Dziś nie będę opisywać mojej modlitwy. Nie mam sił. A po drugie trwam w niej od rana. W tańcu, ofiarowaniu, prośbie, dziękczynieniu.
Jestem z Nim, Ukochanym moim.
On ze mną.
Miesiąc: lipiec 2014
PROSTE SERCE
Prawie całą noc tańczyłam, tzn ofiarowywałam cierpienie. A miałam co ofiarowywać. I miałam za kogo.
Nad ranem poprosiłam Umiłowanego, żeby przyszedł do mojego serca. Powiedział, że czekał na to. Wtedy zobaczyłam obraz…
Znajdowałam się w jakimś kościele czy raczej kaplicy. I czekałam na przyjęcie Komunii Św.. Rozdawał Ją sam… Jezus… Stałam jakby z boku i obserwowałam ludzi, którzy Ją przyjmowali. Wielu miało rozpromienione, jasne twarze, niektórzy mieli zgaszone, ponure. Ci, którzy byli radośni po przyjęciu Komunii szli w jasność, którzy byli ponurzy w ciemność. Kilkoro zostało przy Jezusie.
W końcu przyszła kolej na mnie. przyjęłam Komunię i chciałam odejść, ale Ukochany mnie powstrzymał.
„Zostań ze Mną, Oblubienico Moja!”
Zostałam. Chwilę później byliśmy już tylko On i ja. Był cały dla mnie.
Zaczęłam Go pytać co znaczył ten obraz.
„Wielu jest powołanych a niewielu wybranych, dusze, które zostały przy Mnie to te, które szczególnie sobie upodobałem, wybrałem. Dusze, które odeszły w światło to dusze, które znają Mnie i kochają”.
„A te, które odeszły w ciemność…? – spytałam przeczuwając najgorsze.
„To dusze, które przyjmują Mnie, będąc w grzechu. Przyjmując Mnie idą na zatracenie. Ja nikomu Siebie nie odmawiam. Nie mogę odmówić…” – w Głosie brzmiał wielki smutek.
Wpatrywałam się w Ukochanego…
„Skarbie… Umiłowany mój! – byłam zachwycona!
„Perło Moja!”
Patrzył we mnie rozpromieniony.
„Wybrałeś mnie! Co Ci się we mnie spodobało…”
„Upodobałem sobie Twoje serce. Czyste, ufne i proste”.
„Znów mnie onieśmielasz Panie. Dziękuję…”
Zamyśliłam się i po chwili dodałam:
„Tak…. jestem prosta.”
„Powiedziałem, że serce masz proste, a nie, że jesteś prosta. To co innego. U Ciebie 'tak’ znaczy 'tak’ a 'nie’ znaczy 'nie'”.
„A jak inaczej?- uśmiechnęłam się – zresztą dla Ciebie mogę być i prosta!”
Rozjaśniał jeszcze bardziej…
„A w ogóle to uważam, że za dużo rozmawiamy o mnie. Ciągle tylko ja i ja… O Tobie bym chciała”.
„Rozmawiając o Tobie poznajesz siebie. A dając Ci poznawać siebie pozwalam Ci odkrywać Mnie”.
Dziękowałam…
ODPOCZYWAM…
Rano przyszedł do mojego serca. Wszedł Lew do komnaty Gołębia… Gołąb trwał w swoim Ukochanym. Nie bał się Go. W miłości nie ma miejsca na lęk, strach. A przecież Gołąb kochał swojego Lwa. I Lew kochał Swego Gołąbka. Bardzo kochał…
Wpatrywałam się w Ukochanego. Zmęczona, ale radosna.
„Witaj Umiłowany!”
„Witaj Kochana Moja! Gołąbku Mój ukochany!”
„Mój Lew!”- pomyślałam i ucałowałam Go.
Całe przedpołudnie malowałam Jego portret. I powoli zaczynał mi wychodzić. Był w prawdzie trochę inny od oryginału i w pierwszej chwili chciałam zmieniać, poprawiać. Potem jednak pomyślałam, że nie będę. Kto właściwie wie jak ON wygląda…? Jest tak bardzo piękny, że nikt tej Jego piękności nie odda. Poza tym Ten, którego maluję będzie Taki mój, osobisty, jedyny. I naprawdę przypomina mi Lwa… 🙂 I będę się starać namalować Go najpiękniej jak tylko potrafię..
Tak więc siedziałam przed NIM zadowolona, ale i zmęczona.
