Zastanawiałam się jak to dziś napisać. Źle się czuję i pisać trudno. Doszłam do wniosku, że dziś tylko opiszę naszą rozmowę.
Kilka słów właściwie.
„Ukochany mego serca, ofiaruję Ci cierpienie. Przyjmij je, proszę!”
„Tak podobasz Mi się najbardziej, mój robaczku”.
„Taka jestem szczęśliwa, to nic, że boli”.
„Jestem z tobą”.
Autor: Maleńka
NA GŁĘBIĘ
Trwałam więc przed Nim w milczeniu… Dłuższy czas. Myśli przychodziły i odchodziły. Poprosiłam, żeby otworzył moje serce na swoje Słowo a myśli skierował na Siebie. Milczałam. Po chwili usłyszałam: „twoje serce hartuję w ogniu Mojej Miłości”.
Patrzył na mnie tak przenikliwie a jednocześnie z wielką czułością. Zapytałam jak chce, żebym Go nazywała, zwracała się do Niego. „Umiłowanym twego serca”- usłyszałam. „Tak! Jesteś Umiłowanym mojego serca!”
Wpatrywałam się dalej w Jego Oblicze. Jego spojrzenie przeszywało mnie na wskroś. Przenikało serce i duszę. Jego spojrzenie jasne, świetliste i tajemnicze…
„Czy chcesz wypłynąć ze Mną na głębię jak kiedyś Moi uczniowie?” – spytał nagle.
„Chcę, Panie” – szepnęłam.
MILCZEĆ
Dziś pomyślałam, że będę milczeć przed Ukochanym. Wpatrywać się w Niego i milczeć. Słuchać bardziej niż mówić. Wsłuchiwać się głębiej w Niego i w siebie. Mówienie i myśli często rozpraszają… przeszkadzają A ja pragnę Go słuchać. Usłyszeć.
ZNAJOMY GŁOS
Wczoraj leżąc w łóżku, myślałam czy to naprawdę Bóg mówi do mojego serca. Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” upewniłam się, że to jednak On. Jakbym to sobie sama wymyślała, to by na pewno w nic się w moim życiu nie zmieniło, a zmienia się. Na lepsze. Więc byłam pewna. Zasnęłam, a dziś rano jakoś o tym nie myślałam (że jestem pewna).
W kościele przywitałam się z NIM serdecznie jak z kimś bardzo mi bliskim. Przy Podniesieniu potwierdziłam Mu swoje całkowite oddanie. A po przyjęciu Komunii Św. kiedy trwałam w dziękczynieniu usłyszałam znajomy Głos, wydobywający się z głębi mojego serca: ” To Ja mówię do ciebie, mój robaczku”. „Wiem, mój Ukochany, jestem pewna”. Byłam poruszona i wzruszona… przypomniałam sobie wczorajsze rozmyślania…
Potem w domu kiedy wpatrywałam się w Jego Oblicze, uświadomiłam sobie, że tęsknię za tą modlitwą. Im dłużej się w Niego patrzyłam, tym potem bardziej tęskniłam… za tym spotkaniem… Pomyślałam, że to przedsmak Nieba. Tylko tam będę wpatrywać w Boga tysiąckroć piękniejszego. Poznam Go twarzą w twarz.
„Kocham cię” – usłyszałam. Też zapewniałam, że Go kocham.
„Wiem. Mów Mi o tym często. Pragnę cię słuchać”.
DOPIERO POCZĄTEK
Moja pustynia nadal jest kwitnącą oazą. Pełną życiodajnych źródeł. A właściwie jednego Źródła Wody Żywej, której moja dusza była bardzo spragniona. Od kilku dni wszystko się powoli zmienia. Ja się zmieniam. Tak rozmyślałam o tym co we mnie się dzieje, wpatrując się w Ukochanego, dzieląc się z Nim swoimi myślami. Dziś rano obudziłam się pełna werwy, radości. Pełna sił (także fizycznych). Zdumiona byłam.
Jednak przede wszystkim zmieniam się wewnętrznie. Odkrywam jeszcze bardziej piękno modlitwy Różańcowej. Odmawiam powoli, smakując każde słowo „Zdrowaś”. delektuję się nim, karmię.
