Wpatrywałam się w Ukochanego… Patrzył we mnie świetliście, promiennie.
„Dziecino Moja, córeczko!”
„Już dawno nikt tak do mnie nie mówił…”- szepnęłam uśmiechając się do Niego nieśmiało.
„Ja będę tak Cię nazywał, jeśli chcesz”.
„Chcę…! Jestem przecież Twoim dzieckiem”.
Uśmiechał się czule.
„Moją kochaną córeczką!”
Zaczęłam nucić dziecinną piosenkę „Dzieckiem Bożym jestem ja!”. Przerwałam i roześmiałam się serdecznie.
„Wczoraj śpiewałam mamie piosenki religijne. Prosiła, żebym jej pośpiewała, więc śpiewałam. Fałszowałam, ale mamie się podobało, mówiła, że ładnie!”
Wciąż się śmiałam.
„Pięknie śpiewałaś, Promyczku!”
„Pięknie? Przecież fałszowałam jak…!”
„Kiedy fałszowałaś, śpiewałaś najpiękniej!”
Uśmiechał się promiennie, a ja zdumiona, patrzyłam pytająco.
„Bo wtedy śpiewałaś sercem, Promyku!”
Uśmiechałam się rozpromieniona, On szeptał:
„Boże dziecko śpiewa sercem”.
Autor: Maleńka
UCZY!
Leżałam już w łóżku, zmęczona i tańcząca bardzo.
„Pójdź za Mną, Promyku!” – usłyszałam w głębi serca.
„Idę, Ukochany! ”
„Wisisz ze Mną na krzyżu”.
Nie mogłam spać, więc rozmyślałam o Umiłowanym, o Jego Miłości do mnie. Potem zaczęłam układać bukiety Madonnie.
Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył… tkliwie.
„Ucz mnie Cię naśladować, Panie Jezu!”
„Naśladujesz Mnie, Promyczku. Bierzesz swój krzyż i idziesz za Mną”.
Patrzył czule bardzo.
„Ucz mnie łagodności, delikatności, czułości, pokory i cichości. Ucz mnie… spojrzenia z Krzyża”.
Patrzę. I On patrzy… promiennie.
„Uczę!” – słyszę w głębi serca.
Dziękowałam… całowałam Go i dziękowałam.
MILCZENIE
Wpatrywałam się w Ukochanego. A On patrzył we mnie. Spojrzeniem z Krzyża. Siedziałam i patrzyłam i patrzyłam… wpatrywałam się. Umiłowany patrzył we mnie…
„Uwielbiam tak siedzieć przed Tobą… przy Tobie”.
„Posiedźmy więc, Promyczku!”
Siedzieliśmy w milczeniu…
Otulał mnie Sobą.
WYSTARCZY PRZYJŚĆ
Nie będę dziś opisywać mojej rozmowy z Umiłowanym. Zmęczona jestem. Jednak… 🙂
Wciąż mnie podnosi… Umiłowany. Mój Umiłowany. Nie liczy moich upadków, grzechów, błędów. Liczy ile razy się z nich podniosę. Przychodzę do Niego, korzę się, przepraszam i proszę o wybaczenie. Nawet nie zdążę poprosić! On wyciąga, otwiera ramiona. I tuli mnie do Serca. I cieszy się! Bardzo cieszy! Szaleje z radości! Z czego? Że do Niego przyszłam. Że pozwoliłam Mu się… podnieść. Wystarczy… przyjść… i Mu pozwolić. A wtedy… szaleństwo Miłości, Miłosierdzia! Szaleństwo! Tak!!!
Szaleje, cieszy się mną. Bierze mnie w ramiona i tańczy! I ozdabia mnie. Łaskami! A ja pięknieję! Patrzy we mnie z miłością większą niż miłość najlepszego ojca i matki! Z miłością Oblubieńca!
I szepcze do mego serca… Nazywa mnie swoją Perełką, Promyczkiem, Wybranką Swego Serca… A ja pięknieję! Jego pięknością.
Wystarczy przyjść…
Właśnie przed chwilą przeczytałam na Facebook’u:
„Obejmując nas, Bóg nie oczekuje od nas czystego serca.
Nawet jeśli wrócimy tylko dlatego, że podążąnie za
pragnieniami nie przyniosło nam szczęścia, Bóg nas przyjmie.
Nawet jeśli wrócimy tylko dlatego, że bycie chrześcijaninem przynosi nam więcej pokoju, niż bycie poganinem, Bóg nas przyjmie.
Nawet jeśli wrócimy tylko dlatego, że nasze grzechy nie dały nam aż takiej satysfakcji, na jaką liczyliśmy, Bóg nas przyjmie.
