Jezus nakarmił mnie swoim ciałem i tulił do serca swego.
„Jak jesteś dobry dla mnie, mój Jezu! w jak wielkiej zażyłości, w jak wielkiej przyjaźni ze mną żyjesz!”- szepnęłam z zachwytem.
umiłowany mój Jezus patrzył we mnie głęboko…
„A chcesz, maleńka moja żyć w jeszcze większej zażyłości, w jeszcze większej przyjaźni ze mną?”- spytał z ogniem.
„No jasne, że chcę! a można być jeszcze bliżej…? jeszcze głębiej?”
„Zawsze można być bliżej, Monisiu!”
„Chcę! oczywiście, że chcę! jasne, że chcę! pewnie, że chcę!”
Jezus patrzył we mnie poruszony i wzruszony cały!
„Będziesz wiele cierpieć…”
Przerwałam jezusowi gwałtownie!
„Będę! ale proszę, nie mów mi o cierpieniu! o twojej miłości mi mów! o twojej miłości!”
Jezus objął mnie ramionami. objął mnie całą… zanurzył w sobie. trwaliśmy serce przy sercu, a jego serce szeptało:
„Moja słodka! śliczna moja! jedyna! uśmiechnięta! moja wniebowzięta!”
Tak! byłam wniebowzięta! szczęśliwa niezmiernie! a jednocześnie w sercu czułam jakąś nieznaną pustkę…