Wpatrywałam się w Ukochanego… a Ukochanego, a ON… 🙂 uśmiechał się do mnie. Łagodnie i czule. Uśmiech Jego napełniał moje serce. Dodawał mi siły. odwagi. Pokoju, radości. Też się do Niego uśmiechałam.
„Bóg jest Miłością i radością samą” – pomyślałam.
„Tak, jestem także radością, robaczku”.
„Panie – roześmiałam się – Ty mnie chyba stworzyłeś po to, żebym z Ciebie czerpała siłę i radość i rozdawała ją innym. Dzisiaj mama od rana widząc mnie radosną i uśmiechniętą, powiedziała, że mój uśmiech sprawia, że chce jej się żyć!”
„Jesteś stworzona z Miłości i dla Miłości. A Miłość to też dawanie radości innym. Bycie radością dla innych”.
Autor: Maleńka
KIELICH
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Obolała i zmęczona po nocy.
„Panie, pragnę wypić mój kielich… jak Ty swój”.
„Pijesz go, robaczku”.
„Pragnę wypić, do dna”.
„Wypijesz”.
BLISKI
Siedziałam sobie na dworze, przy stoliku. W cieniu, pod parasolem. Przede mną leżała otwarta Biblia… wpatrywałam się w Umiłowanego.
„’Kochany robaczku, napisałaś dziś ks Tomaszowi, że jestem Ci bliski”.
„Bo jesteś, Panie… bardzo bliski”.
Patrzył we mnie wzruszony…
„Połóż głowę na Moim Sercu, robaczku, bo wiem, żeś zmęczony. Odpocznij we Mnie”.
Odpoczywałam… Potem zaczęłam Go prosić za moje duchowe Dzieci. Oddawałam je w Jego ręce… i Serce.
BYĆ ŚWIATŁEM
Dziś także notka będzie długa 🙂 Tego nie da rady opowiedzieć krótko. Zastanawiałam się jak opisać to dzisiejsze wydarzenie i doszłam do wniosku, że opiszę je w formie modlitwy. Przecież rozmawiałam o nim z Ukochanym. I On też mnie zaskoczył, nie mniej niż samo zdarzenie.
Siedziałam więc na podwórku i wpatrywałam się w Niego, ucieszona bardzo. I opowiadałam Mu. On rozpromieniony słuchał.
„Ksiądz Adam nie odpuścił – mówiłam śmiejąc się – naprawdę chce, żebym namalowała dla niego obraz! Myślałam, że to zwykła kurtuazja z jego strony, że mówił ot tak, żeby mi sprawić przyjemność. Ale nie. Chce. I to jaki! Chce CIEBIE. Obraz Jezusa Miłosiernego!”
Jezus patrzył we mnie czule.
Zaczęłam rozmyślać, opowiadałam Mu nadal:
„Ksiądz odwiedził mnie dwa lata temu, po 15 latach niewidzenia. Powiedział wtedy jakby mimochodem, że chciałby ode mnie obraz. Ale nie powiedział jaki chce. Dwa lata go nie było, myślałam, że może zapomniał. Tymczasem odwiedził mnie dzisiaj i od razu „na wejściu” 🙂 spytał czy namalowałam coś dla niego. Odpowiedziałam, że nie, bo nie wiem co mu namalować, nie wiem co by chciał.
Powiedział, że on wie co i zaraz mi coś przyniesie. I za chwilę przynosi i kładzie przede mną… Twój wizerunek! Byłam zdumiona!”
„To nie tylko on chce, żebyś Mnie namalowała. TO JA chcę! – usłyszałam.
„TY??! – aż krzyknęłam z radości – No tak! Powinnam się była domyśleć!”
Patrzeliśmy w siebie radośni.
Potem przeczytałam dzisiejszą Ewangelię i zaczęłam rozmyślać o niej.
„Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.
„Dobre uczynki…” – pomyślałam.
Przypomniałam sobie to, co ks. Adam powiedział mi dwa lata temu. Słowa te zapadły mi w pamięć… Kiedy po 15 latach niewidzenia się spytał czy go pamiętam, odpowiedziałam, że tak (swoją drogą jak miałam go zapomnieć. Kiedy szliśmy razem do kościoła, spotykaliśmy się często i po drodze rozmawialiśmy. Raz poprosił, żebym pomogła mu zrobić Grób Pański, zaprojektowałam, wytłumaczyłam jak się miesza kolory.Grób miał być brązowy. Ks. powiedział, że dobrze, że zrobi. Jak skończył, powiedział, żebym pojechała zobaczyć. Pojechałam. Grób był… tęczowy). 🙂
Zdziwiłam się, że on mnie pamięta.