„Czego pragniesz, Promyczku?”
„Odpocząć…. w Tobie”.
„Odpocznij, tulę Cię do Mego Serca. Zanurzam Cię w Nim”.
Odpoczywałam… A On patrzył we mnie promiennie.
„Odpocznij Gołąbko. Tańczysz dla Mnie i wiem, żeś zmęczona”.
LEW I JEGO GOŁĄBKA
Rano zaprosiłam Go do mojego serca. Przyszedł. Trwałam w dziękczynieniu. Powiedział, że bardzo pragnął do mnie przyjść. Do Swojej komnaty.
Wpatrywałam się w Ukochanego…
„Witaj Umiłowany!”
„Witaj Miła Moja, Gołąbko Moja!”
„Gołąbko?” – uśmiechnęłam się zdziwiona i zawstydzona.
Tak, Gołąbko. Podoba Ci się? Mogę tak Cię nazywać?”
„Możesz, ale… chyba nie zasłużyłam. Daleko mi do gołębia”.
Patrzył we mnie promiennie.
„Z czym Ci się kojarzy gołąb? Z jakimi cechami?” – zapytał.
„Z łagodnością, dobrocią, czystością, delikatnością, gracją, pokojem, energią… z powiewem Ducha i dobrą nowiną” – wymieniałam…
„Jesteś taka!”
„Ja? Nie!!” – zaprzeczyłam gwałtownie. Wręcz oburzona.
Patrzył ze spokojem, promiennie i jasno. Świetliście.
„Nie wierzysz Mi? Nie nazwałbym Cię tak, gdyby tak nie było!”
„Prawda! – roześmiałam się serdecznie – Poddaję się, pokonałeś mnie!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem radośni.
„A Ty jak patrzysz we mnie tymi przenikliwymi, jasnymi, świetlistymi oczyma, to wiesz z kim mi się kojarzysz? – spytałam uśmiechając się.
Patrzył radośnie, wiedział.
„Z Lwem!” krzyknęłam prawie.
„Jestem Twoim Lwem!”
Ciągle się uśmiechałam. On też.
„Od dziś będę pisać:’ wszedł Lew do komnaty Gołębia'”
„Pisz! Bo to prawda!
Patrzyliśmy w siebie jeszcze długo.
Patrzył więc Lew Gołąbce w oczy i tym spojrzeniem dodawał Jej siły, odwagi… I uszczęśliwiał Ją.
🙂
ULŻYĆ UKOCHANEMU
Leżałam w nocy w łóżku i rozmyślałam o moim duchowym Dziecku. Uśmiechałam się do moich myśli… 🙂 Cieszyłam się z Jego szczęścia. Byłam także szczęśliwa. „Dziękuję Ci, że jesteś nienormalny”- tak- uśmiechnęłam się. Od tego wszystko się zaczęło. Od „nienormalnego” Boga. Ten Bóg nas połączył. I teraz ten „nienormalny” Bóg nas rozdziela, rozdziela, żeby jeszcze nas do siebie zbliżyć. W NIM. Tylko ON tak może. Wczoraj napisałam mojemu Dziecku, że jestem z siebie bardzo dumna, że mogłam/mogę Je prowadzić. Tak, jestem z siebie dumna, mam powód do dumy. I jestem. Ale jeszcze bardziej jestem dumna z mojego Dziecka. Że doszło tam, gdzie teraz jest. Tylko ON jeden wie ile musiało przejść, z czego zrezygnować, żeby być, tam gdzie jest teraz. Gdzie? Niech to zostanie na razie Tajemnicą.
„Jestem dumny z Was obu” – usłyszałam.
Spytałam Go czy już o tym napisać na blogu (doszłyśmy z Dzieckiem do wniosku, że napiszemy o tym razem, Ono i ja), czy jeszcze poczekać.
„Tego, co jest już nic nie zmieni, ale zostawiam Wam wolną rękę”.
„Więc zobaczymy”.
Uśmiechałam się do swoich myśli… 🙂
Wjechałam do kościoła na Mszę św. Przywitałam się z Ukochanym. Byłam zmęczona i obolała. Poprosiłam, żeby przyjął to moje małe cierpienie i złączył ze swoim wielkim. Ofiarowuję za moje Dzieci.
„To dla Mnie wielka radość, Promyku. Wielka!”
