Wczoraj wieczorem gdy tata położył mnie do łóżka. Posłałam buziaka Umiłowanemu, uśmiechnęłam się do Niego od ucha do ucha. Zamknęłam oczy i usłyszalam:
„Moja słodka, zaśnij już! Moja śliczna oczka zmruż! Gwiazdki gasną na niebie, a Ja kołyszę ciebie! Moja miłość nad Tobą nie zgaśnie nigdy już!”
Uśmiechnęłam się do Jezusa. I po chwili zasnęłam…
Obudziłam się. Otworzyłam oczy i zobaczyłam pochylone nade mną Oblicze maleńkiego Pięknisia mojego… Ślicznego mojego! Patrzył we mnie zakochany i zachwycony cały! I ja patrzyłam w mojego Jezusa z miłością i uwielbieniem!
„Mój najsłodszy… Jak dobrze mi tu u Ciebie! Nawet kołysankę mi śpiewasz…” – szepnęłam z uśmiechem i dodalam:
„Skoro teraz jest mi u Ciebie tak dobrze, to co to będzie jak pójdę do Ciebie na rączki?!”
Jezus zaśmiał się perliscie!
„Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało…” – przerwał Jezus i patrzył we mnie płonący cały miłością.
„Tak! Wiem! Czytałam! Dlatego doczekać się nie mogę…!”
„Doczekasz się kochanie… Doczekasz! Oboje się doczekamy!”
„Taaak!” – szepnęłam promieniejąc Miłością Jezusa.
Jezus patrzył we mnie z czułością i uwielbieniem….
„Ostatnio w moim sercu trwa nieustanna błogość… Błogość serca..I nic nie jest w stanie jej zakłócić! Nic! Ani ból, ani przykrość, ani przeciwności, ani ciężar krzyża… Nieustanna błogość. I wiem, że Jezus jest we mnie szczęśliwy. A jeśli On jest szczęśliwy to ja jestem najszczęśliwsza w kosmosie!!!!”
Uśmiechnęłam się do Jezusa promiennie i zamknęłam oczy. W tej samej chwili poczułam Jego policzek przy moim policzku. SERCE przy sercu… Z SERCA Jezusa wyszła Hostia i weszła do serca mego. Odpoczywalam otulona Miłością Jezusa pieszcząc Jego SERCE…
Miesiąc: grudzień 2020
NIE MOŻNA NIE KOCHAĆ!
Leżałam w ramionach Jezusa. Umiłowany moj nakarmil mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA. Patrzył we mnie płonący cały miłością! Rozpromieniony! Patrzyłam w mojego słodkiego Pięknisia z miłością i uwielbieniem. Patrzyłam, pieściłam SERCE Najdroższe… I rozmyślałam:
„Jaki piękny jest mój Jezus! I jaki wielki! Potężny! Ogromny! A mnie Swoją wielkością nie przytłacza. Nie przygniata! Nie poniża! Nie upokarza! Wręcz przeciwnie! Podnosi mnie! I wywyższa! I traktuje jak równą Sobie! A kimże ja jestem?! Niczym! Prochem i pyłem! Który gdy tylko dmuchnąć zniknie! Rozwieje się na cztery wiatry… Nie mam nic swojego! Wszystko co mam dostałam od Niego! A sama z siebie nic… I nic nie mogę dać Jezusowi co by już nie było Jego!”
Tak rozmyślałam… A Jezus mój śliczny patrzył we mnie z tkliwością…
„Tak, Moja Monisiu! To prawda, że jesteś prochem i pyłem! Ale Ja za ten proch i pył ŻYCIE Swe oddałem! Kocham Cię! I to nie do końca prawda, że sama z siebie nic nie możesz Mi dać! Możesz Mnie kochać! Kochać w wolności! Ja nikogo do miłości nie zmuszam! Nie jestem tyranem. Miłością jestem! Kocham! I pragnę być kochanym, w wolności!”
