Wpatrywałam się w Ukochanego. On patrzył we mnie jasno, pogodnie.
„Przyszłam posiedzieć u Twoich Stóp”.
„Posiedź, Promyczku”.
„Odpocząć przyszłam….”
Patrzył promiennie rozumiejąc wszystko.
Długo malowałam precyzyjnie i byłam zmęczona. Ale zadowolona. Wygląda na to, że mój eksperyment się udaje.
„Dziękuję Ci, Umiłowany za to, że mogę malować, że umiem. Dziękuję za talent. Malowaniem sprawiasz mi wiele radości! Bardzo wiele radości mi sprawiasz!”
„Sobie również, Perełko!”
Roześmiałam się serdecznie!
„No tak! Sobie też! Jasne!”
Uśmiechaliśmy się do siebie nawzajem….
„Napiszę o tym, jeśli pozwolisz?”
„Napisz!”
Więc piszę.
Od zawsze podobały mi się ikony. Uwielbiam je. Jest w nich jakaś wielka tajemnica, mistyka… Czytanie ich skłania do modlitwy, kontemplacji, zamyślenia. W nich jest Bóg…
Zawsze też chciałam takie ikony pisać. Jednak z powodu ograniczeń malowałam obrazy ikonopodobne na płótnie. Ale to jeszcze nie było to, o co mi chodziło. Brakowało złoceń, prawdziwego złota. A przecież w prawdziwych ikonach było go bardzo dużo. Aż kapały od złota.
Długo myślałam co z tym zrobić. I wymyśliłam! Będę mieszać złoty akryl i olej. Eksperymentować. I eksperymentuję! I sprawia mi to wielką radość! I choć moje obrazy nie przypominają prawdziwych ikon, ma to swoje plusy. Jakie? Nie muszę trzymać się sztywno kanonu, jaki stosują ikonopisarze. Mogę malować po swojemu, w swoim stylu. Poszaleć sobie 🙂 I szaleję! Z wielką radością!