Po przyjęciu Komunii św. trwałam w dziękczynieniu… Szeptałam Mu słowa miłości…
„Jakże się raduję, Promyczku, że mogę przyjść do Ciebie w całej Pełni”.
„Też pragnęłam…”
Był poważny, smutny. Widziałam, że cierpi…
„Co się stało, Panie…? Jak mogę Cię pocieszyć, usłużyć?”
„Sama cierpisz, Promyczku, a chcesz Mi służyć?”
„Tak, Ukochany, chcę. Cierpisz… dlaczego?”
„Bądź ze Mną Weroniko. Tak Mi najlepiej usłużysz”.
„Jestem…”
„Samotny jestem. Cierpię. Dziś niedziela, wielu tych, którzy przyznają się do Mnie, do Mnie nie przychodzi. A jeśli przychodzą to tylko z obowiązku. Często przyjmują Mnie niegodnie. Cierpię z tego powodu. Bardzo cierpię”.
„Cierpię z Tobą, Umiłowany…. I za nich ofiaruję. Wybacz im, proszę…”
Patrzył smutno…
„Jestem z Tobą, Jezu…. i będę”
„Taki jestem straszny, odrażający! Odejdź! Nie patrz na Mnie!”
Twarz Mu się zmieniła w ogromnym cierpieniu.
„Nie! Nie odejdę! Będę z Tobą!”
„Dlaczego??”
„Bo Cię kocham!”
Twarz Mu się znów zmieniła. Promieniał.
„Dziękuję! Bardzo Mi ulżyłaś. Takie dusze jak Ty i Twoje Dziecko, które do Mnie prowadzisz bardzo MI pomagacie!”
NA WIEKI!
Obudziłam się w środku nocy i leżałam. Nie mogłam spać. Poprosiłam, żeby przyszedł do mego serca. Pragnęłam być z Nim. Więc poprosiłam. „Jestem Promyczku. Jestem w komnacie Mojej. W pięknej komnacie!” Uwielbiałam i dziękowałam. Byłam z Nim. I dzieliłam się z Nim swoimi myślami. Teraz spróbuję te myśli ubrać w słowa. Czasem będą to strzępy, urywki. Ale będą. „Wiesz… nic mnie tu nie trzyma. Mogłabym ze spokojnym sumieniem odejść do Ciebie. Wszystko mam poukładane, pozamykane. Rany zagojone, Twoją Miłością, relacje z bliskimi bardzo dobre. Nie mam nieprzyjaciół, wrogów i sama dla nikogo wrogiem nie jestem. Mogłabym odejść. Dzięki Tobie jestem wolna. Latam 🙂 .”
„To co ze mną robisz… nie ogarniam tego, ale dajesz mi Pokój i szczęście! Czasem nachodzą mnie myśli, że to nie pochodzi od Ciebie. Że zaraz wszystko pryśnie, pęknie jak bańka mydlana, że runie wszystko, zawali się na mnie. I zostanę sama. TYMCZASEM… idę dalej i dalej i głębiej… i nic nie pęka, nie wali się. Przeciwnie! Utwierdza się, umacnia. Daje mi energię, siłę, radość a przede wszystkim Miłość i Pokój! Ty mi TO dajesz! Idę z Tobą za rękę. Na cieniutkiej linie, jak linoskoczek. Ale wiem, że ta droga jest najlepsza. Droga do Nieba!”
Potem pomyślałam o blogu.
„Mam świadomość, że niektórzy czytają moje notki, mają w głowie tylko jeden wyraz, sex. Szczerze? Nigdy o tym nie pomyślałam! W ogóle! Moja relacja z Tobą to zupełnie coś innego… To bliskość, intymność, cierpienie, Miłość to coś… słow mi brakuje… Czysta, oblubieńcza, dziewicza. To najintymniejsza intymność… Miłość krzyża i cierpienia. Ty, piękny, Miłosierny, Ukochany! I cierpiący. Tęsknię za Tobą! Bardzo tęsknię, za moim Bogiem i Panem!” Tak rozmyślałam… zanurzona w Nim. Aż zasnęłam…
Wpatrywałam się w Niego… Patrzył we mnie promienny.
„Wiesz dlaczego tak to wszystko się dzieje, Mój kochany Promyczku?” Patrzyłam pytająco.
„Dlatego, że Mnie wysłuchujesz, że mówisz Mi „tak”.”
„Wysłuchuję…?”