Jezus patrzył we mnie z ogniem w oczach…
„Kocham Cię Jezu! Kocham Cię moją maleńką miłością! Ciebie nie można nie kochać! Nie można!”
Jezus rozpromienil się nade mną jeszcze bardziej! Patrzył we mnie piękny niezwykle! A ja uwielbialam Jego Miłość!
ZAUFANIE…
Jezus nakarmil mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA. Trzymał mnie w objęciach i patrzył we mnie płonący cały miłością i zachwytem wielkim…
„Adoptowałaś to małżeństwo, Moja Monisiu!” – wyszeptał z ogniem.
„Tak!”
„Dlaczego? Przecież ich nie znasz. Nic o nich nie wiesz!”
„Wiem, że mój Duchowy Syn bardzo chce im pomóc! I chce, żebym razem z nim im pomagała. Zna ich. A przede wszystkim Ty znasz ich. To mi wystarczy!”
„Dziękuję ci Moniczko!”
„Nie! To ja Ci dziękuję! To dla mnie potwierdzenie Twoich słów… To, że Syn przyprowadził ich do mnie… a raczej, że Ty przyprowadziłeś ich do mnie… Pokazujesz mi, że Twoje dzieci są także moimi. Naszymi. Wspólnymi!”
Jezus patrzył tylko we mnie… I ja tylko w Niego patrzyłam!
„Ufam ci, Moja Moniko!” – wyszeptał Jezus poruszony cały.
„I ja Ci ufam, mój Jezu!”
„Nawet zaufanie mamy wspólne…” – wyszeptał Jezus z ogniem w oczach.
Patrzyłam w mojego ślicznego Jezusa rozpromieniona cała! Rozpromieniona Jego Miłością… A On patrzył we mnie płonący cały… Zaufaniem.
WSPÓLNE
Jezus nakarmil mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego! Trzymał mnie w objęciach i patrzył we mnie płonący cały! Miłość sama!
„Wszystko co Moje, twoim jest, Moja Monisiu!” – wyszeptał z ogniem.
„I co moje, Twoim, mój Jezu!”
„Wiesz, Moja Moniczko… Między kochającymi się osobami już nie ma 'twoje’, 'moje’. Ale wszystko jest wspólne! Nasze! I między nami też tak jest!!!”
Uśmiechnęłam się do Jezusa od ucha do ucha!
„Tak!!! Wspólne szczęścia i radości! Wspólne smutki i cierpienia!” – szepnęłam z mocą i entuzjazmem.
„Tak!”
Jezus zbliżył Swoją twarz do mojej twarzy i zaczął obsypywać mnie pocałunkami! Deszczem pocałunków! Słodkimi, gorącymi pocałunkami… A całując szeptał:
„Pragnę cię uszczęśliwiać, Moja Monisiu!!!”
„Uszczęśliwiasz mnie bardzo, mój Jezu kochany!”
„Pragnę cię uszczęśliwiać jeszcze bardziej! Jeszcze głębiej! Pragnę, żebyś była szczęśliwa tak jak JA JESTEM szczęśliwy!” – szeptał Jezus wciąż obsypując mnie pocałunkami.
„Pragnę! Pomóż mi! Naucz!”
„Pomogę! Nauczę, kochana Moja!”
Jezus obsypywał mnie pocałunkami! Zanurzal mnie w Sobie! Zatapial w Miłosci… I czynił z Sobą jedno..
W ŚWIETLE!
Leżałam w objęciach Jezusa. Umiłowany moj Jezus tulił mnie do SERCA i patrzył we mnie płonący cały miłością. Cały był mój i cały był dla mnie! Wyciągnęłam rękę i delikatnie zaczęłam dłonią dotykać policzek Jezusa i głaskalam go z czułością…
„Kochany mój Jezu… Kochany mój…” – szeptałam z mocą i uwielbieniem.
