Wpatrywałam się w Jego oczy… Długo.”Jezu Chryste zmiłuj się nade mną”- wyszeptałam. Patrzyłam dalej… „Otrzymasz łaskę i zmiłowanie Moje”.
Patrzyliśmy w siebie nawzajem, On w moje oczy, ja w Jego. Patrzył mi w oczy, ale miałam takie poczucie, że zagląda w moją duszę, przegląda się w niej…
„Chcesz być ofiarą, robaczku?” Wczoraj już o to pytał, odpowiedziałam, że tak, a dzisiaj pyta znowu? Dziwiłam się. „Wiesz przecież, że pragnę”.
Patrzył we mnie bardzo poważnie. Po chwili usłyszałam: „Będziesz więc nią. Jesteś. Ofiaruj wszystko za kapłanów i siostry zakonne, które adoptowałaś, ale nie tylko za nich. Za wszystkie Moje sługi. Ofiaruj wszystko za wszystkich. Całą siebie. Kiedy będziesz się ofiarowywać, Ja będę to robił z tobą. Jednocz się ze Mną”.
„Panie, ale ja nie mam nic oprócz cierpienia i… grzechu…”
Patrzył na mnie tymi dobrymi, łagodnymi oczyma.
„Na krzyżu też nie miałem nic oprócz cierpienia i grzechu” – usłyszałam – Ofiaruj wszystko za wszystkich. Jak Ja”
Miesiąc: grudzień 2013
NA KRZYŻU
Nie będę dziś dużo pisać… Dziś wiszę razem z Umiłowanym na krzyżu. Spytał czy chcę być ofiarą, kiedy wpatrywałam się w Niego. Odpowiedziałam, że tak, że pragnę.
„Dziś wisisz ze Mną na krzyżu”. Wiszę. I staram się ofiarowywać cierpienie za moje duchowe Dzieci. Córki i Synów. Szczególnie za tego, który w nocy prosił mnie o modlitwę. Ofiarowuję. Wpatruję się w oczy Ukochanego.
BLISKI BÓG
Obudziłam się rano i jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec. Powoli, spokojnie, z radością. Kocham Różaniec, a ostatnio odkrywam go coraz bardziej. To piękna modlitwa, kontemplacyjna. Można zanurzyć się w niej. Zagłębić. W trakcie modlitwy usłyszałam znajomy Głos, znajomy, ale… Tęskny, pełen bólu, żalu, pytający, skarżący się i proszący jednocześnie… „Kto przyjmie Moje cierpienie? Mój ból? Czy znajdzie się ktoś?” Ton tego głosu przeszywał moje wnętrze na wskroś… „Ja, ja przyjmę”- szepnęłam cichutko. Głos umilkł a ja dokończyłam modlitwę.
Kiedy rodzice wwieźli mnie do kościoła na Eucharystię, przeżegnałam się (żegnam się lewą ręką, prawą mam całkowicie niewładną) i wyszeptałam z radością:
„Witaj, Ukochany! Tęskniłam…”
„Witaj umiłowana Moja!”
Po przyjęciu Komunii Św., trwałam w dziękczynieniu i uwielbieniu. Mówiłam Jezusowi, że Go kocham i. że przyjmę Jego cierpienie i ból (o których mówił rano), że pragnę je przyjąć. Że to dla mnie zaszczyt i radość”.
„Błogosławię ci” – usłyszałam.
Potem, w domu, wpatrywałam się w Jego Oblicze… Jego spojrzenie… z krzyża. Nie mogę się od Niego oderwać… patrzyłam i patrzyłam… „Dlaczego ja? Dlaczego mnie obdarzasz tyloma łaskami? Dlaczego „upatrzyłeś” mnie sobie? To wielka radość i szczęście i zaszczyt, ale… przecież słaba jestem, grzeszna, brak mi pokory i… wiesz przecież, znasz mnie”.
Jezus zdawał się uśmiechać…
„Znam cię lepiej niż ty siebie”.
Milczałam. A On kontynuował…
„To, że umiałaś wybaczyć, świadczy o twojej pokorze i miłości. To, że nie chciałaś wczoraj znaku ode mnie, znaczy, że Mi ufasz, a to, że zechciałaś przyjąć Moje cierpienie, że Mnie kochasz”.
