Leżę już w łóżku. Zmęczona i obolala. Tańcząca. W ramionach Ukochanego. Pana Jezusa. Przy Jego zranionym Sercu. On mnie tuli do Siebie, do Serca. Jak matka niemowlę. Nie wiem czy zasnę, tańczę bardzo. Jednak to nie ważne. Bez znaczenia. Ukochany jest przy mnie, to najważniejsze. On, tyko On jest najważniejszy. A cierpieć dla Niego to zaszczyt. Tak, zaszczyt! I słodycz. Słodycz. Patrzę na krzyż. Na nim Umiłowany. Cierpiący bardzo. Jedna wielka Rana. Przytulam się do Niego i nic więcej dla mnie nie istnieje. On. Słodyczy moja.
Autor: Maleńka
ONIEŚMIELA I POCIĄGA
Wpatrywałam się w Ukochanego… Patrzyłam i patrzyłam. I On wpatrywał się we mnie. Promiennie, jasno, z zachwytem. Olśniewał mnie. Oświetlał.
Byłam w Nim, w Jego Świetle i Miłości.
Patrzył z takim zachwytem we mnie…
„Umiłowany…!”
„Perełko!”
„Przyszłam posiedzieć… u Twych Stóp”.
„Posiedź!”
Patrzył we mnie… z uwielbieniem…
„Onieśmielasz mnie, kiedy tak we mnie patrzysz…”
Uśmiechał się do mnie i patrzył bardziej jeszcze… Jego spojrzenie… pociągał ku Sobie. Chciałam być bliżej, bliżej i bliżej. Przyciągał mnie do Siebie, Swoim spojrzeniem.
„Jednocześnie uwielbiam jak tak we mnie patrzysz”.
Patrzył promienny. Zanurzał mnie w Sobie.
„Oblubienico Moja!”
„Tak? Słucham, Ukochany?”
„Odnówmy nasze Śluby!”
„Tak!”
Usłyszałam w głębi serca:
„Cały Twój i cały dla Ciebie, na wieki, Promyczku!”
„”Cała Twoja i cała dla Ciebie, na wieki!”
Patrzył jasny, promienny i ja rozpromieniona, JEGO Miłością. Onieśmielona i pociągnięta. 😀
”CHCĘ CIĘ WIDZIEĆ W KOŚCIELE!”
Dziś będzie dłużej, 🙂 dłuższa notka.
Dziś mój ksiądz proboszcz chodził z Panem Jezusem do chorych. Miał być u mojego Dziecka. Kilka dni temu postanowiłam poprosić księdza, żeby mnie wyspowiadał.
Rano przygotowałam się do spowiedzi. Wylewałam przed Ukochanym swoje serce, żałowałam, przepraszałam Go…
Wpatrywałam się Umiłowanego. Patrzył we mnie uśmiechnięty, promienny.
„Chcesz przyjść do Źródła Miłosierdzia Mojego, Perełko! Czekam na Ciebie z wielką radością i utęsknieniem!”
„Tak! Chcę przyjść, dziękuję, że mogę!”
Patrzył bardzo czule… Zapatrzyłam się w Niego…
Uśmiechałam się do Umiłowanego.
„Czekam na księdza”.
„Przyjdzie”.
Przyszedł. Uśmiechnięty, radosny. Wyspowiadał mnie, rozgrzeszył. Przyjęłam Jezusa do serca.
Potem spytał, wciąż uśmiechając się do mnie:
– A co u ciebie, Moniko? Wczoraj nie widziałem cię w kościele.
– Chora jestem.
-Oj! To zdrowiej szybko! Chcę cię widzieć w kościele! – zaśmiał się – Jak najszybciej! Zdrowiej!
Uśmiechnęłam się
– Dziękuję! Dobrze!
Położył rękę na moim ramieniu i… poszedł.
Trwałam w dziękczynieniu, w uwielbieniu… wpatrzona w Umiłowanego.
„Jakiś Ty bliski, jaki miłosierny, jaki dobry.Jaki bliski…!”
Patrzył we mnie rozpromieniony!
„Jaka Ty piękna, Promyczku!
Ja też patrzyłam w Niego promienna.
„Tak! Jestem piękna, czysta, niewinna. Dzięki Tobie, Ukochany! Ty mnie upiększasz, oczyszczasz i uniewinniasz. Ty!’
Uśmiechałam się do Niego i On do mnie.
Pomyślałam o księdzu proboszczu.
„Chce mnie widzieć w kościele. Jak najszybciej!” – uśmiechałam się.
