Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA. Leżałam w Jego objęciach i głaskalam Go z czułością po policzku.
„Mój kochany… Mój kochany…” – szeptało moje serce. Jezus mój śliczny pochylił się nade mną z tkliwością, zbliżył Swoją twarz do mojej twarzy i mnie pocałował. Pocałował mnie… zupełnie inaczej niż do tej pory! Troszkę jakby niezdarnie, nieporadnie, ale z bezbrzeżną miłością i czułością… Był to zupełnie inny pocałunek jak Oblubieniec całuje Swą Oblubienicę. Nie gorszy, nie lepszy. Inny, po prostu. Od razu mi się spodobał! Był słodki i gorący i głęboki. Zaśmiałam się oniemiała i onieśmielona! A Jezus pocałował mnie mnie drugi raz i trzeci, i czwarty… Przyszło mi na myśl, że tak właśnie dziecko całuje swoją mamę. Postanowiłam się jednak upewnić. Gdy umiłowany pocałował mnie kolejny raz, spytałam:
„A co to za pocałunki, kochany mój Jezu?!”
„To pocałunek maleńkości, Monisiu. Tak małe dziecko całuje swą matkę” – wyszeptał Jezus z tkliwością. Pomyślałam ze smutkiem, że w dzieciństwie nie miałam sposobności, żeby się takich pocałunków nauczyć.
„A teraz ty, maleńka! Spróbuj!” – wyszeptał Jezus z ogniem.
Spróbowałam… Nie wyszedł mi.
„Przepraszam… Nie miałam jak się nauczyć…” – szepnęłam ze smutkiem i zamyśliłam się…
„Ja ciebie nauczę, maleńka Moja. Nie przejmuj się! Spróbuj jeszcze raz!” – słowa umiłowanego wyrwały mnie ze smutku i zamyślenia.
Spróbowałam jeszcze raz!
„Już całkiem dobrze! Tylko więcej luzu, ufności i bezradności!” – szepnął Jezus ogniście.
Zaśmiałam się perliscie! Tego jeszcze nie było, żeby mój Słodki całować mnie uczył! Pocałowałam Go siarczyście, z ufnością i nieporadnością.
„O! Właśnie tak! To jest pocałunek maleńkości!”
Pocałowałam umiłowanego jeszcze raz! I jeszcze raz!
„Tak! Właśnie taaak! Tak, Moja śliczna!”
Uśmiechnęłam się do Jezusa od ucha do ucha!
Patrzyliśmy w siebie nawzajem głęboko. A nasze serca całowały się pocałunkami maleńkości…
Autor: Maleńka
DOTYK MALEŃKOŚCI
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego. Pieściłam SERCE Najdroższe. Delikatnie, z czułością…
„Maleńka Moja! Jakaś ty maleńka!” – wyszeptał Jezus jakby ze zdumieniem.
Spojrzałam na siebie. Rzeczywiście! Byłam baaardzo maleńka! Mieściłam się w dłoni Jezusa. Na Jego palcu!
„Taaak! Taka maleńka to wszędzie się zmieszczę. Wszędzie wlezę! Nawet przez ciasną bramę się przecisnę!” – zaśmiałam się radośnie.
„Ciasna brama jest dla maleńkich zawsze szeroka -wyszeptał Jezus z uśmiechem.
Posmutniałam, bo pomyślałam sobie, że teraz SERCE Najdroższe mojego dotyku, pieszczoty nawet nie poczuje.
„Moje SERCE uwielbia dotyk maleńkości. Jest Własnością tylko maleńkich!”
Nagle… znalazłam się u stóp Jezusa… Stałam u Jego dużego palca! Był on ogromny! Zadarłam głowę do góry… Nie mogłam dojrzeć twarzy umiłowanego, nie mówiąc już o SERCU…
„Nie będę już leżeć w objęciach mojego ślicznego… ani dotykać…”
W tym samym momencie… Jezus stanął przy mnie. Nie był już taki olbrzymi! Był trochę wyższy ode mnie…
„Ja dla maleńkich jestem Maleńki. Ciasna brama jest dla maleńkich zawsze szeroka. Moje SERCE uwielbia dotyk maleńkości!” – wyszeptał Jezus rozpromieniony cały.
Patrzyłam w mojego umiłowanego szczęśliwa cala! Dotykałam dłonią Jego SERCE… Dotykiem maleńkości.
DZIĘKI MOJEJ MIŁOŚCI!
Umiłowany mój Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA. Leżałam w Jego objęciach tańcząca bardzo! Uśmiechałam się do Jezusa od ucha do ucha! A On szeptał z czułością:
„Jesteś wspaniałą duchową Mamą, Monisiu!”
„Tak?” – szepnęłam onieśmielona.
