Rano układałam bukiety Madonnie.
Wpatrywałam się w Ukochanego… A teraz tańczę z Nim, w Nim i dla Niego. Na chwałę OJCA. Bardzo tańczę! Ofiaruję cierpienie, przez ręce Maryi.
Rano układałam bukiety Madonnie.
Wpatrywałam się w Ukochanego… A teraz tańczę z Nim, w Nim i dla Niego. Na chwałę OJCA. Bardzo tańczę! Ofiaruję cierpienie, przez ręce Maryi.
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Promienny patrzył we mnie. Zapatrzyłam się w Niego… Zanurzał mnie w Sobie.
„Ukochany mój! Najczulszy, Najlepszy! Najczystszy!”
„Perełko Moja!”
Uwielbiałam GO.
„Bądź pozdrowiony! Pochwalony! Wywyższony!”
Patrzył. I ja patrzyłam. Tańczyliśmy. Dziś nasz Piątek.
Tańczymy! Tańczymy!
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzył promienny we mnie…
„Ukochany!”
„Perło Moja!”
Patrzyłam w Niego. Pomyślałam, że już niedługo Adwent.
Uśmiechnął się do mnie.
„Czekasz na Mnie, Promyku?”
„Tak! I codziennie odmawiam „Ojcze nasz” prosząc, żeby przyszło Twoje Królestwo!”
Patrzył czule… Milczeliśmy dłuższy czas.
„Chciałbym – usłyszałam w głębi serca – żebyś nadchodzący Adwent spędziła przy Sercu Maryi. Ona da Ci to, co tak bardzo pragniesz i tak bardzo potrzebujesz”.
Coś drgnęło mi w sercu. Ukochany mówił o mojej najgłębszej i najbardziej skrywanej Tajemnicy.
„Dobrze!”
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzył we mnie promiennie. Tańczę bardzo więc napiszę tylko, że rozmawialiśmy o życiu.
O tym, że staram się żyć pełnią życia. Co to znaczy? Wg mnie znaczy to cieszyć się każdą chwilą. Doceniać ją i wykorzystywać.
Moje życie wydawać się może nudne i monotonne (uziemiona 😀 na wózku). Co dzień robię to samo.
A mi się nie nudzi. Nie nuży. Przeciwnie! Cieszę się, że mogę coś robić.
Lubię się śmiać. Często się śmieję, kiedy ktoś pyta:
– Z czego się śmiejesz?
– Cieszę się, że żyję!
O tym rozmawiałam z Ukochanym. Rozmawiałam z ŻYCIEM o życiu.
Rano, w łóżku jak co dzień, układałam Madonnie bukiety.
A potem po prostu siedziałam przed Ukochanym. U Jego stóp. Siedziałam i w Niego patrzyłam. I On we mnie patrzył. Czule i promiennie bardzo…
„Uwielbiam tak siedzieć przed Tobą… Ciebie uwielbiam!”
Patrzył tkliwie.
„I Ja Ciebie uwielbiam, Promyczku!”
Siedziałam i patrzyłam… A Ukochany zanurzał mnie w Sobie.
Zmęczona i tańcząca bardzo. Ale muszę TO opisać, chociaż w skrócie. Ale muszę 🙂
Tyle łask od Ukochanego dziś otrzymałam! Tyle łask!
Rano otworzyłam Biblię na stronie, na której był obrazek Matki Bożej Pocieszenia. Uśmiechnęłam się do Niej i chwilę w Nią patrzyłam.
„Córeczko Moja i Promyku Jezusa, przyjrzyj się proszę, Mojej sukni!” – usłyszałam czuły głos w głębi serca.
Przyjrzałam się… Suknia Maryi była… cała w kwiatach! Szata Małego Jezusa także… Cała w kwiatach!
„To tylko niewielka część bukietów od Ciebie, Promyczku Mego Syna!”
Patrzyłam wzruszona…
Potem Ukochany przyszedł do mego domu. Ksiądz proboszcz odprawił Mszę Świętą u mnie w domu! Cudowne przeżycie, doświadczenie! I wielki zaszczyt!
Ks mówił, że Pan Jezus zaufał nam, mojej rodzinie bardzo, dając nam udział w Swoim cierpieniu. Że jesteśmy sercem Kościoła.
Przyjęłam Komunię pod dwiema postaciami.
Dziękowałam Ukochanemu…
„Dla Ciebie wszystko, Promyczku!”
