W czasie modlitwy rozmyślałam o ubóstwie w jakim przyszedł na świat Jezus. Wczoraj na Pasterce w naszym kościele widziałam piękną szopkę. Widziałam wiele pięknych szopek. Jednak dziś pomyślałam, że bardzo wiele z tych szopek jest przesłodzonych, ckliwych, wręcz sztucznych.
Jezus dwa tysiące lat temu wcale tak słodko nie miał… Brud, smród… żłób zastępował kołyskę. Siano kuło w delikatne Ciałko Dzieciątka… Bezradność Rodziców…
Jednak większy ból sprawiało Jezusowi odrzucenie przez ludzi. Nie było dla Niego nawet w gospodzie. Urodził się za miastem i… za miastem umarł. Tylko się urodził a już chciano Go zabić.
„Od początku cierpiałeś, mój Jezu…” – pomyślałam smutno…
„Cierpiałem za ciebie, robaczku”
Spytałam czy w tym wszystkim miał choć trochę radości.
„Miłość, czułość, troska Mojej Matki i opieka przybranego Ojca sprawiały mi wielką radość. Rozczulały Mnie”.
Autor: Maleńka
PRZYJMIJ JEZUSA
Dziś rano dziękowałam Bogu za ten Adwent. To był dla mnie okres niezwykły. Niesamowity! Wyszłam z Nim na pustynię. A On z tej pustyni uczynił kwitnącą oazę. W mojej duszy jest piękny ogród z wielkim Źródłem pośrodku. A w sercu śpi Dzieciątko… A ja trwam w zdumieniu! Tak mówiłam Ukochanemu. Dziękowałam Mu.
„Jeśli będziesz ze Mną, jeszcze większe rzeczy zobaczysz!” – usłyszałam.
Potem wpatrywałam się w Umiłowanego, był bardzo poważny, żeby nie powiedzieć smutny. Spytałam dlaczego jest taki. Milczał chwilę a potem usłyszałam: ” Ponad dwa tysiące lat temu przyszedłem na świat, upokorzylem się bardzo… z miłości, a wielu ludzi Mnie nie przyjęło. Odrzuciło. I dziś w nocy znów przyjdę i wielu Mnie odrzuci, nie przyjmie”.
Milczałam. On też.
„Ale wielu Cię przyjęło i dziś też wielu Cię przyjmie”- wyszeptałam.
Patrzyliśmy w siebie długo…
JAK DZIECKO
Dziś Ewangelia o narodzinach Jana Chrzciciela. Jego matka, św Elżbieta, jest moją Patronką od bierzmowania. Zawsze jakoś była mi bliska, ale ostatnio jest coraz bliższa. Dzisiaj mogę powtórzyć z wielką radością jej słowa! „A skądże mi to, że mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” Skądże mi to wszystko?! Tyle radości i szczęścia?! Wobec tego co we mnie się dzieje czuję się zawstydzona, zakłopotana i bardzo malutka… bardzo! Ale bardzo, bardzo szczęśliwa! W moim małym sercu śpi słodko Dzieciątko… Czy można to sobie wyobrazić, wymyślić? Ja nie potrafiłabym! Moja wyobraźnia jest za mała. Jednak faktem jest, że śpi… Możecie mi wierzyć, lub nie. Ja Je widzę. Ale, żeby Je zobaczyć, muszę upokorzyć zmysły, myśli, muszę stać się małą. Jak dziecko.

