Po odmówionych modlitwach, leżałam i uśmiechałam się do Ukochanego, który odpoczywał w moim sercu.
Naszła mnie myśl, żeby oddać siebie Maryi.
„Mamusiu, oddaję Ci siebie. Moje serce i umysł, duszę i ciało. Oddaję moje myśli i pragnienia. Najskrytsze tęsknoty, marzenia. Moje cierpienie, ból. Mój grzech Ci oddaję! Przyjmij mnie, proszę!”
Usłyszałam cichy, czuły głos kobiety:
„Córeczko! Tak czekałam, aż Mnie o to poprosisz! Tak czekałam! Promyczku Mojego Syna i Mój Promyczku!”
Uśmiechałam się do Niej.
„Jak ONA wygląda..? – pomyślałam, nadal się uśmiechając.
I od razu… znalazłam się na wielkiej łące. Zboże, błękitne niebo i ogromne słońce. Nagle… zobaczyłam małego motyla. Małego, białego… jego skrzydełka były prawie przeźroczyste. Był bardzo kruchy i delikatny… nie potrafię opisać tego co czułam. Zrobiło mi się miękko w sercu… Tak, miękko! Najtkliwsze uczucia do tego Motylka rodziły się w moim sercu. Wiedziałam, że to ONA! Maryja! Oddałabym życie, żeby Jej nie skrzywdzić, nie zranić…
Motyl szybował po niebie. Był CUDNY!!! Szybował, wirował, krążył, co chwilę znikał w słońcu. Jego skrzydełka odbijały światło słoneczne. Był, jak pisałam, bardzo mały, kruchy i delikatny a jednocześnie silny… Wirował, wirował, aż znikł w słońcu.
Potem dowiedziałam się, że dziś święto Matki Bożej Bolesnej…
Patrzył we mnie z wielką Miłością.
„Promyczku, dziś oddaję Cię Mej Matce za Córkę. A Tobie Ją daję jako Matkę”.
Znalazłam się pod krzyżem. Obok mnie była Maryja.
A ON mówił:
„Oddaję Cię najlepszej, najczulszej Matce. Oddaję tej, która wie co to cierpienie, ból, krzyż. Która wie co to szczęście, radość, miłość. Oddaję w JEJ ręce, w jej Serce. Ona tuliła Mnie do swego Serca. Teraz będzie tulić Ciebie, Promyczku”.
Dziękowałam…