Mój Król. Miłosierny i Sprawiedliwy. Pokorny i cichy. Cierpiący, odrzucony. Kochający. Króluje w moim małym sercu. Tak! Króluje na krzyżu.
Wypełnia me serce Pokojem i radością. Szczęściem. Mój Król. Mój Ukochany.
Idę za Nim, za moim Królem. Idę. Dźwigam mój krzyż, a nie jest on lekki (moja choroba, choroba Mamy, tato opiekujący się nami obiema. Mamą i mną). Dźwigam go, nie skarżę się. Idę za moim Ukochanym, moim Królem. On wskazuje mi drogę!
Wybaczcie, dziś krótko. Nie mam sił. Tańczę.
Od kilku dni czytam (słucham) „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do NMP” św. Ludwika Marii Grignion de Montforta. I coraz bardziej COŚ się dzieje w moim wnętrzu. Piszę „COŚ” bo dokładnie nie wiedziałam co. Spytałam Ukochanego.
„To Maryja robi w Tobie, Promyku, swoje porządki!”
Patrzył tak czule i promiennie… Zachwycony.
Dziękowałam Mu za Maryję i Jej porządki.
Wnioski z dzisiejszej rozmowy z Ukochanym:
Dzisiejszy świat nie lubi cierpienia. Więcej, nie cierpi cierpienia. Nienawidzi cierpienia, boi się go. Stara się je odsunąć, oddalić. odepchnąć od siebie. Jak najdalej. Zabić…
A Jezus cierpiał. Na Krzyżu. Cierpiał bardzo, okrutnie. I swoim cierpieniem, cierpienie wywyższył. Świat z Niego drwił…
Człowiek cierpiący jest samotny, a cierpiący z Jezusem samotny podwójnie. Ale i podwójnie szczęśliwy. Bo kiedy cierpi razem z Jezusem, skończy jak On.
I ja chcę skończyć jak Jezus. Z Nim. W Niebie. Pragnę tego, bardziej niż czegokolwiek innego.
Przez krzyż do Nieba!
Wpatrywałam się w Ukochanego tańcząca, ale uśmiechnięta. Radosna. Patrzyłam z uwielbieniem i zachwytem. On też patrzył we mnie zachwycony.
„Nie zdążę nawet pomyśleć… a Ty już to spełniasz!”
„Wysłuchuję Cię, Promyczku”.
„Dziękuję!”
„Dla Ciebie wszystko, Miła Moja!”
„Aaaa…” – pomyślałam o pewnej prośbie, którą do Niego już dłuższy czas zanoszę.
„Też tę Twoją gorącą prośbę wysłuchuję i spełniam stopniowo, jak już Ci mówiłem”.
„Tak!!!”
Uśmiechał się promiennie. I ja się uśmiechałam do Niego.
„Opowiedz Mi o kowaliku, Promyczku!”
Roześmiałam się radośnie.
„O kowaliku? Dobrze! Jak było ciepło, jeździłam wózkiem po podwórku. Zobaczyłam małego ptaszka. Piórka na plecach miał beżowe, jasno-granatowe, na brzuszku jasno-pomarańczowe. Był bardzo ładny, nie większy od wróbelka. Od Dziecka dowiedziałam, że nazywa się kowalik. Pasowała do ptaszka ta nazwa. Często widziałam jak skakał po pniu drzew, stukał w korę jak dzięcioł i wybierał coś spod kory. Zrywał też owoce jałowca, rzucał na chodnik, sam na nim siadał i skubał owoc. Wybierał miąsz, a skórkę zostawiał. Taki spryciarz!”
Uśmiechałam się do Ukochanego. On patrzył we mnie… z zachwytem.
Opowiadałam dalej:
„Obserwowałam kowalika często. Z daleka słyszałam jego charakterystyczny stukot w pień. Podjeżdżałam wtedy bliżej, siedziałam cicho i obserwowałam ptaszka. Teraz już na dwór nie wyjeżdżam, za zimno. I myślałam, że mojego małego kolegę zobaczę dopiero na wiosnę i było mi troszkę smutno. Tymczasem przedwczoraj malując, na chwilę spojrzałam w okno. I tak już zostałam, uśmiechnięta. Kowalik skakał po chodniku”.
Patrzyłam. I ON patrzył…
„To prezent od Ciebie, wiem” – szepnęłam.
„Uwielbiam patrzeć kiedy się uśmiechasz, Mój Promyczku!”