Wpatrywałam się w Ukochanego… zmęczona i tańcząca bardzo. Patrzył we mnie czule, bardzo…
„Cierpię z Tobą, Promyczku!” – usłyszałam w głębi serca.
„Wiem, Panie!”
” A Ty wisisz ze Mną”.
Patrzyłam w Niego długo…
„Pragnę Ci troszkę ulżyć, Ukochany. Jeśli potrafię…”
„Sprawiasz Mi ulgę, Promyczku!”
Dziękowałam.
A potem odpoczywałam w Nim.
Miesiąc: luty 2015
PRZYTULENIE, KAWALER
„Zimno Mi!”- był to głos Ukochanego.
„Przyjdź Panie Jezu! Przytulę Cię do mego serca i ogrzeję Cię moją małą miłością… Spróbuję przynajmniej… Przyjdź, proszę!”
„Jestem, Mój Promyczku!”
Tuliłam Go do serca. A On… tulił mnie do Swojego. Wzajemne przytulenie…
Zresztą… ale o tym później.
Leżałam szczęśliwa. Rozmyślałam o swoim życiu. Mam udane, dobre, radosne życie. Mimo wózka. A może właśnie dzięki niemu, dzięki chorobie, dzięki krzyżowi. Dzięki niemu byłam tam gdzie byłam, dzięki niemu poznałam takich, a nie innych. I dzięki niemu piszę bloga 🙂 /jakbym była zdrowa pewnie miałabym mnóstwo innych spraw na głowie/ 🙂
„Żałujesz czegoś, Promyku?” – spytał Ukochany.
„Wiesz przecież – uśmiechnęłam się do Niego – Niczego”.
Trwałam w przytuleniu.
Zresztą od dłuższego czasu trwam. On przytula mnie do Swego Serca. A ja mam poczucie bezpieczeństwa i Bożej Opieki. I szczęśliwa jestem. Bardzo.
Wpatrywałam się w Ukochanego. Niewiele rozmawialiśmy, właściwie wcale. Trwaliśmy ze sobą…
„Dobrze mi z Tobą, Umiłowany”.
„I Mnie z Tobą, Promyczku! Ogrzewasz Mnie swą małą miłością!”
„Mój Kawalerze!”
Przypomniałam sobie pewną sytuację… 🙂
Po ślubie mojej siostry znajomy taty gratulował mu.
– To już wszystkie dzieci pożeniłeś! – mówi.
– Tak! – odpowiedział niewiele myśląc tato.
Słyszałam tę rozmowę i kiedy znajomy poszedł, mówię do taty:
– Mogłeś powiedzieć, że nie wszystkie, że jeszcze ja. Tylko szukam odpowiedniego kawalera! – śmiałam się.
– No widzisz! Nie wpadłem na to! Ty mogłaś powiedzieć” – tato też się śmiał.
– Aaa, nie chciałam wam przeszkadzać.
Taki mój żart na stereotypy 🙂
Wpatrywałam się dalej w Ukochanego. Uśmiechał się do mnie.
„Znalazłam odpowiedniego Kawalera! Ty nim jesteś!”
CZYŃ PODOBNIE!
Wpatrywałam się w Ukochanego… Patrzył we mnie bardzo czule, tkliwie.
„Działasz! Działasz we mnie!” – szepnęłam.
„Działam Promyczku! Przecież mówiłem, że będę”.
„Dziękuję!”
Po chwili dodałam:
„Działasz miłością!”
„Miłość to Moje drugie Imię!” – usłyszałam w głębi serca.
Uśmiechnęłam się do Niego.
„Umiłowany, Ty leczysz Miłością!”
Patrzył we mnie długo…
„I Ty czyń podobnie, Promyku!”
„Tak!”
Potem… siedziałam przy łóżku chorego Dziecka. Drzemało. A ja układałam bukieciki dla MAMY.
OBRAZ
Uśmiechałam się do Ukochanego.
„Jak patrzę na ten szkic to mi się gęba śmieje! – wskazałam na obraz „Dobrego Pasterza”, który wczoraj zaczęłam malować.
Uśmiechnięty Pasterz na obrazie tulił do Siebie małą owieczkę.
Ukochany patrzył we mnie czule… 🙂
„Taki obraz Ciebie mam w swoim sercu. Taki dla mnie jesteś, kochający, czuły i uśmiechnięty!”
„Taki jestem, Mój kochany Promyczku. Tulę Cię do Mego Serca”.
Dziękowałam… 🙂
DLA UKOCHANEGO
Dziś tańczę bardzo dla UKOCHANEGO!
CAŁA W NIM
Przyszedł do mego serca. Ale tym razem miałam poczucie, że to ja przyszłam do Niego… Nie wiem jak to wytłumaczyć… Nie byłam od Niego daleko, ale czułam jakbym skądś do Niego wróciła. Skąd? On wie. I ja. Wystarczy.
„Jesteś Promyczku!”
„Jestem!”
Patrzył we mnie bardzo czule.