Patrzyłam w oczy Jezusowi głęboko… Zaczęłam szeptać:
„Wiesz mój Jezu… Ostatnio tak rozmyślałam… Gdy patrzę na swoje życie. W przeszłość, wstecz… To im dalej spoglądam to widzę coraz większą szarość. Nie tyle ciemność, ale szarość. A im bliżej teraźniejszości tym jest coraz jaśniej, jaśniej i jaśniej… A teraz mogę powiedzieć, że żyję w świetle. W Światłości wielkiej! Ty Nią jesteś! Ty jesteś Światłem mojego życia!
I wiesz… tak sobie myślę, że każde wydarzenie w moim życiu nawet najmniejsze było po coś. I jeszcze, że cierpienia, zależy od tego w jaki sposób się je przyjmuje, mogą prowadzić do złego jak i do dobrego. Bo jeśli cierpienie przyjmuje się jako karę od Ciebie, jako zło to automatycznie się od Ciebie oddala. A Ty przyszedłeś na świat nie po to by zbierać zaszczyty i chwały, ale, żeby cierpieć. I jeśli się swoje cierpienia przyjmuje jako możliwość zbliżenia się do Ciebie, jako możliwość pogłębienia relacji z Tobą, złączenia swoich cierpień z Twoimi to może wyniknąć z tego coś bardzo dobrego. Błogosławionego! Choć cierpienie samo w sobie jest złe.”
Jezus patrzył we mnie z zachwytem!
„Pięknie powiedziane, Monisiu! Bardzo pięknie! – wyszeptał Jezus z cudnym uśmiechem – I masz rację. Każde wydarzenie w twoim życiu, nawet te pełne cierpienia było po coś. Sprawiło, że teraz jesteś taka, a nie inna”.
Przypomniałam sobie najbardziej bolesne, traumatyczne wydarzenie…
„To też?!”
„Tak, kochana Moja. To też!”
Uśmiechnęłam się do Jezusa nieśmiało.
„Kiedyś bardzo bolało mnie serce gdy je sobie przypominałam. Teraz gdy sobie je przypominam, widzę najpierw Ciebie. Twoje cierpiące Oblicze. I już mnie serce nie boli!”
Mój maleńki Piękniś patrzył we mnie płonący cały! Rozpromieniony Miłością! Światło biło od Niego wielkie! Ogromne!
„Powiedziałaś o swej przeszłości i teraźniejszości, Monisiu. A co widzisz w przyszłości?” – spytał Jezus łagodnie.
Uśmiechnęłam się do Jezusa od ucha do ucha!
„Ciebie widzę, mój Jezu! Ty jesteś moją Przyszłością, kochany! Tylko u Ciebie nie ma przeszłości, ani przyszłości. Tylko Teraz. Wieczne Teraz! Dziwne to, ale piękne! Ale nie rozumiem tego, mój Jezu kochany…”
Spojrzałam w oczy Jezusowi… Uśmiechał się do mnie… Jego spojrzenie przenikało mnie na wskroś… Mówiło, że kiedyś zrozumiem… Wszystko! Wpatrywałam się z zachwytem w mojego Jezusa! W Światłość mojego życia…
CZERP DO WOLI!
Leżałam w objęciach Jezusa. Obolała bardzo i bardzo zmęczona leżałam. Jezus nakarmil mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA Swego. Patrzył we mnie płonący cały miłością.
„Chciałabym tańczyć z Tobą, Jezu kochany. Ale nie mam siły!” – szepnęłam z trudem wielkim.
„Nie masz siły, ale masz Mnie!”
Uśmiechnęłam się do Jezusa promiennie.
„To oczywiste, że nie masz siły, Monisiu! Całą siebie Mi oddałaś! I siły też!”
„No tak, to prawda!”
„Twoje siły są we Mnie! Ja jestem Twoją siłą! Czerp ze Mnie kiedy chcesz i ile chcesz! Bierz! Do woli!”
