Dziś nie będzie opisu rozmowy z Ukochanym. Dziś będzie o jej skutkach, owocach, konsekwencjach. A raczej o jednym z wielu skutków, jednym z wielu owoców działania Ukochanego we mnie, w moim sercu.
Maluję teraz obraz. I długo nie wiedziałam co maluję. Możecie mi wierzyć lub nie, nie wiedziałam. Moje myśli krążyły wokół „Anioła”, „Panny młodej” itp… Jednak czegoś mi brakowało, tzn na obrazie było COŚ więcej. Widziałam, że TO jest, ale nie wiedziałam co. Nie wiedziałam CO maluję. Nie wiedziałam. A jednocześnie…czułam, że TO co powstaje na płótnie, wychodzi, wypływa ze mnie, z mojego wnętrza, z najgłębszej głębi…
Nie wiedziałam.
Aż dzisiaj olśnienie, potem zdumienie i wielka radość.
Portret. Czyj? Kobiety? Panny młodej? Anioła? Mój…? Tak mój. Ale nie to jest najważniejsze, najmniej ważne. Najważniejsze Jest wokół. Motylki, bukiecik, serduszka, perełki. Niby nic takiego, proste. może dziecinne, naiwne. Ale już Bóg, Różaniec, Miłość, ofiara, już nie. Klamra na ramieniu. Pieczęć Miłości.
Otulona Bogiem (trzy motyle), otoczona Nim, zanurzona, opleciona Jego Miłością. Obejmowana, w Jego Ramionach. Z Różańcem w ręku, z ofiarą. Z Pieczęcią Jego Miłości, ja, Panna Młoda żyję w Obecności Ukochanego.
A owoc, o którym pisałam? Kiedyś nigdy takiego obrazu bym nie namalowała. Nie myślałabym nawet! Teraz wychodzę z ukrycia, Dzięki Ukochanemu. Wychodzę z ukrycia, żyję w JEGO Świetle, w Jego ramionach, objęciach. W Jego Obecności. Obraz cały jest przeniknięty Jego Obecnością, ja…. też
Jak ja ten obraz namalowałam? Szczerze? Nie wiem! To ON, ja tylko malując rozmyślałam o Umiłowanym moim, a On maluje.
Obraz jeszcze nie gotowy, ale pokażę 🙂
