Nie wiem od czego zacząć… zacznę od końca.
Wpatrywałam się w Ukochanego. Zawstydzona upadkiem, ale szczęśliwa, że mi go wybaczył. Podniósł….
Patrzył we mnie tak jasno, czule, z tak wielką miłością, że wszelki wstyd i zażenowanie mijały. Po chwili już odważnie patrzyłam Mu w oczy.
„Jesteś! Czekałem na Ciebie Mój Promyczku!”
„Tęskniłam…”
Patrzył we mnie… brak mi słów, żeby opisać jak we mnie patrzył…
Wieczorem i rano prosiłam Go o wybaczenie. Przepraszałam.
I… zobaczyłam obraz, który też trudno mi opisać… Zobaczyłam Tors, Jego. Z miejsca gdzie było Serce… tryskała Krew.
„Moja Krew zmywa Twoje grzechy”.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć… Kiedy doszłam do siebie, dziękowałam, uwielbiałam…
I teraz tak we mnie patrzył…
„Kochasz Mnie, Promyczku?”
„Ty wiesz… że tak”.
Po chwili dodałam:
„Przytul mnie, Umiłowany!”
„Tulę Cię do Serca!”
Patrzył i patrzył… a ja w Niego.
„Rzuć się w przepaść Mojego Miłosierdzia”.
„Pragnę…”
Jak dobrze mi z Nim!