Nad ranem przyszedł do mego serca.
„Promyczku, pragnę u Ciebie odpocząć”.
„Proszę Ukochany, odpocznij!”
„A Moja korona?”
„Daj ją mi! Mówiłeś, że dasz”.
Odpoczywał a ja z koroną na głowie układałam bukieciki MAMIE.
Znalazłam się w jakiejś kaplicy. Ubrana w piękną, białą suknie, z wiankiem na głowie. Obok mnie były kobiety ubrane podobnie jak ja.
Podchodziły one do ołtarza, a sam Jezus… robił im znak krzyża na czołach. I jak odchodziły od Niego, krzyż na ich czołach świecił, jaśniał dziwnym blaskiem. Naznaczył także mnie. Potem trwałam przed Najświętszym Sakramentem. Sam na sam z Nim.
Wpatrywałam się w Ukochanego.
Oddałam Mu całą siebie raz jeszcze.
Patrzył promiennie.
„Bardzo tańczysz, prawda, Mój Promyczku?”
„Czy bardzo? Kiedyś powiedziałabym, że tak. Ale teraz to „bardzo” przesuwa się coraz dalej, wyżej”.
Uśmiechnęłam się do Niego. Patrzył we mnie poważnie i czule.
„Otóż mówię Ci, Perełko Moja kochana, wisisz ze Mną na krzyżu. Zawsze. Czy boli mniej czy bardziej. Wisisz, zjednoczona ze Mną. W Miłości. W przytuleniu. Pochylam się nad Tobą i przytulam do Serca”.
„Panie…”
Patrzył we mnie…
„Maleństwo Moje! Jakaś Ty piękna i czysta. Niczego Ci odmówić nie mogę!”
„Jeśli czysta i piękna to tylko dzięki Tobie, Umiłowany. Ty mnie oczyszczasz, upiększasz. Ty!”
Ucałowałam Go. Patrzył we mnie tak, że nie sposób opisać…
Czułam się jak niemowlę w Jego ramionach.