Ukochany pociąga mnie ku sobie coraz bardziej. Przyciąga. Przytula do Serca… pragnie mnie. A ja Jego. Nie mówię, że do tej pory było między nami źle. Było bardzo dobrze. Ale teraz jest jeszcze lepiej. Głębiej… przede wszystkim. Doświadczam Bożej Miłości, wymagającej i czułej jednocześnie…
I tak dzieliłam się tymi myślami z Jezusem, patrząc w Niego. On patrzył we mnie i jakby się do mnie uśmiechał.
„A to dopiero początek” – usłyszałam w głębi serca.
TO TY!
Umiłowany mój! Tyloma łaskami obdarzasz mnie, Twojego robaczka. Tak bardzo kochasz! Tak bardzo! Niewyobrażalnie! Nie znajduję słów, żeby wypowiedzieć moje szczęście. Ani, żeby Ci podziękować. Słów brakuje! Każda cząstka mnie do Ciebie należy. Pragnę Cię wielbić do końca moich dni i w wieczności. Pragnę dla Ciebie cierpieć. Życie moje to TY!
''BLIŻEJ NIŻ MYŚLISZ"
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzyłam na kartkę papieru, na zdjęcie, które go przedstawiało, ale przecież nie modliłam się do obrazka, nie rozmawiałam ze zdjęciem. Wpatruję się w Jezusa przedstawionego na tym obrazie, rozmawiam z Nim a obraz mi w tym bardzo pomaga.
Więc patrzyłam w NIEGO, głębiej… patrzyłam się i wsłuchiwałam się w poruszenia serca. ON patrzył we mnie… „Co mogę zrobić, Ukochany? Pragnę Ci sprawiać przyjemność.Co mogę zrobić?” – spytałam. Jednocześnie pomyślałam, że tak niewiele mogę… Milczał i patrzył na mnie z czułością.
„Nawet najmniejszy czyn, gest uczyniony dla Mnie z miłości sprawiają Mi ogromną przyjemność, powiększają Moją chwałę – usłyszałam po chwili – ty już to robisz. Upatrzyłem sobie ciebie”. Milczałam… „Cierp bez skargi. Gdy bardzo boli, wiedz, że jestem blisko, bliżej niż myślisz”.
Pomyślałam o dzieciątkach nienarodzonych zabitych przez własne matki… lekarzy… rozszarpywane, miażdżone. „Za nie ofiaruję” – szepnęłam. Jezus posmutniał. „Ich dusze są najbliżej Mojego Tronu”. „I co robią? – spytałam – błagają o litość dla swoich matek?” „Tak- powiedział Głos – one nie wiedzą co to nienawiść, jednak JA szanuję wolną wolę ich matek. Czekam na żal i nawrócenie”.
Westchnęłam smutno… i patrzyłam dalej…
„Nie zostawiaj Mnie nigdy samego… ” – usłyszałam jeszcze. Bóg, który tęskni za człowiekiem. Za mną…
MIŁOŚĆ NAD MIŁOŚCIAMI
Żeby opisać moje dzisiejsze (to chyba złe słowo „dzisiejsze”, ale niech będzie…) spotkanie z Jezusem, muszę zacząć od nocy. Wtedy przeczytałam Czytania przeznaczone na dziś. Wszyscy w domu spali. A ja leżałam z zamkniętymi oczami i rozmyślałam.
„Ja, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: „Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą”.
Nie bój się, robaczku, Jakubie,
nieboraku, o Izraelu!
Ja cię wspomagam, mówi Pan,
odkupiciel twój, Święty Izraela (…)”
„Ile miłości jest w tych słowach, ile czułości, ile ojcowskiej i matczynej troski – myślałam – niesamowite! Robaczku, nieboraku, jakie to czułe… tkliwe”. Wiedziałam, że Ukochany jest zawsze przy mnie, że się mną opiekuje, że cierpi razem ze mną. Widziałam jak mi błogosławi, wtedy, w nocy też. Leżałam zachwycona… „Twoje Serce bije dla mnie a moje bije dla Ciebie” – powiedziałam do Niego.
„Jestem Miłością nad miłościami- usłyszałam w głębi serca. „Tak… Miłość nad miłościami” – pomyślałam zachwycona i po chwili zasnęłam…
Kiedy już w dzień wpatrywałam się w Jego Oblicze, zdawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Też się do Niego uśmiechałam. „Miłość nad miłościami”… Trwaliśmy tak uśmiechnięci. Byłam bardzo szczęśliwa a w moim sercu panował pokój i radość, choć fizycznie czułam się, łagodnie mówiąc, nie najlepiej.