Patrzyłam w mojego Jezusa z uwielbieniem i miłością.
„Często, coraz częściej nie mam siły i wydaje mi się, że nie dam rady. Ale kiedy zaczynam coś robić dla Ciebie, kochany mój Jezu, nachodzą mnie siły… Nie wiem skąd! I daję radę!”
„Czerp ze Mnie do woli!”
„Dziękuję mój Pięknisiu!”
Jezus zbliżył Swoją twarz do mojej twarzy i mnie pocałował. Pocałował mnie czule i słodko i gorąco… Potem patrzył we mnie płonący cały miłością i zachwytem wielkim. I ja tylko w Niego patrzyłam zakochana na zabój i zachwycona! Tańczylismy w Światłości wielkiej. Leżałam w ramionach Jezusa. A On tanczył. Ze mną. I we mnie… W intymnej bliskości tańczylismy…
BŁOGIE POWALENIE
Byłam w moim Jezusie. Zanurzona w Nim cała! W Jego objęciach obolała bardzo i bardzo zmęczona leżałam. Bez sił prawie. Jezus pochylał się nade mną z tkliwością i cały był dla mnie… Nakarmil mnie Swoim Ciałem. A ja dotykałam, głaskalam i pieściłam SERCE Najdroższe… Jezus też zaczął dotykać moje serce… Głaskał je i pieścił… Z miłością i uwielbieniem… Sięgał jak po Swoje.
„Ja też nie każdemu pozwalam się TAK dotykać…”
„Wiem!” – wyszeptał Jezus z ogniem.
„Właściwie to tylko Tobie pozwalam na TAKI dotyk…”
„Dziękuję!”
Spojrzałam w Jezusa głęboko…
„Wiem, że Ty wiesz, kochany. I nie mówię tego żebyś mi dziękował! Po prostu uświadamiam to sobie… Na nowo!” – szepnęłam z mocą, uśmiechając się do Jezusa od ucha do ucha. Jezus uśmiechnął się do mnie cudownie!
„Serce to najcenniejsze, najgłębsze, najdelikatniejsze, i najbardziej czułe miejsce we mnie. Tylko Ty masz tam wstęp. Do Ciebie należy! Jest Twoje! Ty w nim mieszkasz! Jesteś gospodarzem. Więcej nawet! Św Paweł pisze: 'nie jesteście już obcymi, ani przychodniami. Jesteście domownikami Boga.’ A ja powiem: Ty mój Jezu kochany jesteś Domownikiem mego serca! Znasz je bardziej niż ja. A kiedy je Tak dotykasz… Pozwolenie na TAKI dotyk u mnie też wymaga otwarcia się, odsłonięcia, obnażenia… I też jestem powalona na łopatki… „-rozmyślałam wpatrzona w mojego ślicznego Pięknisia.
„Ale to błogie powalenie… Jest mi tak bardzo, bardzo, bardzo dobrze!” – szepnęłam z mocą.
Jezus zbliżył Swoją twarz do mojej twarzy i patrzył we mnie płonący cały miłością… i poruszony niezmiernie.
„A ty Moja Monisiu uważasz, że gdy ty Mnie powalasz na łopatki to jest Mi źle?”
Patrzyłam w Jezusa rozpromieniona cała! A On uśmiechał się do mnie cudownie! Trwaliśmy w Miłosci i bliskości… W intymności bez granic!
JAK PO SWOJE!
Leżałam w objęciach Jezusa tańcząca bardzo. Umiłowany moj Jezus pochylał się nade mną z tkliwością i patrzył oddany mi całkowicie… Wyciągnęłam rękę i delikatnie dłonią głaskalam policzek Jezusa…
„Mój kochany…” – szepnęłam z czułością. Jezus promieniał uśmiechem… A ja… w całej sobie czułam szczęście, błogość i słodycz… Wyciągnęłam znów rękę i delikatnie zaczęłam dłonią dotykać SERCE Najdroższe… Sięgnęłam jak po swoje… Dotykałam, pieściłam, głaskalam SERCE Jezusa…
„Wiesz Monisiu, że nie każdemu pozwalam tak dotykać i pieścić Moje SERCE?” – spytał Jezus łagodnie.
