Malowałam Ukrzyżowanego, Umiłowanego mojego. Dziwnie mi się malowało… Dlaczego? Malowałam tańcząc. Cierpiąca malowała Cierpiącego. Nie to jednak było dla mnie dziwne. Patrzyłam w ten portret, szkic… i ja Go znałam! Znałam! On był we mnie. Ukryty w moim sercu. Na dnie. I teraz wydobywam ten portret. Na zewnątrz. Ukazuję Go… Jego Oblicze. Na płótnie. To bardzo trudne dla mnie, osobiste, intymne. Malując, patrzyłam… Tak bardzo mi jest bliski. Tak bardzo! Dla niektórych odległy i wstrząsający, dla innych piękny. Dla mnie bliski. Umiłowany mój. Pomyślałam, że malując Go i ja się odkrywam… Ujawniam jakim Go widzę.
Wpatrywałam się w Ukochanego… Patrzył we mnie słodko. Ucałowałam Go i uwielbiałam. Tańczyłam.
„Czym jest dla Ciebie cierpienie, Promyczku?”
„Darem od Ciebie!”
Patrzył. A potem stało się coś czego nie potrafię opisać słowami. Mówił do mego serca… ale nie słowami. Sercem do serca. Tańczył ze mną! Nie potrafię opisać…
Ale wiem jedno. Cierpienie to łaska. Wielka łaska. Cierpienie z NIM.