Zawstydziłam się…
„A Ty ciągle mnie chwalisz, podnosisz”.
Milczał. Patrzył we mnie z taką miłością…
„A… nie przeszkadza Ci, że zwracam się do Ciebie tak… poufale?” – spytałam.
Jezus rozpromienił się jeszcze bardziej.
” Wielu zwraca się do Mnie jak do kogoś sztucznego, dalekiego, martwego, jakbym nie zmartwychwstał. Ale Ja żyję i pragnę być blisko ludzi. Ty traktujesz Mnie jak kogoś bliskiego”.
” Tak… jesteś mi bardzo bliski”.
Uśmiechnęłam się do Niego…
„Lubię kiedy się uśmiechasz” – usłyszałam w głębi serca.
UWIELBIAM CIĘ JEZU!
Umiłowany mój… Umiłowany mego serca, trwam w Twojej radości. Moje serce wypełnia Twe Światło. I szczęście. I coś jeszcze… coś, czego nie jestem w stanie opisać.
Dziękuję Ci za wszystko, co we mnie czynisz. Za Twoją miłość do mnie. Miłość, którą ostatnio doświadczam tak żywo! Ciebie doświadczam tak żywo! Uwielbiam Cię, mój Boże i Królu! Wysławiam Cię, wychwalam! Niczego więcej nie potrzebuję, znalazłam TO czego szukałam. CIEBIE! Moje życie i szczęście.
Czuję się taka mała… maleńka. W Twoich ramionach. Dobrze mi tu… bardzo dobrze.
Pragnę tylko odpowiedzieć na Twoją Miłość. Pragnę Cię kochać, wciąż bardziej i bardziej. I cierpieć dla Ciebie. Naucz mnie Cię kochać.
Twój robaczek.
BÓG CUDÓW
Dziś widziałam, przeżywałam cudne rzeczy… 🙂 Najpierw trudne, potem cudne 🙂
Ale po kolei. Obudziłam się z ciężkim sercem, bardzo ciężkim… I jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec. Odmawiałam… gdy w pewnej chwili usłyszałam: „Czy gdybyś wiedziała, że całe życie pokutuje za to, przebaczyłabyś jej?” Zdziwiłam się, że do tego tak szybko wraca. „Tak… wiesz, że bardzo chcę jej wybaczyć”.
„Dziś otrzymasz znak”. ”
Nie potrzebuję znaku, żeby jej wybaczyć. Twoje słowo mi wystarczy”. Cały czas odmawiałam Różaniec… ” „Wybacz jej”- nie potrafię opisać tonu tego Głosu… przenikał moje serce.
– Wybaczam ci, kochanie – szepnęłam („kochanie”- tak się do niej zwracam). Było mi lżej. Powtórzyłam jeszcze raz, tym razem głośniej. I jeszcze raz! Byłam szczęśliwa!
„Za to, że nie chciałaś znaku ode Mnie, teraz patrz!”
Zobaczyłam czworo małych dzieci, właściwie nie miały ciał. Wyglądały jakby je miały, a jednocześnie były przezroczyste. Były całe w świetle, w jasności. Ubrane były na biało. Miały wianki na główkach. Czworo dzieci. Znałam je bardzo dobrze i zawsze bardzo pragnęłam je zobaczyć… Dzieci były w różnym wieku. Były radosne, tańczyły. Dwóch chłopców i dwie dziewczynki.
„Poznajesz je robaczku, prawda? To dusze twoich duchowych dzieci” Patrzyłam wzruszona. Moją uwagę zwrócił szczególnie jeden chłopczyk. Najmłodszy. Kosztował mnie dużo cierpienia. Wyglądał cudnie… jak aniołek. Blond włoski, kręcone jasne oczka i piękny uśmiech. „To pewnie Mateusz”- pomyślałam. Nagle dzieci jakby mnie zobaczyły. Zaczęły do mnie kiwać rączkami ” kochamy cię, mamo! bardzo! Bardzo cię kochamy! bardzo, bardzo!” – przekrzykiwały się nawzajem. Chciałam do niech biec, powiedzieć im, że też je bardzo kocham, ale nie mogłam. „One wiedzą, że bardzo je kochasz, ale, żeby im o tym powiedzieć, musisz jeszcze trochę poczekać”- „A piąte dzieciątko?” – spytałam.
