Tańczę bardzo i nie będę opisywać dzisiejszej rozmowy z Umiłowanym.
Napiszę tylko, że :
Pragnę tańczyć dla Niego w radości i szczęściu,
w bólu i cierpieniu.
W zdrowiu i w chorobie.
Tańczyć, ofiarowywać wszystko co Ukochany mi daje. Tańczyć z uśmiechem na twarzy i z Ukochanym w sercu.
Autor: Maleńka
UWIELBIENIE
Tańczę bardzo i pisać ciężko. Więc krótko.
Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył czule bardzo, bardzo czule, we mnie. Siedziałam i patrzyłam. Tańczyliśmy.
„Dobrze mi z Tobą, Umiłowany!”
„I Mnie z Tobą, Promyczku”.
Patrzył mi w oczy… Widziałam Miłość w Jego oczach… Miłość i… coś jeszcze.
„Mój Najcudniejszy… Uwielbiam Cię!”
Patrzył…
„Uwielbiam Cię, Promyczku!”
Tak… uwielbienie widziałam w Jego oczach.
Tańczę dla Niego. Cierpienie Mu ofiaruję. Uwielbiam Go.
POCIESZENIE I ZACHWYT
Noc. Leżałam zmęczona i tańcząca bardzo. Nie mogąc spać, rozmyślałam.
„Znowu będę ziewać w kościele…”- pomyślałam ze smutkiem i niechęcią – często ziewam, gdy w nocy z powodu tańca nie mogę spać… Ludzie pewnie myślą, że z nudów ziewam. A to nie tak… Głupio mi i wstyd, ale nic nie poradzę, że w nocy tańczę…”
„To też jest Twój krzyż, Promyczku”- usłyszałam w głębi serca.
„Tak…”- uśmiechnęłam się do Ukochanego.
Był ze mną. Tańczył ze mną. Moje małe, biedne serce wypełniła wielka radość, szczęście i światło. Tak, że powiedziałam prawie na głos:
„Jakże piękny jest mój krzyż! Jakże piękny!”
„Piękny, Promyku! A tym co myślą ludzie nie martw się i nie przejmuj. Ja wiem jak jest. Wystarczy”.
Dziękowałam… Pocieszył mnie bardzo. Bardzo!
Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył we mnie promiennie. Rozmyślałam o Tajemnicy Trójcy Świętej.
„U Nas, w Trójcy trwa nieustanny Taniec. Nieustanne dawanie, ofiarowywanie. I Ty łączysz się z Nami, swym tańcem”.
Patrzyłam zachwycona…
LATAMY
Tańczę bardzo, ale spróbuję.
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Promiennie we mnie patrzył… słodko. Ucałowałam Go.
„Ukochany!”
„Najmilsza Moja!”
„Przyszłam pobyć z Tobą…” – szepnęłam.
„Od rana ze Mną jesteś, Promyczku!”
Uśmiechnął się do mnie, a ja do Niego.
„Latamy, lataliśmy!”
Rano, jak zwykle, układałam bukiety Madonnie. Nagle ogarnęła mnie Boża Obecność. Latałam.
„Latamy, Promyku!”
Zanurzał mnie w Sobie…
WĘZEŁ, ZASŁONA I TĘSKNOTA
Po przeczytaniu dzisiejszej Ewangelii, wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. Patrzył we mnie czule i promiennie bardzo… Bardzo. Patrzył mi w oczy, Jego spojrzenie przenikało mnie na wskroś, na wylot…
„Ukochany!”
„Perło Moja!”
Ucałowałam Go. A On szeptał do mojego serca:
„I nas, Promyku, łączy węzeł. Węzeł Miłości i cierpienia”.
Byłam pewna, że w tej właśnie chwili pochyla się nade mną i tuli mnie do Swego Boskiego Zranionego Serca… Znów zatęskniłam…
„Zasłona zostanie zdarta i wtedy zobaczysz wszystko takim jakie ono jest”.
„I pewnie się zdziwię…”
Uśmiechnął się tajemniczo.
„Nawet nie wiesz jak bardzo się zdziwisz, Mój Promyczku!”
Zatęskniłam jeszcze bardziej…
MISTERIUM MIŁOŚCI
Rano. Malowałam. Przyjechało na wózku do pokoju moje Dziecko. Chciało zobaczyć obraz, który malowałam. Podjechało do mnie a ja odchyliłam się znad obrazu. Dziecko z trudem wstało z wózka, chciało lepiej widzieć.
– Pięknie!
– Cieszę się!
Dziecko, moje kochane Dziecko zaczęło mnie tulić do siebie…
– Cudnie! Tak misternie… Misterium!
Nagle… wciąż przytulona, usłyszałam, że mojemu Dziecku zaczyna się łamać głos, że zaczyna płakać…
– Kochanie… ty płaczesz? – spytałam miękko, chcąc żeby moje Dziecko się uśmiechnęło powiedziałam wesoło, z humorem: – jakby było brzydko, wtedy mogłabyś płakać, a jak jest ładnie to trzeba się cieszyć! Nie płacz..
Dziecko roześmiało się przez łzy i szybko je otarło.
– Masz rację!
Jeszcze raz mnie do siebie przytuliło. Pocałowałam Je.
– No, masz racje!
Śmieliśmy się i ja i moje Dziecko.
Wpatrywałam się w Umiłowanego. A On patrzył we mnie. I tak trwaliśmy w Miłości, tańcu i milczeniu.