-Ja miałbym cię zapomnieć? – zdziwił się ks Adam – ja o tobie w kazaniach mówię. Służysz mi za przykład. Kiedy ktoś do mnie przychodzi i zaczyna narzekać, biadolić, opowiadam mu o tobie. A potem pytam: „chciałbyś się zamienić?”
Tak sobie rozmyślałam… Co ks. Adam może o mnie powiedzieć? Dwa lata był wikarym w naszej parafii, potem 15 lat mnie nie widział… Owszem, widział wózek, widział mnie często w kościele, czasem rozmawialiśmy. „Czy to wystarczy, żebym była przykładem?”- spytałam Ukochanego.
„Widział także twój uśmiech, robaczku”.
„O tak! Uśmiech widział często”- roześmiałam się.
„To wystarczy, żeby być światłem”.
NIC NAS NIE ROZDZIELI
Wpatrywałam się w Ukochanego… zawstydzona swoim upadkiem. Jednocześnie pełna wielkiej radości wypływającej z przebaczenia.
Jego jasne i czułe spojrzenie ośmielało mnie, podnosiło, napełniało pokojem.
Próbowałam Go jeszcze raz przepraszać, ale przerwał mi w pół słowa.
„Wybaczyłem ci wszystko wczoraj, kiedy tylko Mnie o to poprosiłaś. Teraz znów jesteś Moja!”
„Tak… jestem, Umiłowany! Twoja!”
„Upodobałem sobie ciebie robaczku, działam przez ciebie. I zły wścieka się i cię atakuje, ale Mi ciebie nie odbierze. Jesteś Moja!”
Patrzyłam w Niego urzeczona…
„Opowiedz co zrobiłaś kiedy ci wybaczyłem.”
„Mam opisać?”- spytalam onieśmielona.
„Tak”.
„Nie zrobiłam tego na pokaz. Tylko dla Ciebie”.
„Wiem, dlatego właśnie opisz”.
„Dobrze…”
Wczoraj, kiedy uświadomiłam sobie swój grzech, byłam rozbita, zniechęcona, zawiedziona sobą. „Coś” mówiło mi, że najlepiej zrobię jeśli się przed NIM ukryję i przeczekam. Nie posłuchałam tego „głosu”. Szybko przyszłam do Ukochanego, upokorzyłam się przed NIM, przeprosiłam. Poprosiłam, żeby mi wybaczył.
„Jestem łagodny dla skruszonych w sercu. Wybaczam ci, kochany robaczku”.
Dziękowałam…
Potem, leżąc już w łóżku, pomyślałam, że Jezus jest teraz sam w moim kościele i do tego zraniony moim grzechem… Postanowiłam do Niego „pójść”. Duchowo.
Po chwili znalazłam się w kościele, stanęłam z tyłu, pod chórem, w kąciku. W kościele było ciemno. I tak stałam i przepraszałam GO, gdy nagle usłyszałam znajomy Głos: „Jesteś córeczko, czekałem na ciebie. Podejdź proszę bliżej”. Podeszłam trochę. Jednak coś/Ktoś pociągało mnie bliżej i bliżej… i ani się nie obejrzałam kiedy znalazłam się przed samym tabernakulum. Było otwarte… a w nim ON – Tajemnica… I tak trwałam przed Nim. Zjednoczona w Miłości i cierpieniu…
Nic i nikt nas nie rozdzieli.
OPRÓCZ CIEBIE.
Wjechałam do kościoła. Zrobiłam znak krzyża i przywitałam się z Umiłowanym.
„Witaj Jezu Ukochany!”
„Witaj oblubienico Moja!”
„Ukochany… zmiłuj się nade mną. I nakarm mnie…”
„Oto obdarzam cię łaską i zmiłowaniem. I posyłam ci swego Ducha”.
Dziękowałam i dziękowałam…
Po przyjęciu Komunii, uwielbiałam Go. Dziękowałam, że zechciał przyjść do mojego serca.
„Umiłowany! Najdroższy! Skarbie mój jedyny! Kilka dni temu powiedziałeś, że nie mam niczego, że nic nie jest moje. Tak, nie mam nic. Oprócz CIEBIE!”
„Kochany robaczku! Moje Oblicze rozpromienia się! Raduje Mnie widok twego serca!”
W BOŻYCH RĘKACH
Do tej pory myślałam, jestem coraz bardziej bezradna wobec cierpienia, choroby. Wczoraj odkryłam, że to tylko moje ciało jest bezradne. A nie ja. Ja przecież nie jestem tylko samym ciałem. Mam jeszcze duszę i ducha. Silnego ducha.
