Dziś tańczę bardziej niż zwykle, więc będzie krótko. Jeśli się uda 🙂
Tańczę. Tak… 🙂 ale o tym później.
Przyszedł do mego serca i… zabrał mnie na pustynię. Szliśmy. On pierwszy, ja za Nim. Zaczęła się burza piaskowa… Ciężko było iść, wiał bardzo silny wiatr, piasek wdzierał się w oczy, wszędzie. Jednak On szedł a ja za Nim.
Potem nagle znalazłam się w Jego/ naszym Ogrodzie. Było jasno i cicho. Od czasu do czasu tylko słychać było świergot ptaków. Byłam z Nim, On był ze mną. Jednak… 🙂 ukrywał się przede mną. Ja Go szukałam i kiedy odnajdywałam, radość była wielka! Cieszył się i On i ja.
Potem odpoczywałam wtulona w Niego. Opowiadał mi… O czym? Długo by pisać… a ponieważ to bardzo osobiste, zachowam dla siebie…
„Mamy swój własny język, Ty i ja!” szepnęłam patrząc w oczy Ukochanemu. Po chwili dodałam:
„Tylko my wiemy o co w nim chodzi!”
Patrzył bardzo czule.
„To język Miłości, Promyczku! Tańczysz!”
„Tańczę! Przed Twoim Tronem! I to nie znaczy, że wywijam przed nim Oberki, czy Polonezy! I to w Wielkim Poście!” – uśmiechnęłam się do Umiłowanego – Tylko… Ty wiesz…”
„Ofiarowujesz cierpienie!”
„Tak. Taki jest mój taniec…”
Patrzył…
„To język Miłości, Promyku” – powtórzył.
„A kiedy za Tobą tęsknię, nie oznacza, że od razu pragnę umrzeć. To coś innego… głębszego. Ty wiesz…”
„Wiem. Język Miłości to też trwanie ze sobą w ciszy, w milczeniu”.
„TY i ja… – uśmiechnęłam się.
„Znasz MNIE, Promyczku”
„Poznaję. I wiesz, mam takie wewnętrzne poczucie, przekonanie, że się nade mną pochylasz, uśmiechasz się do mnie i przytulasz do Serca. Choć Cię nie widzę i nie czuję fizycznie Twego dotyku. Wiem, że jesteś przy mnie”.
„To także jest nasz język Miłości, Promyczku!” – usłyszałam w głębi serca.