Nawet jeśli wrócimy tylko dlatego, że nie potrafiliśmy sami sobie dać rady, Bóg nas przyjmie.
Miłość Boga nie wymaga żadnych wyjaśnień na temat tego, dlaczego wracamy. Bóg cieszy się, że znów jesteśmy w domu, i chce nam dać wszystko, czego pragniemy, tylko za to, że wróciliśmy”.
[ Henri Nouwen ]
Miałam nie opisywać rozmowy z Ukochanym. Jednak ją opisałam.
🙂
BRZEMIĘ, JARZMO I PREZENTY
Wpatrywałam się w Umiłowanego. Patrzył we mnie promiennie i czule bardzo…
„Najdroższy, Ukochany!”
„Perło Moja!”
Ucałowałam Go.
„Przyszłam posiedzieć przy Tobie!”
„Posiedź, Promyku! Cieszę się gdy przychodzisz!”
Uśmiechnęłam się do Niego.
„A ja cieszę się, że mogę przychodzić. Przychodzę do Ciebie z balastem codziennych spraw, problemów. Zrzucam je przed Tobą, Tobie oddaję”.
Patrzył… tkliwie.
„Noszę je z Tobą, Promyczku!”
Patrzył, a Jego spojrzenie mówiło: „Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. ”
„Tak! Twoje jarzmo jest słodkie i brzemię słodkie! Widzę to!”
Patrzyliśmy w siebie nawzajem… długo.
„Wiesz, Panie Jezu, widziałam dziś wiewiórkę! Taka ruda! Aż czerwona. Skikała po drzewie!”
Patrzył uśmiechnięty.
„To Mój prezent dla Ciebie, Promyku!”
„Cudny prezent, Ukochany! Dziękuję!”
Po chwili spytałam:
„I kowalik i sikorki i dzięcioł to też prezenty od Ciebie, prawda?”
Uśmiechał się czule… 🙂
„Cieszę się, raduję gdy widzę jak się cieszysz, Promyczku, gdy je zobaczysz, gdy Ci je pokazuję!”
Roześmiałam się serdecznie.
WÓZEK
Wpatrywałam się w Ukochanego. Patrzył we mnie czule bardzo…
„Wiesz, zmęczona jestem tym…” – westchnęłam wspominając wydarzenia dwu minionych dni.
„Jeszcze troszkę, Promyczku, już będzie dobrze. Opowiedz Mi o tym, proszę”.
Zaczęłam opowiadać…
Jako osobie niepełnosprawnej raz na 4 lata należy mi się wózek inwalidzki (zwykły), za darmo. Nigdy wcześniej z tego „przywileju” nie korzystałam. Teraz postanowiłam skorzystać. Mój stary wózek jest już sfatygowany na skutek używania. Dwa razy pękł i był spawany. Podnóżek jest poluzowany i sam opada, raniąc mi stopę. Postanowiłam zmienić wózek na nowy. Procedury takiej zmiany są skomplikowane i długie. Lekarz rodzinny daje skierowanie do ortopedy (kolejki, czekanie). Ortopeda wypisuje skierowanie na wózek i specjalne kody. Potem trzeba iść do NFZ-tu, żeby zatwierdził refundację. A potem do sklepu medycznego, wybieranie modelu wózka, mierzenie itp. I tu się zatrzymam na dłużej. Znajomy (też na wózku) polecił, żebym wybrała wózek mobilny, miał być lżejszy od zwykłego i łatwiej miało się go pchać „prawie sam jedzie’. Postanowiłam więc wybrać taki, mobilny.
Do sklepu/salonu medycznego jeżdżę z tatą. Za pierwszym razem panowie dali mi dokumenty dla lek ortopedy. Za drugim, wybieraliśmy model wózka, od „a” do „z”. Ramę, opony (zwykłe, albo pełne, czy bardziej wytrzymałe na przebicia), siedzisko, oparcie, kolor). Kolor ramy wybrałam „tuti fruti” czyli pomarańczowy.
– Ale zaszalałaś! – zaśmiał się pan, który pomagał mi wybierać części do wózka – z daleka cię będzie widać!
– A tak! – też śmiałam.
Potem było mierzenie. Tym razem panowie przyjechali do mnie do domu. Pomierzyli mnie i stary wózek. Wydawało mi się, że pobieżnie, ale nic nie mówiłam. Przecież się znają.
Na wózek czekałam ok 6 tygodni.
Przedwczoraj byłam go odebrać. Kiedy usiadłam na niego, miałam odczucie, że jest na mnie za mały, za ciasny.
„Wydaje mi się” – pomyślałam.