„Przychodzę do Ciebie, Ukochany, taka jaka jestem i proszę, przemieniaj mnie w taką jaką TY chcesz, żebym była”.
„Kocham Cię taką jaką jesteś, Promyczku! I zmieniam Cię!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem długo… z miłością.
„Cały Twój, cały dla Ciebie i cały w Tobie” – usłyszałam w głębi serca.
„Cała Twoja i cała dla Ciebie!”
„I cała we MNIE!”
„Tak! I cała w TOBIE!”
MOJA SIŁA
Rano, telefon. Dzwoniło moje Dziecko. Mówiło, żebym do Niego nie przyjeżdżała, że źle się czuje, słabo. że zrozumiem.
Cóż… było mi smutno, ale rzeczywiście rozumiałam.
Msza. Miałam poczucie, że jechać powinnam. Chciałam.
„Czy chce, czy nie, jadę. Nie musimy rozmawiać, jeśli nie ma siły. Posiedzę, potrzymam Je za rękę. Będę, Przecież nie może mnie „wygonić” 🙂 ”
Jadę.
Wjeżdżam na szpitalną salę, Dziecko leży z zamkniętymi oczyma, odpoczywa. Nie widzi mnie.
– Cześć Kochanie!- mówię z uśmiechem.
Dziecko otwiera oczy, uśmiecha się do mnie.
– Oj! Tak myślałam…! – mówi.
– Że przyjadę? – pytam ze śmiechem.
– Że otworzę oczy i ciebie zobaczę!
– I widzisz!
Posiedziałam przy Dziecku, potrzymałam za rękę. Żartowałyśmy, że w domu założymy „wózkownię”, bo ja na wózku i Ono… 🙂
– Będziemy urządzać wyścigi – zażartowałam.
– Ja wygram, bo mam sprawne ręce! – śmiało się Dziecko.
– Ale ja mam elektryczny!
Śmiałyśmy się obie.
– Czy chcesz, czy nie, przyjechałam.
– I bardzo dobrze! – uśmiechnęło się Dziecko.
Wpatrywałam się w Ukochanego…
„Ucieszyło się, że przyjechałam” – szepnęłam.
„Tak, sprawiłaś Mu radość, Promyczku!”
Patrzył we mnie promienny.
„Dajesz mi tak wielką siłę, radość, moc!”
Dziękowałam, całowałam Jego Rany i dziękowałam.
„JA jestem Twoją siłą, Promyczku i działam przez Ciebie!”
Dziękowałam…
Tak, ON jest moją siłą!
STOPNIOWO
Wpatrywałam się w Ukochanego… Patrzył we mnie łagodnie i bardzo czule.
Widząc Jego łzy, patrzyłam smutno…
„Pragnę Cię uszczęśliwić, Umiłowany. Jak mam to zrobić?”
„Uśmiechnij się do Mnie, Promyczku, tym Mnie uszczęśliwisz”.
Uśmiechnęłam się więc do Niego.
„Nie chcę widzieć smutku na Twej twarzy”.
„Nie zobaczysz więcej” – szepnęłam.
Patrzyliśmy w siebie nawzajem, promienni.
Potem prosiłam Go o cud /wciąż Go proszę i nie przestanę/.
„Pamiętasz Promyczku niewidomego z Betsaidy?” – spytał.
„Tak, pamiętam”.
„Uzdrawiałem go stopniowo”.
Uśmiechnęłam się do Niego jeszcze bardziej. On do mnie też.
DROGOWSKAZ
Wpatrywałam się w Oblicze Ukochanego.
„Dziś piątek, ruszajmy w Drogę, Mój Promyczku!”
„Tak, Panie!”
I szłam za Nim, rozważając Stacje Drogi Krzyżowej. Szłam za Nim…
Kiedy Droga dobiegła końca, dalej patrzyłam w Niego.
„Skończyliśmy…” – szepnęłam.
„Błogosławię Ci, Promyku!” – powiedział łagodnie.
I dalej idę za Nim, swoją małą drogą. Krzyżową.
Idę. A Jego poranione, skrwawione plecy są mi drogowskazem.
PRZY CIERPIĄCYM
Wpatrywałam się w Ukochanego… patrzył we mnie czule, bardzo.
„Za mnie cierpiałeś tak bardzo… ja powinnam. Nie TY. Za moje grzechy… i płaczesz nade mną…”
Przepraszałam Go.
„Promyczku, Córeczko, błogosławię Cię!” – usłyszałam w głębi serca.
Dziękowałam. Całowałam Jego Rany. Potem… pomyślałam, że może nie powinnam, że Go to boli.
„Twoje pocałunki sprawiają Mi ulgę”.
Więc całowałam.
Uśmiechnęłam się nieśmiało do Płaczącego.
„A Twój uśmiech raduje Me Serce”.
Uśmiechnęłam się bardziej…
„Taki jesteś mi najbliższy… cierpiący, obolały. Utożsamiam się z Tobą takim, identyfikuję. I nic nie muszę tłumaczyć, mówić. Ty wiesz…”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem, długo… I wydawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Przez łzy.