DZIECIĄTKO W SERCU
Dziś obudziłam się (jak zwykle) nad ranem. Jeszcze było ciemno i cicho. Jak zwykle uśmiechnęłam się do Ukochanego i zaczęłam odmawiać Różaniec. „Róże dla Maryi”. Odmawiałam powoli, bez pośpiechu. Cieszyłam się każdym słowem… Kiedy kończyłam czwartą dziesiątkę Różańca, oczami duszy zobaczyłam dziwny obraz. Czyjeś dłonie trzymały maleńkie dzieciątko. Dłonie były duże, kobiece. Dziecko natomiast małe. Wyglądało na nowo narodzone. Całe mieściło się w dłoniach, które tworzyły jakby kołyskę dla niego. Dłonie ułożyły dzieciątko w moim sercu… Usłyszałam głos kobiety, tym razem nieznajomy, mogę powiedzieć obcy (nie słyszałam go nigdy przedtem). Głos mówił do dzieciątka. „Będzie Ci tu dobrze, mój Jezu, w sercu Twojego robaczka”. Dłonie zniknęły a dzieciątko zostało. Spało tak słodko…
Patrzyłam na to wszystko poruszona do głębi, zdumiona, zachwycona, zawstydzona i onieśmielona jednocześnie. Ale jakoś skończyłam odmawiać cały Różaniec.
Potem kiedy tylko zaczęłam wpatrywać się w Oblicze Ukochanego usłyszałam, tym razem znajomy Głos. „Czekałem!”. Jezus się do mnie uśmiechał, więcej, promieniał cały! Zdawał się być uradowany, jakby się czymś cieszył. Patrzyłam pytająco… „Idą święta. I wielu ludzi obchodzi święta, a mniej Moje Narodzenie. Dlatego przyszedłem do ciebie. Odpocząć w twoim sercu, w te dni”. Patrzyłam w Niego dalej… „Dłonie, które widziałaś rano, to dłonie Mojej Matki”.
Nie wiedziałam co powiedzieć… Spytałam co mam robić, żeby Mu było dobrze, wygodnie. Bardzo pragnęłam, żeby Mu u mnie było dobrze…
„Tylko Mnie kochaj”.
TRWAJ WE MNIE
Dziś w kościele mama zawiozła mnie do pierwszej ławki i czekałam na księdza. Chciałam pójść do spowiedzi. Kiedy ksiądz przyszedł, poprosiłam o spowiedź. Ksiądz uśmiechnął się, powiedział, że oczywiście. Potem pochylił się, objął mnie.
– Dobrze, mów grzechy.
Na środku kościoła, kiedy w ławkach siedzieli inni wierni… w absolutnej ciszy ja miałam mówić swoje grzechy? Nie chciałam tak…
– Ale nie tu – uśmiechnęłam się do księdza- może w zakrystií.
– Dobrze.
Mama wwiozła mnie do zakrystii i zamknęła drzwi.
Wyspowiadałam się i spytałam księdza czy Pan Bóg może mówić do serca. Ale proboszcz nie rozumiał co mówię (mówię niewyraźnie z powodu choroby). Powtórzyłam jeszcze raz. Nadal nie rozumiał… Powiedział, że Bóg mnie bardzo kocha, i przyciska do Serca.
„No i widzisz, Panie Jezu, ksiądz proboszcz nie rozumie co mówię” – pomyślałam smutno po wyjściu z zakrystii kiedy się modliłam. „Ja ciebie rozumiem, Moniko”- usłyszałam znajomy Głos.
Nie powiedział, że rozumie co mówię, ale, że mnie rozumie.
Potem, w domu, patrzyłam się w Umiłowanego mego serca. Mówiłam, że moje serce należy do Niego, że cała do Niego należę. „Wszystko co moje, jest Twoje”- szeptałam.
Patrzyłam dalej. Długo…
„Podoba Mi się w twoim sercu. Trwaj we Mnie a Ja będę trwał w tobie”.
Wpatrywaliśmy się w siebie długo. Ja w Niego a On we mnie…
RACHUNEK SUMIENIA
Po zrobieniu rachunku sumienia wpatrywałam się w Oblicze Umiłowanego. Żałowałam serdecznie za grzechy… przepraszałam, że tyle razy zraniłam Jego, Jego Serce. Że tyle razy zdradziłam Go. Uległam złemu. Przepraszałam… i postanowiłam poprawę. Prosiłam, żeby mi w tym pomógł, bo sama nie dam rady.