W domu też tak czułam, że za ciasny. Czułam się ściśnięta, jak w kokonie. Zaczęły boleć mnie plecy.
” Nowy wózek, muszę się do niego przyzwyczaić. Zobaczę jutro, będzie lepiej.”- pomyślałam.
Na drugi dzień było gorzej. Plecy bolały coraz bardziej. Powiedziałam rodzicom, że mnie ciśnie. Wtedy tato wziął miarę i okazało się, że wózek jest węższy od starego. O 6 cm!
Pojechaliśmy wózek reklamować. Panowie bez problemu go przyjęli. Musiałam wybrać inny wózek. Tym razem wybrałam podobny do starego, zwykły, nie mobilny.
Kolor 🙂 „szampański”, tzn srebrnobrązowy.
– A ten – powiedział szef salonu wskazując na wózek, który im oddałam – damy komuś innemu. Chociaż może być trudno, bo tylko artysta może wybrać taki kolor!
Na ” szampański” wózek będę czekać ok 2 tygodnie.
W JEGO CHWALE
W nocy obudziłam się i nie mogłam zasnąć, tańcząca. Uśmiechnęłam się do Ukochanego, zrobiłam MU miejsce na łóżku. Zaczęłam układać bukiety Madonnie.
A teraz tańczę dla Niego 🙂 Na Jego chwałę.
Kilka dni temu jeździłam na mojej „rakiecie” po podwórku. Także układałam bukieciki Mamie i też tańczyłam. Też uśmiechałam się do Ukochanego. Popatrzyłam w niebo. Chmurki układały w piękne wzorki.
„Tańczę dla Ciebie, Umiłowany! Na Twoją chwałę…”
Patrzyłam w niebo, uśmiechnięta.
„Teraz tańczysz na Moją chwałę. TAM będziesz tańczyć w Mojej chwale!” – usłyszałam w głębi serca.
Ufam, że będę tańczyć w Jego chwale!
O MOIM KRZYŻU RAZ JESZCZE
Wpatrywałam się Ukochanego. Patrzył we mnie spojrzeniem pełnym miłości, spojrzeniem z Krzyża.
„Napisz o swoim krzyżu, Promyczku”.
„Dobrze”.
Mój krzyż, jak już pisałam, jest ciężki, toporny i chropowaty. Pełen drzazg, zadr, bruzd…. Twardy, brudny i brzydko pachnący. Krzyż bezradności, niemocy i cierpienia, bólu. Krzyż bezsenności. I krzyż tańca (tak, taniec – ofiarowanie cierpienia, to też krzyż).
Taki krzyż podarował mi Umiłowany. Podarował. Bo krzyż to dar. Dar trudny, ale piękny.
Piękny.
Tak. Bo krzyż to miłość. MIŁOŚĆ! Dlatego jest lekki. Lekki?? Przecież przed chwilą napisałam, że mój krzyż jest ciężki. Jest lekki, bo dźwigam go z Nim, z Ukochanym moim!
Jest piękny, bo dźwigam go z Nim.
Jest darem, bo dźwigam go z Nim.
Jest słodki, bo z Nim.
Z Nim!
Z Umiłowanym moim.
On dźwigał Krzyż.
Idę za Nim.
Uczy mnie,
Miłości.
TAKĄ
Zmęczona po nocnym tańcu i wciąż tańcząca bardzo, ale spróbuję troszkę napisać 🙂
Wpatrywałam się w Ukochanego… Zmęczona bardzo, tak, że nie mogłam się skupić. Patrzyłam tylko. I tańczyłam bardzo.
Umiłowany patrzył czule, bardzo czule.
„Kocham Cię taką, Promyczku!”
Uśmiechnęłam się do Niego. A On zanurzał mnie w Sobie…
TAM!
Wpatrywałam się w Umiłowanego… Patrzył… najczulej. Ucałowałam Go.
„Przyszłam posiedzieć… – uśmiechnęłam się do Niego.
„Posiedź, Promyczku”.
Patrzyłam w Jego oczy. Zanurzał mnie w Sobie. Otulał Sobą…
„Umiłowany, najczulszy, najsłodszy…!” – uwielbiałam Go.
„Błogosławię Cię, Perełko!”
Zrobiłam znak krzyża.
„Dziękuję!”
A po chwili:
„Cała Twoja i cała dla Ciebie!”
„Cały Twój i Cały dla Ciebie!”
Patrzył słodko…
„Pamiętasz nasze pierwsze Zaślubiny?”
„Tak!”
„Podobnie będzie TAM!”
Patrzyłam rozpromieniona.
„Tęsknię!”
„Tęsknię!” – usłyszałam w głębi serca.