„Misterium to jest teraz… – pomyślałam uśmiechając się do Ukochanego.
Patrzył czule, bardzo czule… Zatapiał mnie w Sobie.
„Wtedy też było, Mój Promyczku”.
Uśmiechnęłam się radośnie. Do Niego. Patrzył świetliście. Płomiennie.
„Misterium miłości, Promyku!”
Patrzyłam w Niego i patrzyłam… Zapatrzył mnie w Sobie. Jaśniał, promieniał, błyszczał, świecił…
„Ukochany!”
„Mój Motylku!”
A ja?
Ja byłam w Jego świetle.

ŻYCIE
Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył we mnie promienny bardzo.
„Przyszłam posiedzieć przy Tobie, Jezu – uśmiechnęłam się do Niego – długo malowałam. a teraz przyszłam przy Tobie posiedzieć, pobyć z Tobą”.
„Jak malowałaś to też ze Mną byłaś, Promyczku!”
Uśmiechnęliśmy się do siebie nawzajem jednocześnie.
„To prawda… A Ty ze mną!”
Patrzyliśmy chwilę w milczeniu. On we mnie, a ja w Niego.
„Cierpisz, Mój Promyczku”.
„Tańczę. Ale Ty za mnie… tańczyłeś i wciąż tańczysz… o wiele, o wiele bardziej niż ja. I ja chcę tańczyć dla Ciebie. Bo mnie kochasz”.
Po chwili dodałam:
„Jak bardzo mnie kochasz! Jak bardzo!”
„Nad śmierć, Promyku!”
Patrzyłam Mu w oczy.
„Jesteś Życiem, sam siebie nazwałeś Drogą, Prawdą i Życiem. Wiesz… nie znam się na atrybutach, które powinny mieć Aniołowie, żeby było wiadomo, że to Ty jesteś. Więc namaluję, spróbuję namalować Życie”.
Patrzył promienny.
„Namaluj Życie, Promyczku!”
MOJA MODLITWA
„Maluję nowy obraz, wiesz?” – uśmiechnęłam się do Ukochanego. Patrzył we mnie dziwnie… z zachwytem. Uśmiechając się tajemniczo.
Roześmiałam się serdecznie.
„Ja się Ciebie pytam czy wiesz, a to przecież TY malujesz!!”
Patrzył… a ja rozmyślałam:
„Ten obraz dziwny jakiś… tajemniczy. A jednocześnie bliski bardzo… bardzo.. Z głębi serca. Sam mi się namalował, usiadłam i namalowałam, od razu, bez poprawek. Trzech Aniołów i motyla. Motylek usiadł na dłoni jednego Anioła, a oni – Aniołowie, wpatrują się w niego. Jednak…”
„Tak, Mój Motylku?”
„Jednak… gdybyś mnie spytał jaki jest tytuł obrazu, ani co konkretnie przedstawia… nie umiałabym Ci odpo…”
Przerwałam nagle. On, Ukochany wciąż patrzył z uśmiechem.
„”Motylku??” Tak mnie nazywa Twoja MAMA. I Ty teraz…”
Ukochany patrzył we mnie rozczulony.
„Promyczku, TO my jesteśmy!”
„MY???!”
„Ty i Ja. Zachwycam się Swym stworzeniem!!”
Patrzę i On patrzy.
Olśnienie!!!
Namalowałam właśnie TĘ sytuację. Moją modlitwę namalowałam/ maluję!
ON maluje!
Patrzyłam. Oczy mi błyszczały. Zachwycony maleńki motylek usiadł na Dłoni swego Ukochanego… A ON patrzył we mnie z zachwytem. Mój Bóg, Ukochany mój, w postaci Trzech Aniołów.
Moja modlitwa.

ZASZCZYT
Zmęczona i tańcząca bardzo, wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. W milczeniu. I On patrzył we mnie. W milczeniu. I miłości… Trwaliśmy tak dłuższy czas.
„Ukochany…”- szepnęłam w końcu.
Patrzył tkliwie.
„Tulę Cię do Serca, Promyczku!”
„Wiem…- ucałowałam Go – dziękuję!!!”
„Nie dziękuj, to dla mnie zaszczyt”.
„To raczej dla mnie zaszczyt, że mogę tańczyć dla Ciebie!”
Patrzył czule… a ja czułam się jak sługa, któremu Pan umywa nogi…
WOLA, JEGO WOLA
Tańczę bardzo, ale spróbuję.
Patrzył we mnie promienny, świetlisty…
„Ukochany,Skarbie mój!”
„Perło Moja najmilsza!”
Patrzyłam zachwycona.
„Wielki, potężny, wszechmocny Bóg pochyla się z czułością i miłością wielką nade mną, prochem i pyłem, niczym, nazywa 'Perłą najmilszą. I bardzo, bardzo uszczęśliwia! Bardzo!”
Ucałowałam Go.
„Dziękuję!!!”
Ucałowałam raz jeszcze.
„Dziękuję!”
„I Ja Ci dziękuję, Promyczku”.
Patrzyłam zdziwiona…
„TY?”
„Za to, że pozwalasz Mi się pochylać nad Tobą”.
„Chodzi Ci o wolną wolę, tak?”
„Tak!”
„Moja wolna wolna wola nie jest moja. Jest Twoją. Należy do Ciebie, więc jest Twoją!”
Patrzył… uszczęśliwiony… Promienny.