Patrzył we mnie z wielką miłością i czułością…
Nie potępiał, nie osądzał. Patrzył z miłością. To Jego spojrzenie powodowało we mnie jeszcze większy żal i ból, że Go zraniłam. Ale i większe, szczere postanowienie poprawy.
Patrzyłam w Niego i patrzyłam…
„Wybaczam ci wszystko, Mój robaczku, ukochana Moja”.
"ZAUFAJ MI"
Dziś nad ranem leżąc w łóżku uśmiechnęłam się do Umiłowanego mojego serca. Pozdrowiłam Jego Matkę różańcem. I rozmyślałam…. O tym jak Ukochany zmienia mnie, moje wnętrze. Bardzo łagodnie, ale stanowczo i konsekwentnie. Z miłością. Tak sobie myślałam gdy nagle usłyszałam Głos… Dochodził on z głębi mnie, z głębi mojego serca. „Effatha! Otwórz się!” Byłam oszołomiona. Czułam jakby coś we mnie pękało, jakby opadała ze mnie jakiś niewidzialna skorupa, pancerz ochronny, którym przez lata się otaczałam. Nagromadziłam. Opadało to wszystko ze mnie. Nie potrafię tego inaczej opisać… Potem… szczęśliwa usnęłam.
Potem wpatrywałam się w Ukochanego. Nie wiem jak długo… On patrzył we nie. Jego spojrzenie przenikało i prześwietlało moją duszę.
Prosiłam, żeby przybliżał mnie do Siebie bardziej i bardziej. Pragnę tego…
„Czynię to, mój robaczku. Jesteś blisko Mego Serca. Zaufaj Mi”.
OCEAN MIŁOŚCI
„Witaj ukochana moja!”
Witaj Umiłowany mój. Zmęczona jestem. Przyszłam przy Tobie odpocząć. Mogę?”
„Tak. Odpocznij we Mnie”.
„W Tobie?”
„W Sercu Moim”
I odpoczywałam. Wpatrując się w Umiłowanego nabierałam sił. Duchowych i fizycznych. Rozmyślałam o mojej duszy. Była ona kwitnącym ogrodem. Pełnym kwiatów, róż, lilii i słoneczników. Pięknych i dorodnych winorośli. W sercu, w centrum ogrodu tryskało Źródło, ogromne, które nawadniało i użyźniało cały ogród. Nad miarę! To dzięki Niemu żył cały ogród , moja dusza. Tak teraz ją wyobrażałam, jakże inaczej niż kiedyś!
Potem chciałam wyobrazić sobie Jego Serce. Ale nie mogłam, nie umiałam… Brakowało wyobraźni. Przypomniałam sobie jedno z wezwań Litanii do Jego Serca „gorejące Ognisko Miłości”. Tak… bezbrzeżny Ocean Miłości – myślałam patrząc Mu w oczy.
Jezus patrzył we mnie i zdawało mi się, uśmiecha się do tych moich wyobrażeń… 🙂
NIE MOGĘ MILCZEĆ!
Jezu! Nie mogę milczeć! Dajesz mi tyle Miłości i radości i szczęścia. Dziękuję Ci! Jesteś ze mną, przy mnie. Dusza moja tańczy dla Ciebie i śpiewa! I wykrzykuje z uciechy! Na Twoją chwałę! Nie potrafię opisać ile mi dajesz! Dajesz mi Siebie samego. Trwam w uwielbieniu i zachwycie. I oddaję Ci siebie. Przyjmij mnie. Przyjmij swego małego robaczka.
NA CHWAŁĘ
Trwałam przed Umiłowanym mojego serca… Wpatrywałam się w Niego. Był rozpromieniony. Jak ja… Patrzeliśmy na siebie.
Uszczęśliwieni spotkaniem. Byłam zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.
„Czy chcesz dla Mnie cierpieć?” – usłyszałam w głębi serca.
„Chcę. Wiesz, że chcę…”
„Cierpisz na Moją chwałę”.