To moje ciało jest jakby w niewoli choroby. Duch jest wolny. To ciało ma czasem wszystkiego dość i czasem chciałoby już odpocząć w Niebie. Ale to chore ciało do nieba nie pójdzie. Będzie już inne. Przebóstwione. Zdrowe. Ale dopóki moje ciało jest chore i bezradne, to duch jest najważniejszy. A duch jest zjednoczony z Umiłowanym. To tak, jakbym już była w Niebie…
Jestem w Jego rękach, cóż więc może uczynić mi człowiek? Nic! Choć niektórzy próbują wzbudzić we mnie poczucie winy za to na co nie mam wpływu, nic zrobić mi nie mogą. Wiem, że robią to z bezradności wynikającej z pogarszania się mojego stanu zdrowia. Nie usprawiedliwiam ich zachowania, ale i nie potępiam tych ludzi i nie oskarżam ich. Chcę ich zrozumieć i wybaczyć im.
Tak więc mogą próbować wmówić różne rzeczy, ale nic więcej złego zrobić mi nie mogą. Ja pragnę być podobna do mojego Oblubieńca, a On uczynił swą twarz jak głaz gdy Go oskarżano, i wstydu nie doznał. Ja też tak chcę, pragnę.
Poza tym nie należę już do świata. Należę do Jezusa. Jestem Jego małym robaczkiem, Jego perełką, Jego skarbem (tak mi mówił a ja MU wierzę).
Dziś, kiedy wpatrywałam się w Jego Oblicze, powiedział, żebym ufała, nie bała się, bo jestem w JEGO rękach.
Tak… jestem w Bożych Rękach.
Właśnie przed chwilką znalazłam tę modlitwę – wiersz Św Teresa Wielka:
W BOŻYCH RĘKACH
Twoją jestem na zawsze,
Od Ciebiem życie wzięła,
Powiedz mi więc, o Boże,
Co chcesz, abym czyniła?
Najwyższy Majestacie
Wiekuista Mądrości,
Co w dobra chodzisz szacie;
O Boże wszechświatłości
Spojrzyj na nędzę moją,
Bom Tobie zawierzyła.
Powiedz mi więc, o Boże,
Co chcesz, abym czyniła?
Twą jestem, boś mnie stworzył,
Boś za mnie dał krew swoją,
Ból Ci rany otworzył,
By zbawić duszę moją;
Tyś łaską mnie osłaniał,
Ażebym nie zginęła.
Powiedz mi więc, o Boże,
Co chcesz, abym czyniła?
Czego żądasz, o Panie,
Od stworzenia Twojego,
Co w tak nędznym jest stanie,
Wśród mroków życia tego?
Ale choć grzeszna jestem,
Otom cała przylgnęła
Do stóp Twych, prosząc: powiedz,
co chcesz, abym czyniła?
Widzisz tu serce moje
I życie od zarania:
Składam je w dłonie Twoje.
I wszystkie me kochania,
I wszystkie władze duszy,
By miłość je objęła.
O, niech głos mój Ciebie wzruszy!
Co chcesz, abym czyniła?
Daj mi śmierć albo życie,
Daj siły czy słabości,
Karm mnie wzgardą obficie,
Lub chlebem szczęśliwości,
Daj pokój albo walkę,
W której bym się dręczyła,
Daj wszystko, tylko powiedz
Co chcesz, abym czyniła?
Daj nędzę lub dostatki,
Daj słodycz, chleb gorzkości;
Niech wzrosną smutku kwiatki,
Niech zmilknie śpiew radości,
Daj szczęście, bólu morze,
Niech mnie rwie jego siła.
Tylko powiedz, o Boże,
Co chcesz, abym czyniła?
Jeśli chcesz, niechaj tchnienia
Modlitwy mnie ponoszą,
Lub oschłość cierpienia
Krwawymi łzami zroszą.
O, Boże mój Najwyższy,
W tym cała moja siła,
Byś mi zawsze objawiał:
Co chcesz, abym czyniła?
Daj mi, Boska Mądrości,
Słońce wiecznego świtu
Lub gęste mgły ciemności,
Lata głodu, dosytu;
Daj zorze lub noc czarną,
By wszystko zasłoniła,
Tylko powiedz mi wtedy:
Co chcesz, abym czyniła?
Jeśli mi dasz wytchnienie,
Przyjmę je z Twojej ręki.
Jeśli ześlesz cierpienie,
Zniosę wszystkie udręki.
Dasz śmierć, ja czekam, Panie,
Aby mnie już objęła,
Kiedy chesz, tylko powiedz:
Co chcesz, abym czyniła?
Pójdę na same szczyty:
W nagie Golgoty skały
Lub w Taboru błękity,
W szczęścia słodkie zapały.
Jak Job w cierpieniu, — jak Jan
Przy Tobie bym spoczęła,
Tylko powiedz o Panie,
Co chcesz, abym czyniła?
Wśród zmiennych losów życia,
Jak Józef sprawiedliwy
Lub Dawid wśród ukrycia
Czy Jonasz nieszczęśliwy
Chcę, by się każdej chwili
Twa wola wypełniła,
Dlatego błagam, powiedz:
Co chcesz, abym czyniła?