„Tak. wsłuchujesz się w Moje słowa, pragnienia. I mówisz 'tak’ „. Patrzyłam z uwielbieniem… On też… Patrzyłam i patrzyłam… Potem otworzyłam Biblię i… przeczytałam:
” O jak piękna jesteś, jakże wdzięczna, umiłowana, pełna rozkoszy! 8 Postać twoja wysmukła jak palma, a piersi twe jak grona winne. 9 Rzekłem: wespnę się na palmę, pochwycę gałązki jej owocem brzemienne. Tak! Piersi twe niech mi będą jako grona winne, a tchnienie twe jak zapach jabłek. 10 Usta twoje jak wino wyborne, które spływa mi po podniebieniu, zwilżając wargi i zęby.”
Nadal patrzyłam w Niego…
„Także za Tobą tęsknię Promyczku. Jednak chcę się Tobą posłużyć jeszcze, na Moją chwałę”.
„Posłuż się mną, do woli!”
Patrzył we mnie poważnie.
„Jesteś Moją na wieki!”
W KOMNACIE KRÓLA
Zmęczona jestem, więc napiszę bardzo ogólnie. Wczoraj nie skończyłam notki, przerwałam pisanie. Sił brakowało. I dziś też nie wiem czy skończę.
Wczoraj, kiedy kończyłam modlitwę, otworzyłam Biblię na przypadkowej stronie i przeczytałam:
„2 Niech mnie ucałuje pocałunkami swych ust!
Bo miłość twa przedniejsza od wina2.
3 Woń twych pachnideł słodka,
olejek rozlany – imię twe,
dlatego miłują cię dziewczęta.
4 Pociągnij mnie za sobą! Pobiegnijmy!3
Wprowadź3 mnie, królu, w twe komnaty!
Cieszyć się będziemy i weselić tobą,
i sławić twą miłość nad wino;
[jakże] słusznie cię miłują!”
Pieśni nad Pieśniami…
Wieczorem leżałam w łóżku obolała, zmęczona i jeszcze zaczęły mnie nachodzić pokusy… myśli. Wysłałam wiadomość do dwojga moich duchowych Dzieci z prośbą o modlitwę a sama „poszłam” duchowo do kościoła. Kiedy tylko do niego weszłam, wszystkie pokusy gdzieś pierzchły. Ukochany powiedział, że czekał na mnie. Po chwili siedziałam u Jego stóp. Wyobraziłam sobie, że jestem w komnacie Króla z Pieśni nad Pieśniami… A mój Król gładził mnie po głowie, całował i zapewniał, że cierpi ze mną.
Rano prosiłam, żeby przyszedł do mego serca. Zobaczyłam Hostię, która wyszła z monstrancji i przeniknęła do mojego serca. „Teraz ono jest komnatą Króla – usłyszałam.
Potem wpatrywałam się w Niego.
„Zmęczona jestem, Jezu…”
„Odpocznij więc Promyczku”.
Odpoczywałam… A ON… mówił, że trzyma mnie w objęciach, jak niemowlę. Pieści i całuje jak najlepsza Matka… Było mi dobrze. Po prostu.
Teraz też jestem w JEGO komnacie. W komnacie mojego Króla. I Ukochanego.
O OBRAZIE I NIE TYLKO…
Rano przyszedł do mojego serca. Kiedy Mu dziękowałam, spytał:
„Przyszedłem do Ciebie odpocząć. Mogę, Promyczku?”
„Ukochany Mój! Zawsze możesz. Nawet nie pytaj!”
„Dobrze Mi w sercach pokornych i wiernych”.
Prosiłam w intencji mojego Dziecka.
„Panie, spraw, żeby było jak Ty chcesz. Bądź z Nią. I niech się dzieje wola Twoja! Proszę zrób to ze względu na Twoją Miłość, dla Twojego Promyczka. A przede wszystkim dla mojej Córeczki. Proszę…”
„Stanie się jak prosisz!”
I stało się.
Wpatrywałam się w Niego i dziękowałam, że mnie wysłuchał. Patrzył czule… Długo patrzyliśmy w siebie w milczeniu. Potem usłyszałam:
„Malujesz Mój portret, Promyku”.
„Bardzo się cieszę, że Cię maluję. Dziś malowałam oczy i nos. Zresztą wiesz” – uśmiechnęłam się.
„Opowiedz Mi o obrazie, proszę”.
