„Ona jest teraz w Moich rękach. Przyprowadziłaś Ją do Mnie. Jeszcze wiele razy będziesz Ją przyprowadzać, coraz bliżej i bliżej. Ale jest już Moja”.
Kilka godzin później okazało się, że istotnie tak jest… Kiedy przed NIM siedziałam, nie wiedziałam o tym. Ale wierzyłam Mu na słowo.
Siedziałam więc przed Nim… Patrzył we mnie łagodnie i smutno ( tzn nie wiem jak to opisać, raz patrzył we mnie promiennie i radośnie a raz smutno. Tak mi się przynajmniej zdawało).
„Wiesz już jakie jest Twoje zadanie, Promyczku?”
„Zadanie? – zamyśliłam się – mam prowadzić innych do Ciebie?”
„Dokładnie”.
„Jak?”
„Już to robisz i nie wiesz jak? Przez miłość i cierpienie”.
„Będę Ukochany, przynajmniej będę się starać”.
Patrzył we mnie łagodnie…
„Będziesz im mówić, żeby być Moim trzeba zaprzeć się siebie. Często wszystko stracić, żeby zyskać Wszystko. Mnie”.
Nic nie mówiłam…. Rozmyślałam… On kontynuował:
„Że trzeba być konsekwentnym i wytrwałym. Ogołoconym z samego siebie”.
„Ja jestem ogołocona… Ty mnie ogałacasz…”
„Dlatego możesz o tym mówić. JA będę mówił przez Ciebie.”
Patrzyliśmy w siebie długo… Patrzył smutno, cierpiał…
„Oprzyj Głowę na moim sercu, Ukochany. Odpocznij we mnie” – wyszeptałam.
„Dziękuję Promyczku”.
Trwaliśmy razem w cierpieniu i Miłości…
Twój blog i Twoje świadectwo wiary kogoś nawraca 🙂 to dobrze. Ta osoba o której na początku notki mówi Pan Jezus Ci o tym powiedziała, że chce być bliżej Niego?Na pewno czułaś wtedy wielką radość 🙂 że ktoś chce być bliżej Boga.