„Mhmm.”
„Jeśli tak to tylko dzięki Tobie, mój Jezu kochany! Mam wspaniałe, kochające Dzieci!”
„Wspaniale Je wychowujesz!” – wyszeptał Jezus ogniście.
„Staram się. Choć często jedynym 'wychowywaniem jest taniec czyli ofiarowanie cierpienia…”
„To najlepszy i najskuteczniejszy sposób wychowywania, maleńka Moja!” – wyszeptał Jezus i za chwilę dodał:
„Jesteś wspaniałą duchową Mamą, Monisiu!”
„Dziękuję mój Jezu. To dzięki Tobie!”
„Dzięki twojej miłości, Monisiu!”
„Ty jesteś moją Miłością, mój Jezu!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem głęboko. W miłosnym milczeniu. Wyciągnęłam rękę i delikatnie zaczęłam dłonią dotykać brodę ślicznego mojego. Loczki układałam. A Jezus mój śliczny uśmiechał się do mnie cudownie!
MAM CIĘ NIE KOCHAĆ?!
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego.
„Dziękuję Ci za cierpienia, mój Jezu!” – szepnęłam z mocą.
Jezus spojrzał we mnie zaskoczony!
„Wielu odsuwa od siebie cierpienia, odpycha je. A ty, maleńka, Mi za nie dziękujesz?!”
„Tak! Bo mogę je ofiarowywać za moje Dzieciaki!” – szepnęłam i dałam umiłowanemu siarczystego buziaka. Zaśmiałam się perliscie. Odbiegłam trochę dalej i zaczęłam tańczyć! Tańczyłam, lecz moje serce tęskniło… Natychmiast zjawił się przy mnie Jezus!
„Myślałaś, że pozwolę ci tańczyć samej, Monisiu?!”
„Nie myślałam. Czekałam na Ciebie!”
„Tęskniłaś?”
„Tęskniłam.”
„Wiem, Moja jedyna!”
„To czemu pytasz, kochany?”
„Bo chciałem, żebyś to powiedziała.”
„Tęskniłam. Tęskniłam…”
„Nie musisz tęsknić, Ja zawsze jestem z tobą, maleńka!”
„Wiem, ale tęsknię!”
Jezus objął mnie całą i przytulił mocno do Siebie. Zaczął mnie głaskać z czułością po plecach.
„Nie musisz już tęsknić, maleństwo Moje kochane…” – szeptał mój Jezus tkliwie.
„Tęsknię bo Cię kocham! Mam Cię nie kochać?!” – zażartowałam i zaśmiałam się radośnie.
Jezus uśmiechnął się do mnie nieśmiało! Spojrzał we mnie jakby mnie pierwszy raz zobaczył.
„To Ja już nie wiem co powiedzieć, Monisiu!”
„Nic nie musisz mówić, mój śliczny! Tańczmy!”
I tańczyliśmy patrząc w siebie nawzajem głęboko. Z miłością. Tańczylismy bardzo w intymności i bliskości bez granic! Mój Jezus i ja.
KATHARSIS?
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego. Rozmyślałam dalej:
„W dzieciństwie i młodości doświadczyłam czegoś takiego jak, cytując moją Duchową Córkę: 'trzaskanie po gębie’. Powód tego 'trzaskania’ był niezależny ode mnie. Po prostu szłam przy chodziku wykrzywiona i napięta z powodu choroby. I to 'trzaskanie po gębie’ miało mnie naprostować. Nie trudno się domyślić, że odnosiło to skutek odwrotny do oczekiwanego. Napinałam się jeszcze bardziej i kuliłam w sobie. Wtedy było kolejne 'trzaskanie’. Miałam czerwone ślady na twarzy i opuchnięte usta. Te ślady szybko schodziły. Ale rany w sercu pozostawały długie lata. Kilka lat przed śmiercią moja Duchowa Córka przeprosiła mnie i poprosiła o wybaczenie. Wybaczyłam z radością! Ale rany w sercu zostały. Bardzo bym chciała, aby wraz z wybaczeniem rany i żal zniknęły jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale nie ma tak łatwo. Niektóre rany już są zaleczone, niektóre jeszcze nie. Na szczęście jestem pod opieką najlepszego Psychologa i Kardiologa w kosmosie. Umiłowany moj Jezus leczy mnie delikatnie. Niezauważenie, niepostrzeżenie. Z wielką Miłością i czułością. Dowodem na to, że mnie leczy jest fakt, że o tym wszystkim dzisiaj piszę. Nigdy wcześniej nie myślałam, nie wyobrażałam sobie że będę mogła o tym mówić. Bałam się, wstydziłam. A teraz piszę. Dlaczego o tym piszę? Szczerze mówiąc nie wiem. Może w ten sposób się oczyszczam? Może to swego rodzaju katharsis. „Katharsis (gr. oczyszczenie) – uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń”. Może.