„Tak, mój Jezu. Kiedyś mówiłeś, że tylko najbliższym Swoim!” – szepnęłam nieśmiało.
„Nie każdemu najbliższemu w TAKI sposób pozwalam się dotykać. Pozwolenie na TAKI dotyk i TAKĄ czułość wymaga prawie całkowitego odsłonięcia, odkrycia, otwarcia… Odsłaniam się i otwieram się tak tylko przed najbardziej zaufanymi, najwierniejszymi, wypróbowanymi wielokrotne!”
Patrzyłam w oczy Jezusowi głęboko. A On mówił dalej:
„Przed takimi najbliższymi się odsłaniam… I pozwalam im się pocieszać!”
„Pomóż mi być taką!” – wyrwało mi się z głębi serca.
„Pomagam! I czynię cię taką. Gdybyś taką nie była, to w taki sposób dotykać bym ci nie pozwolił…” – wyszeptał Jezus z ogniem. Zbliżył Swą twarz do mojej twarzy i patrzył we mnie głęboko… Z ogniem…
„Twoja miłość, czułość, oddanie i zaufanie sprawia, że jestem bezbronny… Obezwładniony… Powalony na łopatki!”
„Powalony na łopatki…?!” – szepnęłam bezgłośnie prawie.
„Bardziej! Ale mówię w sposób obrazowy, żebyś choć trochę mogła sobie wyobrazić!”
Jezus uśmiechnął się do mnie cudownie!
A ja próbowałam sobie choć trochę to wyobrazić… Potężny, wszechmocny, nieogarniony Bóg powalony na łopatki przez maleństwo… Trudno to sobie wyobrazić…
„Dziękuję mój Jezu! Dziękuję! Dziękuję!!!”
Patrzyłam w mojego Jezusa z uwielbieniem i entuzjazmem.
Umiłowany mój cały był dla mnie. A ja dotykałam, głaskalam i pieściłam Jego SERCE! Głębiej i bliżej. Sięgałam jak po swoje…
ŻEBY SIĘ ODDAĆ
Byłam w moim Jezusie. Zanurzona w Nim cała… W Jego ramionach tańcząca leżałam. Jezus pochylał się nade mną z tkliwością i patrzył tylko we mnie… I ja tylko w Niego patrzyłam. Jezus nakarmil mnie Swoim Ciałem. A ja dotykałam dłonią SERCE Najdroższe i pieściłam JE z miłością.
„W ramionach mojego maleńkiego Pięknisia mi najlepiej! Najwygodniej i najbezpieczniej! Leżę sobie jak jakaś królowa, a mój Król mnie niesie! Niesie przez życie! W ramionach Jezusa to ja nawet nie mam jak upaść! Potknąć się, ani ubrudzić. W Jego ramionach nawet mój krzyż jest lekki! Po ludzku ciężki bardzo! Tutaj leciutki jak piór… „
Nie dokończyłam. Nagle zalała mnie fala światła! Moje oczy nie były przyzwyczajone do takiej jasności! Zamknęłam je automatycznie. Światło łaskotało mi policzki. Przenikało na wskroś… Zalewało mnie całą… I błogość w sercu… Leżałam z zamkniętymi oczami, a obok mnie trwała taka rozmowa:
„Mamuś! Zobacz, to nasza Monika!”-głos Jezusa był przepełniony czułością i dumą.
„Jaka maleńka! Coraz mniejsza! I coraz piekniejsza! Nasza Monisia! Musisz być z niej bardzo dumny, Synku kochany!” – głos kobiecy był delikatny i cichy jak mgiełka.