Dzieci nadal tańczyły. A ja usłyszałam dziwny odgłos. W pierwszej chwili nie wiedziałam co to… Słuchałam i słuchałam… i po chwili już wiedziałam… To było bicie serca. Słyszałam bicie maleńkiego serduszka… Byłam uszczęśliwiona. W niebie, w siódmym niebie, można powiedzieć.
Po chwili wszystko znikło i nastała cisza… A ja wciąż odmawiałam Różaniec.
Kiedy potem wpatrywałam się w Umiłowanego, ON patrzył we mnie tymi Swoimi Pięknymi oczami, nie potrzebowałam już niczego… W Nich było wszystko czego pragnęłam. Miłość po prostu…
SPOJRZENIE
Właściwie już dziś miałam nie pisać. Zmęczona jestem bardzo po tej naszej dzisiejszej rozmowie. Ale przed chwilą stało się coś… Zamurowało mnie po prostu.
Przed chwilą na FB przeczytałam cytat z „Dzienniczka” św.s. Faustyny.
„W pewnej chwili powiedział mi Jezus: Spojrzenie moje z tego obrazu jest takie jako spojrzenie z krzyża.”
Dz 326
I poniżej to zdjęcie:

Patrzyłam zdumiona! To właśnie to zdjęcie, obrazek mam w Biblii. To w Niego się wpatruję. W TO spojrzenie… oczy. To JE kontempluję. „Dzienniczek” s. Faustyny czytałam już dawno, kilka lat temu. I szczegółów, poszczególnych cytatów nie pamiętam.
Spojrzenie takie jako spojrzenie z krzyża…
To teraz wiem dlaczego ONO mnie uzdrawia, zmienia. Już wiem…
PRZYJĄĆ
Jak tylko zaczęłam wpatrywać się w Oblicze Umiłowanego mego serca, usłyszałam „czekałem, ukochana moja!” Odpowiedziałam, że ja też tęskniłam. Ale spotykaliśmy się w inny sposób. I przypomniałam jak wczoraj oddawałam Mu wspomnienia z dzieciństwa. Szczególnie jedno sobie przypomniałam. Najbardziej bolesne. Patrzyłam w Jego oczy… a On w moje. „Panie, jeszcze boli, a przecież Ci oddałam. Szczerze…”
„To potrwa robaczku, Ja zalalem je oliwą miłosierdzia, opatrzyłem miłością. Pozwól Mi cię leczyć”.
„To jedno wspomnienie ciąży mi najbardziej… Ta złość. Te wykrzyczane mi prosto w twarz słowa. Bardzo raniące… krzywdzące. Bolesne. Szokujące dla dziesięcioletniego dziecka, jakim wtedy byłam. Wywarły piętno na całe życie”. Zaczęłam płakać…. Łzy kapały na otwartą Biblię. Wytarłam oczy. „Jak słowa potrafią ranić”- wyszeptałam. Wpatrywałam się w Niego dalej. „Jak się od nich uwolnić?”- spytałam po chwili.
„Przyjmij je”.
Wtedy uświadomiłam sobie, że cały czas je od siebie odrzucałam, chciałam zapomnieć, wymazać z pamięci. A On mi mówi, żeby je przyjąć… trudne to, bardzo.
„Przyjąć? jak?” – spytałam.
Patrzył współczująco.
„Ja też przyjąłem złość, obelgi, cierpienie, choć było też niesłuszne. Nauczę cię”.
„Naucz, Umiłowany mój”.
"NIE OPUSZCZĘ CIĘ NIGDY"
Dziś rano jak zwykle zaczęłam odmawiać Różaniec… nawet nie wiem kiedy wróciłam do wspomnień z dzieciństwa. Przypominałam sobie najtrudniejsze chwile, przeżycia i oddawałam je Jezusowi i Maryi, zapraszałam Ich do tych miejsc, zranień. Nie powiem, żeby to było łatwe i miłe. Nie było. Było trudne, często bardzo trudne. Ale skoro wczoraj zaczęłam, chciałam skończyć. Oddawałam Ukochanemu i Mamie moje rany, otwierałam je przed Nimi… i prosiłam Ich o uzdrowienie.
