„Zimno Mi!”- był to głos Ukochanego.
„Przyjdź Panie Jezu! Przytulę Cię do mego serca i ogrzeję Cię moją małą miłością… Spróbuję przynajmniej… Przyjdź, proszę!”
„Jestem, Mój Promyczku!”
Tuliłam Go do serca. A On… tulił mnie do Swojego. Wzajemne przytulenie…
Zresztą… ale o tym później.
Leżałam szczęśliwa. Rozmyślałam o swoim życiu. Mam udane, dobre, radosne życie. Mimo wózka. A może właśnie dzięki niemu, dzięki chorobie, dzięki krzyżowi. Dzięki niemu byłam tam gdzie byłam, dzięki niemu poznałam takich, a nie innych. I dzięki niemu piszę bloga 🙂 /jakbym była zdrowa pewnie miałabym mnóstwo innych spraw na głowie/ 🙂
„Żałujesz czegoś, Promyku?” – spytał Ukochany.
„Wiesz przecież – uśmiechnęłam się do Niego – Niczego”.
Trwałam w przytuleniu.
Zresztą od dłuższego czasu trwam. On przytula mnie do Swego Serca. A ja mam poczucie bezpieczeństwa i Bożej Opieki. I szczęśliwa jestem. Bardzo.
Wpatrywałam się w Ukochanego. Niewiele rozmawialiśmy, właściwie wcale. Trwaliśmy ze sobą…
„Dobrze mi z Tobą, Umiłowany”.
„I Mnie z Tobą, Promyczku! Ogrzewasz Mnie swą małą miłością!”
„Mój Kawalerze!”
Przypomniałam sobie pewną sytuację… 🙂
Po ślubie mojej siostry znajomy taty gratulował mu.
– To już wszystkie dzieci pożeniłeś! – mówi.
– Tak! – odpowiedział niewiele myśląc tato.
Słyszałam tę rozmowę i kiedy znajomy poszedł, mówię do taty:
– Mogłeś powiedzieć, że nie wszystkie, że jeszcze ja. Tylko szukam odpowiedniego kawalera! – śmiałam się.
– No widzisz! Nie wpadłem na to! Ty mogłaś powiedzieć” – tato też się śmiał.
– Aaa, nie chciałam wam przeszkadzać.
Taki mój żart na stereotypy 🙂
Wpatrywałam się dalej w Ukochanego. Uśmiechał się do mnie.
„Znalazłam odpowiedniego Kawalera! Ty nim jesteś!”