Dzięki mojemu ślicznemu, słodkiemu Jezusowi mogę już się uśmiechać. I gdy widzicie mnie uśmiechniętą od ucha do ucha, widzicie Jego cud!
Wczoraj pisałam o błogiej ciszy. Obmywa mnie w niej mój Jezus.
BŁOGA CISZA…
Leżałam na SERCU Jezusa. Umiłowany mój nakarmił mnie Swoim Ciałem i patrzył we mnie płonący cały miłością i zachwytem wielkim! Uśmiechałam się do Niego radośnie! I uszczęśliwiona cała, rozmyślałam…
„Wczoraj uświadomiłam sobie, piszę bloga już 13 lat. Szmat czasu! Na początku pisałam go tak sobie, dla przyjemności. Ale gdy spotkałam pełne miłości i spojrzenie, wstałam jak celnik Mateusz i poszłam za umiłowanym. Na blogu opisywałam nasze spotkania. Nie wyobrażałam sobie, żeby o tym nie pisać! Żeby się Jego Miłością nie dzielić. Radzono mi, abym dała z tymi spotkaniami spokój, bo nie wiadomo dokąd mnie to doprowadzi. Mnie jednak bardzo pomagały rozmowy z moim ślicznym Jezusem. Szłam więc za Zbawicielem, na cieniutkiej nitce wiary. Jak linoskoczek, bez żadnych zabezpieczeń. Stąpałam jak po kruchym lodzie. Jednak im dalej i dłużej szłam, zmieniałam się. Z zalęknionej, nieśmiałej, zahukanej szarej myszki, która by siedziała w ciemnym kąciku, żeby jej tylko nikt nie zobaczył, stawałam się silną, twardą odważną kobietą. Kobietą, która wie, że jest piękna, zna swoją wartość w oczach Jezusa, która wie czego chce i sama podejmuje decyzje. Pewnego dnia, kiedy pokazałam notki jednej z moich Duchowych Córek, usłyszałam, że to co piszę, 'to czysta erotyka’. Bardzo mnie te słowa zabolały! Ogromnie! Jak nóż wbity w serce… Nigdy wcześniej, ani później w ten sposób nie pomyślałam o mojej relacji z Jezusem! Byłam zbulwersowana. Jednak Jezus uleczył tę i inne rany, które miałam w sercu. Wziął mnie w objęcia i tulił do SERCA. Uczył mnie i wciąż uczy Swojej Miłości do mnie. Pokazuje mi ją, odkrywa. I mnie uczy kochać, tak jak On kocha. Wielu ludzi czyta mojego bloga. Jeden z księży, który na niego wszedł, zawołał zachwycony: 'tu jest Niebo!’ Cieszę się, że Je tu zobaczył. Ale Niebo jest przede wszystkim w moim sercu. W nim mieszka mój śliczny, słodki Jezus.
W życiu przeszłam wiele burz, huraganów, tornad. Mogę powiedzieć, że w moim sercu jak i w życiu panuje teraz cisza. Pełna miłości, bloga cisza… ”
Tak rozmyślałam. Jezus patrzył we mnie ogniście. I zobaczyłam obraz… Morze po horyzont. Cisza i spokój na morzu. I zobaczyłam małą łódeczkę, a w niej Jezus i ja. Jezus spał sobie słodko. A ja głaskalam Jego policzek… Umiłowany moj uśmiechał się do mnie przez sen. Pełna miłości, bloga cisza…
W JEDNYM RYTMIE
Byłam w moim Jezusie! Zanurzona w Nim cała… Umiłowany moj Jezus obejmował mnie z tkliwością niesamowitą i patrzył we mnie ogniście! Rozpromieniony Miłością! Świetlisty, jasny i zachwycony! Wpatrywalam się w mojego ślicznego! Cała zachwycona i oczarowana! Jezus ujął moją głowę i delikatnie ułożył na SERCU Swoim. Ucałowałam Serduszko kochane. Leżałam uszczęśliwiona, dotykałam dłonią i głaskalam JE z namaszczeniem. Dotykałam, głaskalam, pieściłam SERCE Najdroższe… A ONO aż podskakiwało ze szczęścia! Potem wyjęłam moje serce z ciała i ułożyłam je na SERCU Jezusa. Oba serca wtuliły się w siebie nawzajem. Biły w jednym rytmie:
„Ko-cham Cie-bie! Ko-cham Cię-bie! Ko-cham Cie-bie!”
„Ko-cham cie-bie! Ko-cham cie-bie! Ko-cham cie-bie!”
