Trudno mi opisać co Ukochany we mnie robi. Co robi ze mną. Rozkochuje mnie w Sobie coraz bardziej i bardziej. Pociąga mnie do Serca, przyciąga. I rozpieszcza. A ja przecież nic wielkiego nie robię, tylko staram się Mu podobać i Go kochać. Się staram… Pragnę.
Gdy po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii zaczęłam się w Niego wpatrywać, usłyszałam głos w głębi serca:
„Jesteś, oblubienico Moja”.
„Jestem, Panie”.
„Pragnę, żebyś wiedziała, że Moja Miłość do ciebie nie ma granic, nie ma końca. I to co ci mówię o tobie jest prawdą”. Nie jest na wyrost, jak czasem myślisz”.
Uśmiechał się przy tym łagodnie, czule. I pobłażliwie.
Czułam się jak małe dziecko w ramionach Taty. Byłam bezpieczna i bardzo szczęśliwa. Pełna pokoju i radości. I… czegoś jeszcze :), ale nie potrafię tego ani opisać, ani nazwać. Może pełna Obecności Bożej. Nie wiem. 🙂 On wie.
Zaczęłam Go prosić, żeby tak mnie skruszył, wypalił, żebym znikła, żeby mnie nie było. Tylko ON. Żebym stała się przeźroczysta, żebym Go sobą nie zasłaniała.
Jezus, Umiłowany mój uśmiechał się do mnie…