Właściwie nie wiem od czego zacząć 🙂 🙂 Wszystko się zmieniło! Wszystko!
Ale po kolei.
Obudziłam się w nocy. Zaczęłam układać bukiety Madonnie. Kiedy tak układałam… zobaczyłam tunel. Ciemny, zimny, brudny. I siebie w nim. W tunelu było pełno błota. Grzęzłam w nim. Szłam jednak do przodu. Uparcie. Coś/ KTOŚ mówił mi, że mam iść w stronę światła. I rzeczywiście. W głębi tunelu, daleko pojawiła się mała smuga światła. Maleńka. A ja szłam, brnęłam właściwie do tego światełka. A ono stawało się coraz większe, jaśniejsze i bliższe. Szłam i szłam. Aż doszłam do końca tunelu. Światło było tak jasne, że raziło w oczy.
Mimo to wyszłam na zewnątrz i zobaczyłam… ogród. Piękny, bujny, wielki.
I nagle… zobaczyłam go z lotu ptaka! Tak! Leciałam! Szybowałam po niebie. A ogród był jeszcze piękniejszy i większy niż wtedy, kiedy go widziałam z ziemi. A ja wirowałam po niebie… 🙂
Potem wszystko znikło a ja nadal leżałam w łóżku i układałam bukiety Madonnie.
Jak skończyłam, zajrzałam na gg. I przeczytałam wiadomość od Karoliny… ale o tym później.
Dziś było inaczej. Tzn. niby tak samo a jednak inaczej…
Patrzył we mnie… JEGO oczy były promienne i jasne. Jak ogień. JEGO spojrzenie ogarniało mnie, zalewało, pociągało. Fascynowało. Siedziałam w JEGO Świetle. Patrzyłam i patrzyłam. Nie wiedziałam co powiedzieć. Onieśmielał mnie i pociągał do Siebie jednocześnie.
„Wiem, że czytałaś wiadomość od Karoliny. To wiadomość ode Mnie”- odezwał się w końcu.
„Wiedziałam…”
„Umieść, proszę, jej ostatnią część na blogu”.
Wiadomość brzmiała tak:
„Wprost proporcjonalnie do wzrostu cierpienia fizycznego otrzymasz łaski duchowe. Na które nie zasłużyłaś, których nie jesteś godna. On to wie. Nie powtarzaj tego. Bierz garściami i rozdawaj ludziom. To wszystko się dzieje, ponieważ pokazałaś, że nie potrzebujesz niczego poza Nim. Więc teraz otrzymasz wszystko, także po to, by rozdawać innym. Będą się działy cuda, a Ty nie rób niczego więcej, tylko trwaj, uwielbiaj i korzystaj z morza łask, które od dziś są do Twojej dyspozycji. Zaniesie je do kogo tylko zapragniesz, gdzie chcesz. Jedyną granicą Jego hojności jest od dzisiaj wielkość Twoich pragnień. Innych granic nie ma.”
Patrzył we mnie promiennie. Ja w NIEGO też.
„Czego pragniesz?” – zapytał.
„Dla moich Dzieci pragnę…”
„Twoje Dzieci są i Moimi, więc proszę pozwól Mi się teraz o Nie zatroszczyć – przerwał mi – Pytam czego pragniesz dla siebie.
Uśmiechnął się do mnie. A ja do Niego.
„Czego pragnę?”
Patrząc Mu w oczy mówiłam…
„Pragnę… Mam CIEBIE i niczego więcej nie pragnę… Jestem bardzo szczęśliwa i pragnę uszczęśliwiać innych. Dawać Ciebie innym. Pokazywać CIEBIE. Być Twoim narzędziem. Żeby mnie było coraz mniej a Ciebie więcej i więcej. A ja… ukryj mnie w Swoim Sercu. Tego pragnę”.
JEGO oczy błyszczały jeszcze bardziej.
„A czego Ty pragniesz, Panie?” – spytałam.
„Wiedziałem, że tak odpowiesz, Twoja wiara i pokora Mnie zniewala, obezwładnia” – powiedział jakby do Siebie – Twoje pragnienia łączą się z Moimi”.
Patrzył we mnie przenikliwie.
„Nadaję ci nowe imię. Do tej pory nazywałem Cię Moim 'robaczkiem’, bo Mnie o to prosiłaś. Robak jednak pełza w ziemi, tarza się w błocie. Ty jesteś stworzona, aby latać po niebie. Poza tym będę Cię nazywać tym czym jesteś naprawdę. A jesteś Moim Promieniem, Promykiem, Promyczkiem. Odbijasz Moje Światło! Jesteś Nim!”
Patrzyłam w Niego oniemiała, zdumiona!
„Masz pisać 'Promień, Promyczek’ z wielkiej litery. Tak Cię widzę – dodał, wprawiając mnie w jeszcze większe zdumienie.
„Promyczek Jezusa…”- wyszeptałam nieśmiało.
„Tak, Mój Promyczku. A Twoje Dzieci obsypię wieloma łaskami”.
Patrzyliśmy w siebie długo…