, gdzieś uciekły. Jeszcze pewnie wrócą, nie raz. Ale gdy wrócą, będę już wiedziała co z nimi zrobić!”- szepnęłam z mocą. Zamilkłam i spojrzałam w oczy Jezusowi…
„I wiesz? Cieszę się że moja Mama jest u Ciebie na rączkach! Bardzo się cieszę! A wiem, że jest u Ciebie na rączkach, bo Jej to 'załatwiłam’! Zyskałam dla Niej odpust Porciumkuli!”
I uśmiechnęłam się do Jezusa promiennie!!! Od ucha do ucha!!! A On rozpromienił się bardzo nade mną!!! Rozświetlił się cały…! I patrzył we mnie bardzo piękny!
Wyciągnęłam rękę i dotknęłam policzek Jezusa i głaskałam go z czułością…
„Wiesz, Jezu Ty i wczoraj moja Córeczka również radziliście mi, żebym pomyślała teraz też o sobie. W pierwszej chwili myślałam, że to dobra rada. Teraz myślę, że nie za bardzo. Nie będę skupiała się na sobie, ale na Tobie! Nie będę patrzyła na siebie, ale będę wpatrywala się w Ciebie! Nie będę myślała o sobie, ale o Tobie! Bo tylko myśląc o Tobie, we właściwy sposób będę mogła myśleć o sobie!”
Jezus patrzył we mnie jak w obrazek… poruszony bardzo…
„Kocham Cię mój Jezu…”- szepnęłam z mocą.
Kocham Cię, Moniko… Nawet nie wiesz jak bardzo!!!”- wyszeptał Jezus z ogniem. I położył głowę na sercu moim… Objęłam Go cala… Z miłością! I pomyślałam, że kocha mnie tak bardzo, że gotów był zapomnieć o Sobie, żeby tylko mi ulżyć…