Patrzył we mnie czule…
„On mówił w Moim imieniu, Promyczku!”
„Tak…!”
Olśnienie!
„To Ty chcesz mnie widzieć!!??”
„Tak! Czekam na Ciebie i tęsknię!”
„Ja też tęsknię! Jak tylko wyzdrowieję to przyjdę do Ciebie!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem. Długo. Z miłością.
DUSZO CHRYSTUSOWA…
Dziś nie będę opisywać mojej rozmowy z Ukochanym. Sił nie mam. Umieszczam tylko tę piękną modlitwę:
Duszo Chrystusowa, uświęć mnie.
Ciało Chrystusowe, zbaw mnie,
Krwi Chrystusowa, napój mnie.
Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
Męko Chrystusowa, pokrzep mnie.
O dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
W ranach swoich ukryj mnie.
Nie daj mi z Sobą rozłączyć się.
Od złego wroga obroń mnie.
W godzinę śmierci wezwij mnie.
I każ mi przyjść do siebie,
Abym z świętymi Twymi chwalił Cię,
Na wieki wieków. Amen.
ROZPIESZCZANIA cd…
Wpatrywałam się w Ukochanego… Patrzył jasno i przenikliwie. I bardzo czule.
„Mój aniołku!”
„Aniołku?” – pomyślałam, że to już przesada! Że na wyrost! Że do bycia aniołem baaaaardzo dużo mi brakuje…
On jednak… wciąż patrzył bardzo czule.
„Pamiętasz, Promyczku? Już ktoś tak o Tobie mówił”.
„Tak! Moja Babcia. Jak byłam mała brała, sadzała mnie na kolanach, przytulała i mówiła: 'mój aniołku’. Ale dawno to było”.
Ukochany uśmiechał się do mnie.
„Skoro Ona mogła tak o Tobie mówiła, to o ile bardziej Ja mogę, prawda?”
„Tttak” – wymamrotałam.
Uśmiechał się…
„Promyczku, Ja znam Ciebie, znam Twoje serce. Mój Ogród. Piękny Ogród, w którym odpoczywam”.
„Cieszę się!”
Wciąż mnie rozpieszcza…
BYLE Z NIM!
Tańcząca i przymulona 🙂 działaniem antybiotyku, wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył we mnie tkliwie…
„Umiłowany!”
„Córeczko Moja kochana!”
Uśmiechnęłam się do Niego.
„Rozpieszczasz mnie, Panie Jezu…” – szepnęłam.
Uśmiechnięta patrzyłam w Niego.
„Jesteś Moim dzieckiem, Promyczku, więc Cię rozpieszczam!”
Też uśmiechał się do mnie. Promiennie.
„Starym dzieckiem… – pomyślałam – ale wiesz? ja nie czuję się stara. Przeciwnie! Czuję się jakbym miała 18 lat, a nawet mniej!”
„Im starsza, tym młodsza!” – usłyszałam w głębi serca.
Tak!
Im starsza, tym młodsza!
Wpatrywałam się w Umiłowanego mojego. A On patrzył we mnie. I tak trwaliśmy zapatrzeni w siebie nawzajem.
Rozpływałam się w Nim. W Miłości. Byłam dzieckiem, w Jego Rękach.
Teraz jestem chora. Szczerze mówiąc wszystko mi jedno, czy jestem chora, czy zdrowa. Czy cierpię mniej, czy bardziej. Obojętne mi to.
Zdrowa – dobrze, chora – dobrze, słabsza – dobrze, silniejsza – dobrze, tańcząca bardzo – dobrze, tańcząca mniej – dobrze.
Zawsze dobrze. Wszystko dobrze. Bo wszystko otrzymuję od Niego. A ON wie co akurat jest dla mnie dobre.
Zawsze dobrze. Byle z Nim!
MOJE SZCZĘŚCIE
Właśnie wróciłam od lekarza i bardzo zmęczona i tańcząca jestem. Więc dziś /też/ krótko.
Wpatrywałam się w Niego. Patrzył bardzo czule, tkliwie…
„Ukochany, Najmilszy!”
„Oblubienico Moja!”
„Tańczę!”
„Tańczysz! Przed Moim Tronem, tańczysz, Promyczku!”
Uśmiechnęłam się do Niego. Cieszyłam się, po prostu…
Patrzył promienny.
„Jakaś Ty piękna, cierpisz, a radosna jesteś. Szczęśliwa!”