„Jestem!”
„Bądź dumny! I Ja jestem z was dumna! Z Ciebie i z naszej Monisi!”
Usłyszalam ciepły, siarczysty całus.
A na policzku poczułam dotyk… Muśnięcie raczej… Otworzyłam oczy. Jezus pochylał się nade mną… Rozpromieniony Miłością, uśmiechem. I dumą.
„Mama jest z nas dumna. Z Ciebie i mnie…” – szepnęłam z mocą.
Jezus przytaknął z cudnym uśmiechem.
„Że z Ciebie Jezu kochany jest dumna to oczywiste!!! Ale że ze mnie…. Nie rozumiem dlaczego!”
„Że pozwalasz Mi czynić cię coraz mniejszą i coraz piękniejszą!”
„A co mam pozwalać czy nie! Po prostu oddałam Ci siebie, mój Jezu! I Ty czynisz, robisz co chcesz! We mnie i ze mną!” – szepnęłam przekornie, uśmiechając się do Jezusa od ucha do ucha.
„I właśnie o to chodzi! Właśnie o to chodzi, Monisiu! Żeby Mi się oddać!”
Jezus patrzył we mnie płonący cały miłością i zachwytem! A ja odpoczywalam w Jego objęciach… Szczęśliwa cala!
O OWOCU ŻYCIA MIRIAM
Byłam w moim Jezusie. W Jego objęciach leżałam. Jezus pochylał się nade mną z czułością niezwykłą… Nakarmil mnie Swoim Ciałem i tulił do SERCA. Dotykałam dłonią SERCE Najdroższe i pieściłam JE z miłością i uwielbieniem. Pieściłam i rozmyślałam…
„Owocem życia Miriam jest Jezus. Błogosławionym, szczęśliwym Owocem! Jak żyć, żeby wydać też taki Owoc? A jak żyła Ona, Miriam? Cicho i pokornie. Niezauważenie. W cieniu. Żyła Wolą Bożą. Nie swoją. Bożą. Tak bardzo, że była Nim prześwietlona. Przeźroczysta. Zawsze wskazywała na Syna. Do sług w Kanie Galilejskiej mówi: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.” To ostatnie Jej słowa w Piśmie Świętym. Jakby Testament.
Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.” I sama robiła. Choć po ludzku nie wszystko rozumiała. Robiła… Po prostu.”
Przerwałam rozmyślania.
„Jakże daleko mi do Miriam…” – westchnęłam w duchu.
„Jakże ci do Niej blisko, Moniczko!” – usłyszalam ciepły i pełen miłości szept. A może mi się wydawało…
Spojrzałam w oczy mojemu słodkiemu Jezusowi… Uśmiechnęłam się do Niego od ucha do ucha. I rozmyślałam dalej…
„Gdyby ktoś się mnie zapytał jaki jest ten mój Jezus? Powiedzialabym w pierwszej kolejności, że jest czuły i delikatny. Delikatny… Nie nachalny nie natrętny… Niczego nie robi na siłę. Zawsze pyta 'czy chcesz?’ Proponuje, zaprasza, zachęca, prosi… Szanuje. A gdy pochyla się nade mną z czułością i oddaniem, serce moje wyrywa się z ciała i rwie się do Umiłowanego swego!!! Rwie się!!! Cała się rwę! Jezus! Owoc życia Miriam… Jak żyć, żeby wydać też taki Owoc?!”
Znów westchnęłam ciężko w duchu…
Jezus patrzył we mnie płonący! Rozpromieniony Miłością i uwielbieniem…
Patrzył mi w oczy głęboko…
„Owoc twego życia jest przed tobą, Monisiu!” – usłyszalam ciepły i pełen miłości szept. A może mi się wydawało…
Uśmiechnęłam się do Jezusa od ucha do ucha! A On uśmiechał się do mnie cudownie…!