Pomyślałam znów o „robaczku”. Tak mówi się o kimś/o czymś maleńkim, bezradnym, nieporadnym. O stworzeniu tak małym, że niewidocznym. Pokornym. Zapragnęłam być taka…
„Od tej pory będę Twoim robaczkiem. Tak mnie nazywaj, mój Ukochany – powiedziałam.
Zdawało mi się, że promienieje jeszcze bardziej.
ZAWSZE
Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii znów się w Niego patrzyłam. W głąb… Jego dobre, łagodne oczy patrzyły we mnie. Tak wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem. Rozmyślałam nad Jego słowami. O tym, że jest łagodny i pokorny. Jarzmo Jego jest słodkie a brzemię lekkie. Przypomniały mi się słowa wielkopostnej pieśni ” Słodkie drzewo, słodkie gwoździe, rozkoszy owoc nosiło… Skłoń gałązki, drzewo święte. Ulżyj członkom tak rozpiętym…”
Wszystko to było w Jego oczach, bardzo smutnych dzisiaj. „Oczy są zwierciadłem duszy”- pomyślałam. Patrzyłam dalej. Bardzo długo…
Naraz usłyszałam głos… smutny, żarliwy, tęskny. „Pragnę ciebie… ciebie całej”. Też byłam smutna, ale na te słowa posmutniałam jeszcze bardziej. „Jezu, Ukochany… tyle razy oddawałam Ci siebie. Czyżby nie całkowicie?” Milczał. „To teraz Ci siebie oddaję. Każdy skrawek, okruszek mojego ciała i życia jest Twój”. I powtórzyłam modlitwę, którą odmawiam podczas Podniesienia: „Jezu mój, Miłości moja, Ty jesteś mój, ja jestem Twoja”.
„I serce i duszę?” „Tak, przede wszystkim. Tylko Ty możesz tam wejść. Rób ze mną co chcesz”. „Będę”.
Patrzyłam w Niego dalej. „Dlaczego jesteś smutny?”- zapytałam po dłuższej chwili milczenia. „Bo ty jesteś smutna”. „Tak, smutna jestem – westchnęłam – zmęczona. Prawie całą noc nie spałam i… Zresztą wiesz jak było”. „Wiem, byłem z tobą. Zawsze jestem”.
PISZ!
Drugi dzień na pustyni… Choć ta pustynia jest dla mnie, przynajmniej na razie, zieloną oazą. Pełną światła. Tu odpoczywam…
Ale po kolei. Dziś także wpatrywałam się w Jego Oblicze. Długo. Nie oczekiwałam na Jego głos. Wystarczyło mi, że mogę na Niego patrzeć.
Jednak… ” Witaj ukochana moja!”- odezwał się z głębi mego serca. Zdumiałam się znowu… Powiedziałam Mu, że jestem bardzo szczęśliwa. „Pragnę, żebyś była szczęśliwa. Chcę być twoim Szczęściem”. „Jesteś Nim-westchnęłam w duchu – tylko przy Tobie jestem szczęśliwa, w Tobie i z Tobą”. Milczał, ale jakby się do mnie uśmiechał. Też się do Niego uśmiechałam.
„Zmęczona jestem”- odważyłam się powiedzieć. „Odpocznij więc”- ciągle się uśmiechał. Milczeliśmy dłuższy czas. A ja odpoczywałam. Wpatrywałam się w Niego bardziej i bardziej… Czerpałam siłę z patrzenia na Niego. Z Jego Oblicza bijącego blaskiem. Wygrzewałam się w Jego świetle jak w Słońcu… Patrzyłam na UKOCHANEGO, a ON patrzył na mnie. Tylko tyle i Aż tyle..
Potem pomyślałam (nie wiem dlaczego…) o blogu. Jak ja o tym napiszę? Czy w ogóle mam o tym pisać? – myślałam. „Wstydzisz się Mnie?” zapytał głos. „Nie! skąd, Panie – zaprzeczyłam gwałtownie- tu nie chodzi o wstyd! Tylko… to nasze spotkanie, Twoje i moje. Takie osobiste i intymne. Jak o nim piszę, czuję… jakby ktoś nas podglądał.
„Pisz, pisz na świadectwo innym!”
Więc piszę….
A kiedy zamykam oczy, widzę Jezusa, który mi błogosławi…