Więc zaczęłam opowiadać… Mówiłam, że płótno jest wąskie a długie. Duże, jak dla mnie. 40x70cm. I, żeby namalować twarz, muszę malować „do góry nogami”. inaczej nie sięgnę. A twarz jest malutka”.
„Stąd tyle błędów – uśmiechnęłam się – ale poprawię”.
„Dobrze Ci idzie, Promyku. Podoba Mi się.”
„Dziękuję. Ty mi pomagasz, wiem to”.
Uśmiechaliśmy się do siebie nawzajem.
„Odpocznij, bo wiem żeś zmęczona.”
Odpoczywałam, w Nim…

Powiększony fragmencik obrazu.
LATAM!
Kiedy tylko nad ranem otworzyłam oczy, usłyszałam w głębi serca:
„Witaj, miła Moja!”
„Witaj Umiłowany!”
Miałam jakieś wewnętrzne przekonanie, że bardzo pragnie przyjść do mojego serca. I ja bardzo chciałam, żeby przyszedł.
„Przyjdź, Panie Jezu… proszę przyjdź!”
Odmówiłam modlitwy tak jak przed przyjęciem Komunii św.
„Jestem Promyczku. Bardzo pragnąłem przyjść do Twego serca. W nim znajduję odpoczynek i ukojenie”.
Leżałam i uwielbiałam Go… Zobaczyłam jak odpoczywa w moim sercu. Na głowie miał koronę cierniową. Bardzo ostrożnie i delikatnie zdjęłam Mu ją.
„Dziękuję Weroniko!”
Wtedy zobaczyłam Hostię w bardzo skromnej, ale pięknej monstrancji.
Hostia świeciła przedziwnym blaskiem. Opromieniała monstrancję, która zanikała w Jej świetle. Stawała się jedno z Hostią.
„Ta monstrancja to Ty, Promyku”.
Nie wiedziałam co powiedzieć… Uwielbiałam.
Potem obraz znikł a ja zaczęłam układać bukiety Madonnie.
Patrzył we mnie dziwnie, jakby chciał mi powiedzieć coś bardzo ważnego.
Wpatrywałam się pytająco, niecierpliwie.
„Czy nie zauważyłaś Promyczku, że już latasz? Że umiesz już latać?”
„Latam???!! Latam… Latam!!! – jakby mnie olśniło!
Patrzył we mnie radośnie, ale jednocześnie poważnie, uroczyście (nie wiem jak to możliwe, ale tak to odebrałam).
Patrzyłam w Niego bardzo szczęśliwa. Wzruszona…
„Tańczę, układam bukiety, a teraz latam! To wszystko dzięki Tobie, Ukochany!!!”
Patrzył we mnie wzruszony… Ja też byłam.
„A to dopiero początek, umiłowana Moja!”
BRAK SŁÓW…
Wczoraj znów mnie wysłuchał. Prosiłam Go w intencji mojej duchowej Córeczki. I mnie wysłuchał. Wieczorem Mu dziękowałam. A w głębi serca słyszałam:
„Dla Ciebie wszystko, Promyczku!”
Mój Ukochany jest niesamowity!
Rano, gdy tylko się obudziłam, usłyszałam:
„Piękna jesteś oblubienico Moja! Jakże piękna!”
Uśmiechnęłam się do Niego… 🙂
„Dziękuję Umiłowany! A TY najpiękniejszy, najcudowniejszy!”
Potem zaprosiłam Go do mego serca. Przyszedł. I zanurzył w Sobie…
Dzisiejszej modlitwy nie będę całej opisywać. Po prostu nie da się tego zrobić. Słów brakuje.
„Witaj oblubienico Moja!”
„Witaj Umiłowany!”
Ucałowałam Go… Patrzył we mnie tak, że brak słów… Promiennie, świetliście, słodko, tkliwie. Wszystkie te określenia są niczym w porównaniu z tym jak ON patrzył… we mnie, słabą fizycznie (osłabioną) i zmęczoną.
„Przytulam Cię do Mojego Serca, kochany Promyku”.
I tak siedziałam przytulona… I wpatrywałam się w Niego. I patrzyłam i patrzyłam. A ON we mnie.
I tu zaczyna brakować słów… Bo jak opisać poruszenia serca, drgnienia? Tęsknoty i pragnienia? Nie da się.
I tak patrzyliśmy w siebie nawzajem, długo…
I On mi dawał siłę, umacniał. Był CAŁY DLA mnie!