„Oblubienica pragnie się podobać swemu Ukochanemu!” – szepnęłam uśmiechnięta. A po chwili dodałam:
„Ty jesteś moim Szczęściem!”
Długo wpatrywałam się w moje Szczęście…
IM MNIEJ, TYM WIĘCEJ
Nie mam sił pisać. Jednak chciałam, choć troszkę. Ciut 🙂
Nie będę dziś opisywać modlitwy, rozmowy z Ukochanym moim. Zresztą jakbym chciała, nie wiedziałabym jak. Po prostu siedziałam i w Niego patrzyłam. Byłam w Miłości.
Zmęczona, tańcząca bardzo, ale szczęśliwa. Bardzo, bardzo. I nic i nikt nie jest w stanie tego szczęścia zakłócić, zabrać. Nic. Ani cierpienie, ani choroba, ani ból. Nic! Dlaczego?
Bo ON mnie kocha.
Dlatego.
On jest dla mnie najważniejszy. On, mój Mistrz i Oblubieniec. Jest wszystkim. Życiem moim, powietrzem. Tlenem. Pokarmem. Jest TAK bliski. Najbliższy. Najczulszy.
Umiłowany mój.
Dla NIEGO tańczę. I żyję w Nim. I dla Niego.
Nie wiedziałam, że „aż” tyle napiszę 🙂 Naprawdę. Nie mam sił. A im mniej sił mam tym więcej mogę. To niepojęte dla mnie, dziwne bardzo… Ale tak jest. Możecie mi wierzyć, lub nie. Ale tak jest. Im mniej, tym więcej.
To dzięki NIEMU, wiem.
OBOJE…
Tańcząca wpatrywałam się w Ukochanego.
„Umiłowany, Najdroższy!”
Patrzył we mnie z wielką miłością…
„Perełko!”
Patrzyłam w Niego uśmiechnięta. I On był uśmiechnięty.
„Posiedź przy Mnie – usłyszałam w głębi serca.
Uśmiechnęłam się do Niego jeszcze bardziej i pomyślałam, że dlatego, że po to przyszłam.
„Jak mogę Cię ucieszyć, usłu…”
Przerwał mi:
„Raduję się gdy widzę Twój uśmiech, Promyczku. A służysz Mi…”
Teraz ja Mu przerwałam.
„Chociaż tak mogę…”
Patrzył we mnie tkliwie. Jakby nie słyszał mojego ostatniego zdania.
„A służysz Mi czymś więcej niż uśmiech. Służysz Mi tańcem, przyjęciem cierpienia. Służysz Mi miłością”.
Ucałowałam Go serdecznie. W tej chwili ktoś zajrzał do mojego pokoju.
Roześmiałam się.
„A, niech widzą! Niech widzą, że Cię kocham!”
„Widzą, Promyczku!
Patrzyliśmy w siebie nawzajem. Długo. On jaśniał, promieniał. A ja… jaśniałam w Jego Świetle, promieniałam w Jego Promieniach…
„Oboje uśmiechnięci… Oboje cierpiący… – pomyślałam.
„Oboje ukrzyżowani, Promyczku!”
BĘDĘ!
Wpatrywałam się Ukochanego… Patrzył we mnie czule, bardzo czule.
„Przyszłam posiedzieć…” – szepnęłam uśmiechając się do Niego.
„Posiedź, Mój Promyczku!”
Patrzyłam…
„Wiesz Ukochany, tak dziś rano pomyślałam, że wczorajszą notką mogłabym zakończyć pisanie bloga”.
Patrzył wyczekująco, a ja mówiłam dalej:
„To, co wczoraj napisałam, całkowicie opisuje moje życie, wiarę. Jest kwintesencją mojego życia. Nic dodać, nic ująć”.
Patrzył czule.
„Tak. Masz rację, mogłabyś skończyć pisanie”.
„Mogłabym. Ale będę dalej! Dla Ciebie! – roześmiałam się serdecznie.
Patrzył… bardzo czule.
„Promyczku, nie musisz słyszeć Mojego głosu, prawda?”
„Prawda, nie muszę Cię słyszeć, nie muszę słyszeć głosu w sercu, żeby Ci wierzyć”.
Uśmiechał się do mnie i ja do Niego.
„Nie piszesz dla siebie, ani nawet dla Mnie. Piszesz dla innych”.
„I będę!”
Patrzył tkliwie… Zapatrzyłam się w Niego, w Ukochanego mojego…
„Cierpisz bardzo, Perełko”.
„Cierpię. ale… dziś piątek. Nasz piątek, Umiłowany!”