Czy słowa Twe posłyszę,
Czy będziesz trwał w milczeniu,
Czy łan się rozkołysze
Lub zamrze w opuszczeniu,
Chcę wytrwać i zachować
Twe Prawo, tam ma siła,
Więc na każdy czas, powiedz:
Co chcesz, abym czyniła?
Twoją jestem, na zawsze,
Od Ciebiem życie wzięła,
Powiedz mi więc, o Boże,
Co chcesz, abym czyniła?
PO PROSTU
Nie będę dziś dużo pisać. Ofiaruję. Po prostu. Ukochany powiedział, że dzięki mojemu cierpieniu i ofiarowywaniu wielu ludzi pójdzie do Nieba. Ja Mu wierzę. Po prostu.
OGOŁOCENIE
Nie wiem… znów słów brakuje. Coraz częściej to co się dzieje między mną a Ukochanym odbywa się bez słów, ponad nimi. Albo „pod” nimi. W głębi mego serca. Ukochany prowadzi mnie coraz dalej i dalej…
Rano leżałam w łóżku, cała zanurzona w Nim. Zatopiona. Spytałam Go o to, czy mam opisywać na blogu wszystkie moje przeżycia, doświadczenia, słowa, wszystko o czym z Nim rozmawiam. Często miałam wątpliwości, bo wg mnie, to o czym z Nim rozmawiam jest bardzo osobiste.
„Robaczku, rozmawiasz ze Mną o wszystkim, więc pisz o wszystkim. Jesteś Moim narzędziem. Przez nasze rozmowy dajesz świadectwo Mojej bliskości. Wielu traktuje Mnie tylko jako sędzię, jak kogoś obcego, strasznego, odległego, martwego. Tymczasem Ja żyję i jestem blisko każdego człowieka. I pragnę bliskości”.
„Dobrze, będę”.
Byłam w NIM nadal… Naraz… zobaczyłam straszny obraz. Ukochany stał (chwiał się właściwie…), całego w ranach, we krwi… Nagiego..
I usłyszałam głos:
„Mówisz, że to twoje przeżycia, doświadczenia, rozmowy. Nic nie masz swojego. Też nic nie miałem. Oddałem wszystko. Dla ciebie, Mój robaczku”.
„Tak… Ukochany… Chcę tak jak Ty.”- wymamrotałam. Właściwie westchnęłam ciężko, bo jak wcześniej wspominałam, cała rozmowa odbywała się bez słów.
I doświadczyłam straszliwej pustki, ogołocenia… trudno to opisać. Samotności wielkiej. Tak… ogołocenia… Do tej pory pisałam (myślałam), że to cierpienie fizyczne ogałaca, ale to było inne cierpienie. I ogołocenie inne… duchowe.
Potem wpatrywałam się w Niego… też bez słów. Patrzyłam i patrzyłam. Moje serce wzdychało, że jestem pusta i pragnę być jak On… Prosiłam, żeby wypełnił mnie sobą.
„Teraz podobasz Mi się najbardziej Moniko. Jesteś do Mnie podobna”.
Uśmiechnęłam się do Niego i podziękowałam.
„Lubię kiedy się do MNIE uśmiechasz”.
WIELKIE I MAŁE RADOŚCI
Siedziałam sobie na dworze, Pismo św. leżało na stoliku, a ja wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzył we mnie promienny.
Patrzyłam i patrzyłam…
Zaczęłam Mu opowiadać o moich wielkich i małych radościach:
„Wiesz, dzisiaj moje duchowe dzieciątko kończy 7 miesiąc życia. Niedługo się urodzi… A Twoje Cudo uśmiecha się do mnie. Do innych w domu też, ale do mnie szczególnie. Śmieje się w głos, kiedy mnie zobaczy! I gada 🙂 , rozmawiamy sobie. Co prawda na razie „agu, eee, agi, iii”, ale my się rozumiemy. I zagaduje mnie kiedy udaję, że go nie widzę. Mówi „eee” i smieje się do mnie. Mama mówi, że jestem jego ulubioną ciotką 🙂 „.
Umilkłam. Po chwili mówiłam, opowiadałam dalej:
„A wiesz, na drzewie, naprzeciw mojego okna gołąb buduje gniazdo. I jak maluję to go obserwuję”.
Znów umilkłam. Patrzyłam w Niego. Uśmiechał się do mnie promiennie.
„Twoje radości są Moimi, kochany robaczku”.
Patrzyliśmy w siebie radośni…
Pomyślałam jeszcze o jednej radości i uśmiechnęłam się do NIEGO i do swoich myśli.
Usłyszałam w głębi serca:”Tak, jesteś wspaniałą duchową matką dla Moich sług”.
Wczoraj usłyszałam (a właściwie przeczytałam) podobne słowa…