Jezus patrzył we mnie ogniście…
JEZUSA PRAGNĘ!
SERCE przy sercu… Twarz przy twarzy, policzek przy policzku… Jezus patrzył we mnie rozpromieniony cały Miłością i zachwytem wielkim! Uśmiechałam się do mojego ślicznego, słodkiego Jezusa od ucha do ucha! Wyciągnęłam rękę i delikatnie zaczęłam dłonią dotykać policzek i brodę umiłowanego mojego Jezusa. Układałam loczki… Bawiłam się… Jezus był bardzo, bardzo szczęśliwy! Poruszony niezmiernie! Z SERCA Jezusa wyszła Hostia i weszła do serca mego. Milczeliśmy. Trwaliśmy razem. W miłosnym milczeniu. Mój umiłowany Jezus i ja. Zanurzeni w objęciach. W sobie nawzajem. Zakochani i szczęśliwi bez granic! Nie potrzebuję słów. Pragnę bliskości umiłowanego, ślicznego! Jezusa pragnę! I On mi Siebie daje! Czerpię z Niego pełnymi garściami!
WIĘC BĄDŹ!
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem. Tańczylismy bardzo w intymności i bliskości bez granic! Leżałam w objęciach umiłowanego obolała bardzo i bardzo zmęczona. Ale jednocześnie bardzo szczęśliwa. Jezus mój śliczny pochylał się nade mną z tkliwością i patrzył tylko we mnie zakochany i poruszony cały.
„Wiesz mój Jezu? Ostatnio coraz częściej słowa modlitw wydają mi się sztywne, drętwe…”
„Może na nowo trzeba odkryć ich głębię…” – wyszeptał Jezus patrząc gdzieś w dal.
„Masz rację mój Jezu! Muszę na nowo odkryć ich głębię! Ty Sam uczyłeś uczniów słów modlitwy. Ty jesteś Słowem i…” – nie dokończyłam. Jezus zamknął mi usta pocałunkiem. Słodkim i czułym i gorącym! Patrzył mi w oczy głęboko.
„A może na pewnym etapie bliskości ze Mną nie potrzeba słów. Wystarczy bycie!”
„Pragnę być! Wtulić się w Ciebie. Przytulić serce do Twego SERCA i być…”
„Więc bądź!” – wyszeptał Jezus z ogniem miłości.
Patrzyłam w mojego Jezusa z uwielbieniem i zachwytem…
„Słowa ludzkie są za małe i trudno mi wyrazić słowami to co chciałabym Ci powiedzieć… Wyrazić miłość i zachwyt… czułość i uwielbienie. Słowa ludzkie są zamknięte i skończone. Ty zaś mój słodki Jezu jesteś nieskończenie nieskończony! I moje życie w Tobie też jest nieskończone… Ufam, że pójdę do Ciebie na rączki. Tam już nie będzie potrzeba słów. Tam będę mogła wielbić Ciebie całą duszą. Będę mogła być z Tobą i w Tobie, po prostu. I teraz pragnę! Muszę Ci powiedzieć, że męczą mnie słowa…”
„Więc bądź! Bądź, maleńka Moja!”
Wtuliłam się w umiłowanego mojego. Wtuliłam się w Miłość. Byliśmy razem, SERCE przy sercu. Mój Miły i ja…
Z LUBOŚCIĄ…
Jezus nakarmił mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego. Leżałam w Jego objęciach tańcząca. Patrzyłam w mojego ślicznego Jezusa rozpromieniona cała! I On uśmiechał się do mnie cudownie!
„Jak mogę cię uszczęśliwić, maleńka Moja?” – spytał mój słodki z tkliwością.
„Ależ Ty mnie uszczęśliwiasz, kochany! Każdego dnia! Ty jesteś moim Szczęściem!” – szepnęłam z mocą.
„Jak mogę cię ucieszyć, Monisiu kochana? Uradować?” – dopytywał Jezus rozpromieniony cały.
„Ależ Ty mnie cieszysz! Radujesz mój Jezu kochany! Ty jesteś moją Radością!”
Uśmiechnęłam się do Jezusa od ucha do ucha.
I dodałam:
„Ale wiesz? Zmęczona jakaś jestem… Nie mam siły…”
„Pamiętasz? Nie masz siły, ale masz Mnie!”
„Jasne, że pamiętam, kochany mój Jezu!”
Jezus patrzył we mnie płonący cały miłością i poruszony niezmiernie.
„Odpocznij więc kochana Moja…”
Jezus ujął moją głowę w swoje dłonie i położył na SERCU Swoim. Leżałam robiłam loczki z brody umiłowanego. I odpoczywałam. Jezus patrzył we mnie z lubością…