TAŃCZĘ.
Więc krótko.
„Ukochany!”
„Mój Promyczku!”
„Przyszłam posiedzieć przy Tobie…”
„Posiedź, Promyku. Odpocznij przy Sercu”.
Po dłuższej chwili:
„Kocham Ciebie Jezu!”
„Wiem, widzę, Perełko. Żeby tak tańczyć jak Ty, trzeba bardzo kochać”.
TAŃCZĘ.
Więc krótko.
„Ukochany!”
„Mój Promyczku!”
„Przyszłam posiedzieć przy Tobie…”
„Posiedź, Promyku. Odpocznij przy Sercu”.
Po dłuższej chwili:
„Kocham Ciebie Jezu!”
„Wiem, widzę, Perełko. Żeby tak tańczyć jak Ty, trzeba bardzo kochać”.
Leżałam tańcząca i rozmyślałam:
„On, Ukochany mój, nigdy nie mówi mi o złu, które jest we mnie.,. Nie mówi o moich grzechach i słabościach. Choć zna je, lepiej niż ja sama. Nie mówi. Przeciwnie! Mówi o moim pięknie!
A kiedy mówi, że jestem piękna, ja chcę, pragnę być jeszcze piękniejsza, lepsza, chcę bardziej kochać. Dla Niego, ze względu na NIEGO! Kiedy mówi o moim uśmiechu, chcę się uśmiechać się częściej. Kiedy mówi o tańcu, pragnę tańczyć bardziej. Dla Niego.
A kiedy mówi, że mnie kocha, ja… rozpływam się w Jego Miłości…”
Ucałowałam Ukochanego. Patrzył we mnie tkliwie…
„Umiłowany!”
„Perło Moja!”
Patrzyłam tańcząca. On patrzył… zachwycony.
„Piękna Córka Króla!”
Uśmiechnęłam się.
„Króla najpiękniejszego! Przecudnego!”
Promieniał.
Jeździłam wózkiem po podwórku i śpiewałam:
U sąsiadów trwa remont. Panowie, robotnicy, którzy tynkowali ścianę domu sąsiadów, słysząc śpiew, co chwilę się na mnie oglądali i patrzyli na mnie ze zdumieniem. Pewnie myśleli, że mam bzika 🙂
A mam 🙂 bzika na punkcie Ukochanego!
Ucałowałam MAMĘ. Wpatrywałam się w Nią. Ona uśmiechała się do mnie… ja do Niej.
„Mamusiu!”
„Mój Motylku, Dziecię Moje!”
Ucałowałam Ją znów. Patrzyła najczulej…
„Jaka Ty piękna, Motylku!”
„Dzięki Tobie i Twojemu Synkowi”.
„Idź do Niego, tęskni!”
Wpatrywałam się w Ukochanego. Trwaliśmy w tęsknocie i miłości… Wciąż trwamy.
TAŃCZĘ! Dla Umiłowanego tańczę. Wtulona, przytulona do Jego Serca. Współczującego, cierpiącego. Zranionego. Wtulona w Jego Serce… Tańczę! Czy może być większe szczęście i większa radość niż taniec dla Niego??? Nie!!! Tu, na ziemi nie ma większego szczęścia niż cierpieć z Cierpiącym. Dla Cierpiącego.
Tańczę otulona Jego Miłością!
Dziś usłyszałam w głębi serca, że z tańcem mi do twarzy.
Do twarzy mi z Umiłowanym!
Zmęczona jestem i tańcząca bardzo. Dźwigam swój krzyż, coraz cięższy… Dźwigam, wpatrzona w poorane plecy Ukochanego. Idę do wyznaczonego CELU.
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzył we mnie Swym spojrzeniem z Krzyża…
„Ukochany!”
„Najmilsza!”
„Przyszłam pobyć z Tobą” – uśmiechnęłam się.
„Jesteś ze Mną od rana”.
„’Tak…”
Uśmiechnął się do mnie.
„Latamy, Promyczku!”
Latam dźwigając krzyż. Z Nim, tylko z Nim to możliwe. Napisałam, że krzyż jest coraz cięższy. Po ludzku, tak. Ale z Nim latam!
Krótko.
„Tańczymy!”
Patrzył we mnie czule, bardzo czule…
„Tańczymy, Promyczku”.
Ucałowałam Ukochanego i patrzyłam Mu w oczy. Szeptał do mojego serca:
„Jestem z Tobą, Perełko. Jestem w Twym cierpieniu, w Twoim tańcu. Jestem w Twej słabości i niemocy”.
Dziękowałam.
„Tańczę dla Ciebie, mój Ukochany”.
Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył we mnie słodko, czule, promiennie…
„Cieszę się bardzo, że wstąpiłeś do Nieba i przygotowujesz dla mnie miejsce!”
Uśmiechałam się do Niego. A On do mnie.
„Już czeka, gotowe, Promyczku!”
Ucałowałam Ukochanego…
Patrzył we mnie w taki sposób, że czułam, że jestem dla Niego ważna, najważniejsza! Jedyna i piękna w Jego oczach. A jednocześnie bardzo maleńka… niemowlę. I byłam…
„Wiesz, mój Jezu, ja już teraz jestem w Niebie. Ty jesteś moim Niebem!”
Patrzył promienny. Zanurzał mnie w Sobie. I jestem w Niebie.
Ja i ON.
NIEBO.
W każdej chwili mogę przerwać pisanie. TAŃCZĘ.
Zauważyłam, że moje życie duchowe nabiera pędu. Przyśpiesza, przyśpieszyło. I coraz szybciej biegnie, pędzi wręcz! Pędzi do Ukochanego! Ja pędzę!
„Ukochany!!”
„Perło Moja!”
Patrzył we mnie promiennie, świetliście…
„Jakiś TY Piękny!”
Patrzył… zachwycony we mnie.
„Jesteś we Mnie, a Ja jestem w Tobie!”
„Ja Twoja, a Ty mój!”
Tęsknie i pędzę do Umiłowanego mojego. Pędzę!
Leżałam tańcząca i rozmyślałam… Oto wynik rozmyślań:
Może niektórych dziwi, że mam aż tyle duchowych Dzieci. Około czterdzieścioro.
Otóż każdego, za którego się modlę, czynię, a właściwie to Pan Jezus czyni, moim duchowym Dzieckiem. Kiedyś, jak byłam młodsza, myślałam, że nigdy nie będę miała ani dzieci, ani męża. I było mi, szczerze mówiąc, trochę smutno.
A tymczasem… 🙂 każda by chciała (i każda może mieć 🙂 ) TAKIEGO Męża jakiego ja mam. A Dzieci ok 40.
Pomyślałam, że rodzę swoje duchowe Dzieci. Rodzę do Życia. Rodzę przez modlitwę i taniec – ofiarę cierpienia.
Wystarczy 🙂 Tańczę bardzo. Na chwałę Ukochanego i za moje kochane Dzieci.
Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzy: we mnie czule bardzo…
„Przyszłam posiedzieć przy Tobie”.
„Posiedź, Promyku, odpocznij”.
Tak… zmęczona byłam.
Rozmyślałam o moim duchowym Dziecku, które zmarło dziś w nocy.
Patrzył we mnie tkliwie.
„O co wczoraj prosiłaś, Promyczku dla swych Dzieci?”’
„O Niebo!”
„Wysłuchałem Cię!”
Ucałowałam Go.
Później dowiedziałam się, że moje Dziecko umarło z Bogiem.