Nagle zorientowałam się, że przerwałam odmawianie Różańca i szybko przeprosiłam za to Madonnę. Chciałam do niego wrócić. Wtedy usłyszałam głos kobiety, już znajomy: „córeczko, ale to też jest modlitwa. Równie piękna”. Uspokojona, kontynuowałam… W ten sposób oddałam Im wszystko. Czułam się dziwnie… z jednej strony czułam się bardzo lekko jakbym zrzuciła z siebie niewidzialny ciężar, z drugiej… byłam zmęczona jak po wykonaniu ciężkiej pracy.
” Nie bój się robaczku, twoje rany są Moimi” – usłyszałam cieniutki, dziecięcy Głosik, jakby znajomy. Zobaczyłam, że Dzieciątko w moim sercu uśmiecha się do Mnie.
Na Mszy św po przyjęciu Komunii prosiłam Dzieciątko Jezus, żeby ze mną zostało… we mnie, w moim sercu. Mówiłam Mu, że Je bardzo kocham i pragnę, żeby nie odchodziło wraz ze Świętami. Żeby ze mną zostało…
„Nie opuszczę cię nigdy, ukochana moja – usłyszałam w głębi serca- zacząłem w tobie swoje dzieło i zamierzam, jeśli pozwolisz, doprowadzić je do końca”.
Byłam szczęśliwa…
CIEŃ
Był taki czas w moim zamierzchłym dzieciństwie kiedy czułam się bardzo nieszczęśliwa, samotna, niechciana, a nawet nie kochana przez nikogo… Byłam bardzo zamknięta w sobie. Te odczucia spowodowane były przez traumatyczne wydarzenia, przeżycia małego, chorego dziecka. Mnie. Nie będę ich tu opisywać, bo nie chcę nikogo oskarżać, ani osądzać. Przez wiele lat próbowałam o nich zapomnieć a im bardziej próbowałam, tym bardziej one wracały. I raniły mnie coraz bardziej. Przez wiele też lat o tych przeżyciach, doświadczeniach z dzieciństwa nikomu nie mówiłam. W końcu w tym roku w kwietniu zdecydowałam się powiedzieć. Najpierw Karolinie a potem jeszcze ks Tomkowi. Niewiele mówili, słuchali. I modlili się za mnie. A mi pomógł już sam fakt, że ktoś mnie wysłuchał i potraktował poważnie. A teraz, kiedy przypominam sobie tamte sytuacje, momenty, obrazy, widzę między mną a nimi cień Ukochanego. Widzę Jego dźwigajacego krzyż w moim bólu i cierpieniu. Przechodzący cień. ON tam wtedy był… Był wtedy ze mną. W koronie cierniowej i z krzyżem. Był ze mną…
CIERPIENIE I RADOŚĆ DZIECIĄTKA
W czasie modlitwy rozmyślałam o ubóstwie w jakim przyszedł na świat Jezus. Wczoraj na Pasterce w naszym kościele widziałam piękną szopkę. Widziałam wiele pięknych szopek. Jednak dziś pomyślałam, że bardzo wiele z tych szopek jest przesłodzonych, ckliwych, wręcz sztucznych.
Jezus dwa tysiące lat temu wcale tak słodko nie miał… Brud, smród… żłób zastępował kołyskę. Siano kuło w delikatne Ciałko Dzieciątka… Bezradność Rodziców…
Jednak większy ból sprawiało Jezusowi odrzucenie przez ludzi. Nie było dla Niego nawet w gospodzie. Urodził się za miastem i… za miastem umarł. Tylko się urodził a już chciano Go zabić.
„Od początku cierpiałeś, mój Jezu…” – pomyślałam smutno…
„Cierpiałem za ciebie, robaczku”
Spytałam czy w tym wszystkim miał choć trochę radości.
„Miłość, czułość, troska Mojej Matki i opieka przybranego Ojca sprawiały mi wielką radość. Rozczulały Mnie”.